Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Wkrótce po powrocie do Ojczyzny udałem się do stołecznego urzędu pracy (ul. Ciołka) z zamiarem zorientowania, czy mogę tam otrzymać pomoc w zdobyciu płatnego zajęcia, ponieważ z mojej mikroskopijnej emerytury w żaden sposób nie mogę wyżyć.

Jak każdy z "powracających" na razie nie mogę wyzbyć się irytującej innych ludzi skłonności do porównań - "a w Anglii..."

Oferty są "tam, o, tam!"

Tak było i na ul. Ciołka. Pierwszy raz w życiu byłem w urzędzie pracy. Zaraz przy wejściu znajduje się Informacja, ale tradycyjnie w okienku za szybą, co w Anglii jest już niespotykane, recepcjonista ma tylko pulpit i biedak nie ma nawet gdzie usiąść, jako frontman musi stawiać czoło interesantom w tej samej pozycji jak oni.

Pani informatorka nie tylko nie przywitała mnie uśmiechem - tak samo jak inne cztery urzędniczki, z którymi miałem do czynienia w czasie tej wizyty - ale z miejsca wydawała się bardzo zirytowana moim brakiem rozgarnięcia co do panującego tu systemu.

W końcu dowiedziałem się od niej, że trzeba być zarejestrowanym, ale jako emeryt nie mogę się tu zarejestrować. Ale czy mogę jakoś dowiadywać się o pracę? Tak, tam są oferty. Gdzie? Tam, o tam!

Spisałem z gablot dwie oferty, gdzie wymagana jest znajomość języków obcych. Ale okazało się, że nie ma przy nich kontaktu do pracodawcy, jedynie urzędowy numer. Musiałem znowu podejść do wrogiej informatorki, by spytać, co z tym zrobić.

Wysłała mnie na drugie piętro do doradcy "według mojego nazwiska". Co ma do rzeczy moje nazwisko - mówię - przecież nie jestem zarejestrowany? No to wszystko jedno do jakiego doradcy na drugim piętrze.

Wszedłem, gdzie nie było kolejki. Spytałem panią o spisane oferty. Dowiedziałem, że to są oferty w systemie zamkniętym, tylko dla zarejestrowanych. Spytałem więc, czy mogę się zarejestrować jak emeryt poszukujący pracy. Pani nie wiedziała, ale gdzieś zadzwoniła i okazało się, że mogę być zarejestrowany, muszę się tylko dowiedzieć w Informacji (o rany!), jakie dokumenty są wymagane.

Poskarżyłem się więc, że informatorka jest bardzo nieuprzejma i chyba niezbyt kompetentna, w ogóle wydaje się nieodpowiednią osobą na tym stanowisku; powinna być otwarta, przyjazna, maksymalnie komunikatywna, a jest dokładnie odwrotnie. Ja się jej boję. Reakcja doradcy na moją skargę mnie zaskoczyła - odpowiedziała, że to nie jej sprawa.

Chciałem się pochwalić...

Informatorka dała mi instrukcję i kazała wziąć numerek do rejestracji. Z pobieżnej lektury napisanej bardzo drobnym drukiem instrukcji wywnioskowałem, że nie potrzebuję niczego poza dowodem osobistym. Po półgodzinie moja kolej.

Oschła i wyglądająca na bardzo zmęczoną rutyną urzędniczka nawet nie spojrzała na podany jej dowód osobisty, ale wręczyła instrukcję, którą już miałem, i pouczyła mnie, że mam to dokładnie przestudiować i zgłosić się ponownie już odpowiednio przygotowany, to jest z wymienionymi tam dokumentami.

Już się podnosiłem, ale na wszelki wypadek spytałem, czy jako emeryt w ogóle mogę się tu zarejestrować. Emeryt? W takim wypadku wystarczy sam dowód osobisty. Pani mnie zarejestrowała jako poszukującego pracy i wyznaczała datę następnej wizyty na drugim piętrze "według nazwiska" w celu dowiedzenia się, czy nie ma jakichś ofert dla mnie.

Myślałem, że zostanę spytany o kwalifikacje (chciałem się pochwalić, że znam dużo języków obcych i jestem nadzwyczaj inteligentny) i o rodzaj poszukiwanej pracy. Ale to nie nastąpiło. Spytałem więc o te oferty, które spisałem. Urzędniczka odpowiedziała, że już teraz mogę iść na drugie piętro i się dowiedzieć.

Po krótkim czekaniu przed drzwiami z literami S, Ś, T, U usiadłem przed doradcą. Jedynie ta wskazała mi krzesło, a potem w rozmowie nawet lekko się uśmiechnęła w odpowiedzi na moją próbę żartu.

Pani rozszyfrowała oferty, to jest ujawniła mi tożsamość i telefon pracodawcy. Na moje pytanie, czy jest w ogóle jakiś sens mojego przychodzenia do urzędu, pani mi doradziła, że jeśli potrzebuję pomocy, to mogę się zgłosić do pokoi 207, 210 i 217. W jednym z nich już byłem. Postanowiłem pójść do innego.

Asertywna jak psycholog

Wprosiłem się do ostatniego z wymienionych, korzystając z tego, że jego gospodyni otwierała go właśnie kluczem. Nie wyglądała na uszczęśliwioną moim widokiem, ale mnie przyjęła. Okazało się, że to psycholog, nie ma nic wspólnego z ofertami. Wysłuchałem krótkiego wykładu w psychologicznym żargonie, w którym dwukrotnie padło słowo asertywność. Psycholog może mi jedynie doradzić, jak mam się zmienić, aby bardziej się dopasować do rynku pracy. Od razu doszedłem do wniosku, że jestem na to za stary i nie będę się umawiał na psychologiczne seanse.

Na odchodnym coś mnie podkusiło i także tej doradcy poskarżyłem się, że to jest niedopuszczalne, aby informatorka była tak opryskliwa. Odpowiedziała tak samo jak poprzednia, że to nie jej sprawa. Teraz już nie zaniemówiłem, ale powiedziałem, że w Anglii nie byłoby wolno jej tak odpowiedzieć, ponieważ Nie pozwoliła mi skończyć, bardzo zirytowana pouczyła mnie, że nie jesteśmy w Anglii, jak chcę się skarżyć, to mogę sobie iść do kierownictwa.

Tak więc nie mogłem jej przekazać moich angielskich doświadczeń, że tam w każdej pracy na wstępnym szkoleniu uczono mnie, że na zapytanie, uwagę klienta (interesanta) nigdy nie wolno odpowiadać, że to nie moja sprawa. Każdy członek zespołu, od głównego menedżera do sprzątaczki, jest odpowiedzialny za poziom obsługi klientów całej placówki. W tym konkretnym przypadku doradca w angielskim Jobcentre najpierw przeprosiłby mnie za zachowanie recepcjonisty, a potem obiecałby, że to się już nie powtórzy, ponieważ recepcjonista zostanie ponownie przeszkolony.

Polscy urzędnicy mają raj

Wnioski. Pracownicy polskich urzędów pracy (przynajmniej na ul. Ciołka) mają dużo lepiej niż ich angielscy koledzy. Po pierwsze, nie muszą się uśmiechać do interesantów. Mogą im po ludzku, otwarcie okazywać, co do nich naprawdę czują. Przymus uśmiechania się może być uciążliwy.

Po drugie, na ul. Ciołka urzędnicy nie muszą czuć się odpowiedzialni za pracę całego zespołu, wystarczy, że pilnują swojej działki i nie martwią się o nic więcej.

Po trzecie, polscy urzędnicy nie muszą być tak wszechstronni jak angielscy, mogą uprawiać bardzo wąskie działki.

W Jobcentre za każdym razem miałem do czynienia tylko z jednym doradcą i na posiedzeniu przy jednym biurku załatwiałem wszystko. Jeśli trzeba było iść po coś do innego pokoju (raczej stanowiska, tam nie ma pokoi), to szedł doradca, ja siedziałem i czekałem.

I wreszcie po czwarte, jeśli pani psycholog uczy bezrobotnych asertywności, to wcale nie znaczy, że sama musi być asertywna.

W Anglii jest inaczej? I co z tego? Tu nie Anglia.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.