Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Młodzież licealna mentalnie nie okrzepła po zaborach. Wśród dzisiejszych 16-, 17- i 18-latków - ludzi wychowanych przecież w XXI wieku, z wdrukowaną w życie demokracją - dzieją się cuda. Trudno uwierzyć, ale w murach współczesnych liceów zupełnie żywa jest umysłowość Sienkiewicza. W złym tego słowa znaczeniu.

Od kilku lat daję korepetycje z języka polskiego maturzystom. Jednym z zadań, do których staram się ich przygotować, jest napisanie wypracowania na podstawie danego fragmentu lektury. Najczęściej fragmenty są dwa, z dwóch różnych dzieł, a uczeń dokonuje porównania. Według oficjalnych wymagań powinien porównać teksty pod względem treści i formy oraz - oczywiście - odwołać się do epoki, w której książka została napisana.

Kto bohater, a kto tchórz?

Bez wchodzenia w szczegóły techniczne: oto mamy dwa teksty. W pierwszym Longinus Podbipięta ratuje na ochotnika los Zbaraża, ale pechowo nacina się na Tatarów. Longinus swoim mieczem "tnie straszliwie", ziemia czernieje od trupów, on jest sam jeden. Znana sprawa. Dzielnie walczy, ale strzałów z łuków już nie przeżyje. Pierwsza strzała świsnęła, gdy pan Longinus mówił: "Matko Odkupiciela!" - i obtarła mu skroń. Druga strzała świsnęła, gdy pan Longinus mówił: "Panno wsławiona!". Potem, na wpół już z jękiem, powiedział pan Longinus "Królowo Anielska" - i to były jego ostatnie słowa na tej ziemi.

W drugim tekście, we fragmencie opowiadania "Rozdziobią nas kruki i wrony" Stefana Żeromskiego, Andrzej Borycki ps. "Winrych", powstaniec styczniowy, przemęczony i przemarznięty, natrafia na Moskali. Próbuje uciec - nie wyszło. W ostatniej chwili, brutalnie bity, błaga, by go nie zabijać. Jednak zabijają, i oto w naturalistyczny sposób (podarli mu ostrogami policzki) opisana jest jego śmierć. Co na to uczniowie polskich LO?

- Longinus jest prawdziwym bohaterem, zgłasza się na ochotnika, walczy do końca, a Winrych umiera jak tchórz.

- Dlaczego jak tchórz? - pytam - Przecież to powstaniec.

- Tak, ale błagał o życie. I uciekał.

Kto patriota, a kto nie

Powyższy przykład niech będzie uproszczonym wstępem, bo w tych całych zmaganiach z polską literaturą i - jednocześnie - historią następuje coś jeszcze. Pomylenie pojęć. Założenie, że znaczenie pojęć "patriotyzm", "polskość" i pokrewnych nie ewoluuje przez lata, tylko po prostu jest, jedno i ustalone jak kanon lektur. Na przykład: mamy rozmowę Cezarego Baryki z Gajowcem (oczywiście "Przedwiośnie"). Spierają się o kształt świeżo odrodzonej Polski. Rozmowa z uczniem:

- Różnica w ich podejściu do sprawy jest taka, że Gajowiec to patriota, a Baryka nie.

- Dlaczego uważasz, że Baryka nie?

- No, jest komunistą.

- Ale z tego tekstu wynika, że martwi się o kształt Polski.

- Ale jest komunistą.

- Czyli tylko Gajowiec jest patriotą?

- No tak, tu mówi o Polsce silnej, że nie oddamy Wilna i Lwowa, i w ogóle.

Bo to ważny temat jest

Kolejne porównanie, moje ulubione. Lekcja z "Syzyfowych prac", podczas której Zygier recytuje oniemiałym uczniom "Redutę Ordona", zestawiona jest z kultową sceną z Ferdydurke ("zachwyca czy nie zachwyca?"). I tu, i tu mamy lekcję polskiego i recytację romantyków. Teksty idealne do porównywania i - niestety tylko na pozór - wymarzony zestaw każdego ucznia.

Kiedy dochodzi do wyjaśnienia kontekstu historyczno-literackiego, rozumieją chóralnie, że zachwyt nad "Redutą" wynikał z ograniczeń, jakie narzucał zaborca. Nie wolno im było kochać swojej ojczyzny, a zakazany owoc lepiej smakuje (to wie pewnie większość maturzystów). A "Ferdydurke", którego uczniowie polskich szkół na ogół szczerze nie znoszą i na korepetycjach skarżą się, że jest bez sensu i bez treści, fabuły i głupie jak dla dzieci i w ogóle czeski film? Kiedy porównują sytuację opisaną u Żeromskiego z sytuacją Gombrowiczowską, tracą grunt.

- Już wolno czytać, więc im się nie podoba.

- Tylko dlatego?

- No i jeszcze zmusza się ich, nie lubią tego.

Ani razu - i to od kilku lat, odkąd ćwiczę ich krytyczno-porównawcze umiejętności, między innymi na tym zestawie - nie pojawiła się sugestia, że z jakiegoś powodu ktoś mógł mieć DOSYĆ tematyki narodowej i stąd właśnie bierze się niechęć. Kiedy to wyjaśniam, jest zdziwienie. Jak to, dosyć? Przecież to ważny temat. Jest wszędzie (w domyśle: w każdej lekturze).

Jaka puenta?

Najgorsze chyba doświadczenie przytrafiło mi się, niestety, z rosłym, inteligentnym i - powiedzmy sobie - "aryjskim" młodzieńcem. Miał niestety, wyniesione pewnie z domu, antysemickie poglądy, które przemycał dość sprawnie, nie na tyle, bym się otwarcie oburzyła, ale na tyle, bym je usłyszała i zrozumiała. Omawiając na przykład "Zdążyć przed Panem Bogiem".

Maturzysta ów swoją prezentację (dla niewtajemniczonych: poza wypracowaniem jest jeszcze - ale już niedługo - matura ustna, na którą każdy przygotowuje 15-minutowy speech na wybrany temat) miał o patriotyzmie właśnie. Była "Rota" i inne takie. Wszystkie dosyć podniosłe, wymachujące szabelką, grożące, wysławiające polski naród i polski lud. Niedzisiejsze, nieaktualne, niepasujące do chłopaka w dżinsach i bluzie z kapturem. Na koniec prezentacji zaskoczenie dla mnie: Baczyński i wiersz "Z głową na karabinie".

- Nie wyjaśniłeś puenty: "Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało wielkie sprawy głupią miłością".

- Ja tego nie rozumiem! - podniósł wtedy ton, przysięgam: - Jaką "głupią"?! Czemu on to napisał? I czemu zepsuł cały wiersz?! Nie chcę pisać nic o puencie.

I nie napisał. Ale ogólnie dostał maksimum punktów. I taka puenta właśnie.

A może winien jest kanon lektur? Czekamy na wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.