Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Szanowni Studenci i Doktoranci,
Przeczytałem listy "Oskarżam panią profesor X o tłumienie rozwoju polskiej nauki" oraz "Na polskiej uczelni studentce nie wolno zadzwonić do profesora" i jestem przerażony... Zanim jednak dokładnie napiszę, dlaczego jestem tak przerażony i po co w ogóle piszę ten list, kilka słów wstępu.

Mam niespełna 40 lat i pracuję jako profesor nadzwyczajny w jednym z polskich instytutów zaklasyfikowanych niedawno do najwyższej kategorii A+. Doktorat robiłem na Uniwersytecie Warszawskim na wydziale, który niedawno także uzyskał kategorię A+. Wypromowałem jednego doktoranta i obecnie mam dwoje kolejnych.

Swoje studia magisterskie rozpocząłem już w nowym systemie, gdy uniwersytety zalała fala studentów, a uczelnie zaczęły pękać w szwach. Przyjechałem do Warszawy z innego miasta, nie znając w stolicy praktycznie nikogo. Na moim kierunku wykładowcy nie byli jeszcze przyzwyczajeni do takiej liczby osób; w końcu trafiło do nich dziesięć razy więcej studentów niż w latach ubiegłych. Nie podchodzili jednak do swoich obowiązków z lekceważeniem; jedyne, co było widać, to fakt, że nie próbują nas zapamiętać, doskonale wiedząc, że do drugiego roku dotrwa tylko 10 proc. z nas.

Na drugim roku faktycznie wiele się zmieniło. Do dziś pamiętam moją radość z faktu, że profesorowie o uznanej renomie traktują mnie jak partnera. Nie zapomnę zajęć ze starszym profesorem, który przyniósł na zajęcia próbki i preparaty warte kilkadziesiąt tysięcy złotych i bez wahania puścił je na salę, w ręce kilkudziesięcioosobowej grupy studentów, argumentując to tym, że jesteśmy jego młodszymi kolegami i ma do nas pełne zaufanie. Rzeczony preparat trzymałem jak najświętszą relikwię, bo na samą myśl, że coś mu się może stać i zawiodę to zaufanie, robiło mi się słabo.

Kolejnym szokiem było dla mnie podejście niektórych wykładowców, którzy przychodzili do nas i pozwalali nam wybrać terminy zajęć, kolokwiów i egzaminów, wskazując logicznie, że my, obciążeni nawałem zajęć, mamy bardziej napięty grafik niż oni, więc nie będzie dla nich problemem, aby się do nas dostosować.

Na trzecim roku przyszło mi zdawać egzamin ustny po nieprzespanej nocy (z powodu zupełnie innego niż egzamin) u prawie pół wieku starszego ode mnie profesora. Gdy profesor dowiedział się o mojej sytuacji, najpierw zaproponował przełożenie egzaminu na inny termin. Gdy odmówiłem, stwierdził, że zrobi mi chociaż kawę, żeby mi się lepiej myślało. Tak więc wcale nie trzeba wyjechać za granicę, żeby spotkać profesora, który podejmuje kawą swojego studenta.

W ramach swoich studiów magisterskich i doktoranckich nie miałem żadnych problemów z dostępem do profesorów i docentów - ich pracownie zawsze stały dla mnie otworem. Miałem okazję wyjechać w ramach współpracy międzynarodowej do placówek Princeton University i Carnegie Institution of Washington i tam rozwijać projekty, których finałem był mój doktorat.

Po doktoracie wystartowałem w konkursie na stanowisko postdoktoralne w instytucie zaliczanym obecnie do kategorii A+. Konkurs wygrałem i po siedmiu latach zrobiłem tam habilitację.

Dlaczego to wszystko piszę? Chciałbym, drogie młodsze koleżanki i drodzy młodsi koledzy, dać Wam przykład i nadzieję, że nie wszędzie w Polsce jest tak źle, jak wskazują wymienione na wstępie listy.

Instytucja, w której obecnie pracuję, jest jednostką, w której konkursy są naprawdę konkursami i nie są rozpisywane pod konkretną osobę. Dzięki temu na stanowiskach doktorantów, adiunktów czy profesorów mamy osoby nie tylko z Polski, ale z całego świata. W ostatnich latach przez nasz instytut przewinęły się osoby z krajów takich jak: Austria, Chiny, Czechy, Francja, Indie, Nepal, Szwajcaria czy Wielka Brytania.

Wszystkie seminaria zakładowe (dwa w tygodniu), konferencje, a ostatnio też zjazdy sprawozdawcze odbywają się u nas w języku angielskim. Pracownie profesorów zawsze stoją otworem. Nie znam przypadku, żeby jakiś starszy kolega odmówił konsultacji doktorantowi czy młodszemu stażem pracownikowi. O wywyższaniu się i wielkich fotelach, z których profesorskim okiem spogląda się na przycupniętych na zydelkach doktorantach, nie wspominając. Często spotykam się z sytuacją wręcz odwrotną, w której to profesor, chcąc, aby doktorant ukończył studia w terminie, zachodzi do jego pracowni, sprawdza postępy i mobilizuje go do dalszej pracy.

Dodatkowo, aby wymóc na naszych wychowankach mobilność, wewnętrzne zasady zabraniają nam zatrudniać naszych własnych doktorantów od razu po doktoracie. Jeśli doktorant chce do nas wrócić, może to zrobić dopiero po odbyciu stażu postdoktoralnego w innej (najlepiej zagranicznej) instytucji.

Prawie każdy z samodzielnych pracowników naukowych naszego instytutu ma rocznie dwie-cztery publikacje w czasopismach z listy filadelfijskiej. Bardzo staramy się, aby nasi doktoranci w trakcie swoich studiów mieli w swoim dorobku co najmniej jedną lub dwie takie prace. Najlepszych z nich wspieramy listami referencyjnymi. Spora część z nich nie ma problemów, by zdobyć staże postdoktoralne w renomowanych instytutach za granicą.

Czytając listy wymienione na wstępie, dowiadując się o ostatnich malwersacjach finansowych, do których doszło na Politechnice Wrocławskiej, słuchając kłamstw (choć niektórzy nazywają je blefami) wygłaszanych przed kamerami telewizyjnymi, dostaje się bardzo smutny obraz środowiska naukowego w Polsce.

Chciałbym jednak zapewnić Was, że nie wszędzie jest tak źle, jak na to wygląda. Wiem, że są w Polsce instytuty naukowe, gdzie pracują prawdziwe autorytety, dla których dzielenie się swoją wiedzą, pasją i doświadczeniem z młodymi ludźmi, a także wychowywanie kolejnych pokoleń światłych Polaków jest prawdziwą misją i jednocześnie przyjemnością. Mam nadzieję, że dzięki Wam z czasem takich instytucji będzie jeszcze więcej.

Czekamy na wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.