Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nie wiem, czy poruszaliście ten temat, ale chciałabym zasugerować zbadanie i przedstawienie tej sprawy...

Jestem z rocznika 1988, a więc idzie mi już 26. rok życia. Pracuję w biurze. Przydałoby się założyć rodzinę, mieć dzieci, kupić mieszkanie i samochód i żyć poważnie. Stać się dorosłą.

Ale ja nie mam ochoty. Nie czuję się. Chcę się wydurniać na ulicy. Jak zawsze. Wstawiać głupoty na fejsie i tańczyć w tramwaju do swojej ulubionej piosenki lecącej ze smartfonu. Chcę chodzić na imprezy, poznawać nowych ludzi i nie mieć świadomości, że zbyt szeroki uśmiech wygeneruje zmarszczkę wymagającą botoksu.

Nie chcę czuć presji, że powinnam pracować, zarabiać, kupować. Zmienić się. Spoważnieć. Nie chcę czuć, że jestem dorosła, nie chcę być jak moi rodzice. Dorosłość źle mi się kojarzy. Nie jest fajna, zabija spontaniczność, a życie skoncentrowane na robieniu pieniędzy i odbębnianiu ośmiu godzin w robocie przestaje zaskakiwać i ekscytować.

Zakupy za pieniądze z etatu nie cieszą, podobnie jak te finansowane przez rodziców czy z zaskórniaków zarobionych na studiach. Dlaczego? Nie wiem. Czy tak wygląda dorosłość? A może boję się, że w obliczu kultu młodości pomału wypadam z gry?

To nie tylko moje odczucia, ale wielu moich znajomych wchodzących w dorosłe życie. Do napisania tej refleksji zainspirował mnie obrazek, który załączam.

Co Wy na to? Może pisaliście już o podobnej tendencji wśród młodych ludzi, bo mnie ta rzeczywistość wyraźnie zaskoczyła. Żeby nie napisać, że przerosła.

Też tak macie? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.