Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W 2010 roku byłem z kolegą w Warszawie na jakiejś naradzie naszej firmy. Jesteśmy z Lublina. Po obradach, późnym popołudniem - był chyba kwiecień - poszliśmy na spacer Krakowskim Przedmieściem.

Na skraju placu Zamkowego spotkaliśmy Tadeusza Mazowieckiego wychodzącego z kościoła Świętej Anny. Trzymał w ręce kapelusz - on był "kapeluszowy". Poznałem go od razu - to oczywiste.

Przechodząc obok niego, ukłoniłem się i powiedziałem: "Dzień dobry, Panie Premierze". Tadeusz Mazowiecki zatrzymał się i patrzył za nami, próbując skojarzyć, czy jesteśmy jego znajomymi (nie jesteśmy). Odwróciłem się i, widząc jego wahanie, powiedziałem: "Zwykli obywatele, Panie Premierze". Wtedy uśmiechnął się i nakładając kapelusz powiedział: "A dzień dobry, dzień dobry".

Mój kolega zaskoczony sytuacją spojrzał na mnie i stwierdził: "Ty, to był Mazowiecki!". "Tak" - odpowiedziałem. Kolega: "To ty go znasz?". Ja: "A ty nie?". Roześmialiśmy się.

____________________________________

Wielce poważam Mazowieckiego. Za "Solidarność", za konstytucję, za Srebrenicę, za patriotyzm, i za to, że dzięki takim jak on, mój syn poczęty za komuny mógł się urodzić już w Wolnej Polsce (6 stycznia 1990 r.). Nie rozpaczam po nim, a cieszę się, że taki człowiek żył z nami tak długo.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.