Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W "Rzeczpospolitej" wypatrzyłem artykuł Mariusza Cieślika "Kwestia smaku dyni". Szczególnie uderzyła mnie wypowiedź dotycząca klubów, w których organizuje się imprezy typu Halloween. "Są to zresztą lokale w dużych miastach, gdzie łatwo o anonimowość, i dzięki temu nikomu nie trzeba się tłumaczyć z szampańskiej zabawy w przeddzień smutnego święta".

Pomysł, że miałbym się tłumaczyć z tego, że jestem szczęśliwy, wydaje mi się absurdalny. Prawo do szczęścia jest chyba jednym z podstawowych praw człowieka, choć kto wie, być może w naszym kraju już go nie posiadamy, mogłem coś przegapić.

Nie wiem, czy jestem w mniejszości, czy w większości, ale mam już tak, że żyję dla siebie, a nie dla znajomych z bloku. Naprawdę nie interesuje mnie, co o moim życiu sądzą sąsiedzi, pani w sklepie czy ludzie z osiedla, których znam jedynie z widzenia. Uważam, że ludzie przykładają zbyt dużą wagę do tego, co myślą o nich inni. Zwłaszcza że często, zwłaszcza w miastach, w ogóle nic o nas nie myślą, bo są zajęci własnym życiem. Wizja człowieka, który cale życie zamartwia się swoim wizerunkiem w oczach innych (a raczej wyobrażeniem o tym wizerunku), wydaje mi się bardzo smutna.

Równie niedorzeczne jest założenie, że każdy powinien być jakoś szczególnie uwrażliwiony na katolickie święta, nawet wtedy gdy ich nie obchodzi. Tym bardziej że są to roszczenia raczej jednostronne. Nie zauważyłem, by katolicy uwzględniali w swoich jadłospisach okres ramadanu. Założenie, że ja mam się jakoś szczególnie zachowywać w określonym czasie (np. ukrywać radość), ponieważ jest on ważny dla wyznania, które jest mi obce, jest próbą wymuszenia na mnie, bym robił to co reszta osób, mimo że nie podzielam ich przekonań. Narzucaniem mi własnych wierzeń. Wobec tego warto zapytać: kto tu okazuje brak szacunku?

Może jestem jakiś dziwny, ale razi mnie zestawienie wyrazów "smutny" i "święto", w moim odczuciu są one przeciwstawne. Zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją takie święta, tylko nie do końca wiem, w jakim celu istnieje Wszystkich Świętych. Znicze ładnie wyglądają w nocy, wiem, że dobrze jest na nich zarobić, dobrze jest mieć wolne, ale nie rozumiem, dlaczego na zawołanie mam myśleć o zmarłych.

Wspominanie tych, których już z nami nie ma, często wywołuje smutek, czasem nawet ból i cierpienie. Jeżeli zmarły był nam bliski, te wspomnienia będą dla nas bolesne. Ustalanie święta, które każdego roku każe nam myśleć o zmarłych i cierpieć na nowo, to jakiś sadyzm. Ustawowe unieszczęśliwianie ludzi. Hasło "Memento mori" było popularne w ponurym średniowieczu i dawno zostało odrzucone i zastąpione "Carpe diem". Jedyna organizacja, która nie chce przyjąć do wiadomości tego faktu, to Kościół. Z jakiegoś powodu oni czują się dobrze, kiedy reszta ludzi jest nieszczęśliwa.

A tak poza tym to po tym cytowanym zdaniu odnoszę wrażenie, że jest jakiś niepisany obowiązek bycia smutnym 1 listopada. Nic mi o tym nie wiadomo. Ten smutek nie zawsze jest taki oczywisty. Dla niektórych (np. nieuleczalnie chorych) śmierć jest końcem cierpienia. Dziwne by, było gdyby zakończenie czyjegoś cierpienia było dla nas szczególnie przykre. Niektórzy jeszcze za życia mówią, że nie chcą, by po nich rozpaczać, bo to nie ma żadnego sensu. Jeszcze inni byli na tyle złymi ludźmi, że ich śmierć przyjęliśmy z ulgą. Kiedy mamy do czynienia z przemocą w rodzinie, jej ofiary mogą się nawet ucieszyć z niespodziewanej śmierci oprawcy. Trudno się temu dziwić.

Dla tych, którzy nie kumają, jaki zasadniczy błąd tkwi w sentencji "Pamiętaj o śmierci", tłumaczę, że poświęcenie życia na rozmyślania o śmierci jest stratą czasu, marnotrawstwem. Do czasu kiedy ktoś nie udowodni nam, że istnieje życie po śmierci, należy przyjąć, że nasze obecne życie jest największym dobrem, jakie mamy, głupio byłoby je zmarnować na ciągłe rozmyślania o śmierci. Weźmy meksykański Dzień Zmarłych, który obchodzony jest radośnie. Czy Meksykanie powinni się z tego wytłumaczyć panu Cieślikowi?

Czasami nasze myśli kierują się ku zmarłym, czy tego chcemy, czy nie, to zupełnie naturalne. Ale wspominanie bliskich z góry określonego dnia naturalne już nie jest. Pod tym względem Wszystkich Świętych kojarzy mi się z walentynkami. I w jednym, i w drugim przypadku ktoś próbuje narzucić mi, co i kiedy dokładnie mam czuć. Są ludzie, którzy sprzątają groby i palą znicze na cmentarzu także w inne dni w roku.

Swoją niechęć do święta z USA wyraził też minister kultury Bogdan Zdrojewski, który stwierdził, że Halloween to jest zwykła komercja, a nie żadne prawdziwe święto i powinniśmy kultywować nasze tradycje. "Komercyjne przedsięwzięcie nie może być traktowane jak prawdziwe święto. Powinniśmy dbać o własne święta i rozwijać tak, by były adekwatne do zmieniającego się otoczenia. Przejmowanie obcych wzorów traktowałbym z dużym sceptycyzmem i ostrożnością".

Pierwsze pytanie, jakie mi się nasuwa, to "które święto nie jest komercyjne?". Niektórzy ludzie w Polsce tylko na czas przed 1 listopada, na jeden-dwa tygodnie w roku, zmieniają się w handlarzy zniczami, wieńcami i kwiatami. Nikt jakoś nie robi z tego problemu.

Druga sprawa to jakie naprawdę są nasze tradycje? Halloween nazywane jest przez niektórych pogańskim świętem. Czy przypadkiem nasi przodkowie Słowianie nie byli poganami? Z tego, co kojarzę, to chrześcijaństwo zostało im narzucone, nikt nie pytał, co o tym myślą. Być może słowiańscy przodkowie Zdrojewskiego protestowali przed wiarą w jednego Boga i nawoływali do kultywowania własnych tradycji?

Trzecia sprawa to czym tak właściwie jest ta odrębność, którą koniecznie musimy zachować? Ten język, tradycje, kulturę, wierzenia, granice? Czy przypadkiem nie są to podstawy do tych sztucznych podziałów, które potem wpaja się do głów młodym ludziom w szkołach, tak by mogli chwycić karabin i iść mordować innych młodych ludzi?

Widziałem w necie taki obrazek z przekreśloną dynią i tekstem: "Halloween. Znowu małpujesz Amerykanów? A zapaliłeś babci znicz? Nie daj się ogłupić, mamy własne tradycje!".

O tradycjach już trochę pisałem, więc dla odmiany o tej babci. Ona chyba jest martwa, prawda? Choć "jest" to dość niefortunne słowo, bo jej już przecież nie ma, nie istnieje. W związku z tym możemy chyba założyć, że jest jej wszystko jedno, czy na grobie są uschnięte kwiaty, czy palą się znicze, czy też może ktoś tam akurat pije wino i tańczy Limbo, prawda?

Rozumiem, że ktoś może wmawiać sobie, że na cmentarzu robi coś dla zmarłych, jestem skłonny przyjąć, że nawet w to wierzy. Nie mam z tym problemu, niech kupuje znicze, kwiaty albo pluszowe różowe jednorożce.

Tylko nie oczekujcie ode mnie, że czyjąś wyobraźnię, fantazję i myślenie życzeniowe będę traktował jak coś godnego uwagi. Różnica polega na tym, że mi nie przeszkadza, co kto robi na cmentarzu, a osoby wierzące próbują mówić mi, co ja mam robić i jak się zachowywać.

Dziwnym trafem ludzie, którzy mówią o szacunku do zmarłych, to bardzo często są ci sami, którym nie przeszkadzają ekshumacje albo obwoźne relikwie w postaci szczątków ludzkich. Ci sami, którzy lubią plakatować miasto wielkimi zdjęciami zakrwawionych szczątków ludzkich. Olaboga! Toż to relatywizm moralny w najgorszej postaci, ktoś powinien zadzwonić do biskupa!

A jak wy spędziliście 1 listopada? Wybebeszając dynię za dynią i przebierając się w dziwaczne stroje czy też może wygniatając siedzenia w aucie oraz zapalając znicze? A może należycie do grupy, która jak co dzień, siedząc przy kompie, oglądała zdjęcia kotów w necie?

W tym roku 1 listopada spędziłem lepiej niż kiedykolwiek, bo na spacerach z moim stadem, na które składa się moja dziewczyna Iwona i nasza suczka Alpina. Spędziliśmy kilka godzin, spacerując po lesie i bawiąc się, celebrując życie, a nie śmierć. W domu czekały na nas dwie dynie, które wcześniej zmieniłem w lampki, do tego świece, kilka drinków, no i horror. Było wspaniale.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.