Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Pracuje Pani w jednej z najbardziej znanych polskich placówek naukowo-badawczych. Jest Pani postacią w Polsce znaną i szanowaną w swej dyscyplinie. Uświetnia Pani wiele konferencji i czasami zabiera głos w mediach jako ekspert. Nic dziwnego, że kiedy kilka lat temu przyszłam do Pani na rozmowę w sprawie możliwości rozpoczęcia studiów doktoranckich pod Pani kierunkiem, nie zdziwiło mnie, że podczas gdy ja przycupnęłam na jedynym w pokoju zydelku, Pani zajęła pokaźnych rozmiarów fotel po drugiej stronie biurka.

"Ważna osobistość zasługuje na taki fotel" - pomyślałam. Czekałam, a Pani wertowała w milczeniu moje CV, gdzie wymieniłam stypendium na dobrej zagranicznej uczelni, ukończenie jednego z lepszych w naszej dyscyplinie uniwersytetów.

Rzuciła Pani okiem na referencje od zagranicznych wykładowców, pod których kierunkiem pracowałam nad "magisterką" i których nazwiska powinny być Pani znane (choć w gabinetach mieli znacznie mniejsze fotele). Mruknęła Pani coś, kiedy powiedziałam, że zależy mi na pracy naukowej w Polsce i zamiast zapytać, skąd właśnie taka chęć, przeszła Pani do kwestii, które zupełnie mnie zaskoczyły.

Zapytała Pani mianowicie, z czego mam zamiar się podczas doktoratu utrzymać. Stypendia wypłacane doktorantom - powiedziała Pani - są zbyt niskie, żeby pozwalały na utrzymanie w tak dużym mieście jak to, gdzie mieści się Pani pracownia.

Nieśmiało odparłam, że co prawda rodzice mnie nie utrzymują od wielu lat, ale za to mogę podjąć pracę dodatkową, bo w ten sposób dawałam sobie radę przez całe studia, a tym bardziej w wielkim mieście pozwala to zarobić przynajmniej na skromne utrzymanie.

"Co to, to nie!", odrzekła Pani z właściwą wielkim osobom mocą. "Moje dziewczynki pracują od ósmej do szesnastej i nie mają czasu na dodatkowe zarabianie!" - powiedziała Pani takim tonem, że skuliłam się i nie chciałam nawet wspominać o tym, że pracując wieczorami jako kelnerka, jestem w stanie pogodzić pracę doktorską z zarabianiem na życie. Próbowałam jeszcze się bronić, że układamy przyszłość razem z chłopakiem, który też ma plany naukowe i też chce zostać w Polsce, ale to już nie miało znaczenia.

Zdecydowanie powtórzyła Pani to, co powiedziała wcześniej, i pożegnała mnie, obiecując skontaktować się ze mną, żeby dać mi jeszcze ostateczną odpowiedź. Nie zrobiła Pani tego.

Szanowna Pani Profesor, właśnie kończę doktorat w jednym z najwybitniejszych w Europie ośrodków naukowych. Tutaj nikt o Pani nie słyszał, ale może to dlatego, że wyniki tutejszych badań publikowane są w czasopismach, do których Pani publikacje nigdy nie dotarły. I to nie dlatego, że chodzi o słabe czasopisma. Wręcz przeciwnie: tutejsi badacze publikują w czołowych periodykach, zamiast takich lokalnych, redagowanych przez kolegów, których istnienie warunkuje wyłącznie potrzeba zapchania czymś listy publikacji.

Stypendium, które jest mi tu wypłacane, zapewnia przyzwoite warunki materialne. Mimo że pracuje się tu często dłużej niż "od ósmej do szesnastej", znalazłam nawet czas na dodatkowe zajęcie, co jest w tym miejscu dość popularnym sposobem dorabiania sobie na dodatkowe wydatki, hobby i kaprysy.

Szanowna Pani Profesor, ten list nie jest moją osobistą skargą, bo jak Pani pewnie widzi, nie mam powodu, by się żalić. Ten list jest natomiast oskarżeniem.

Oskarżam Panią o tłumienie rozwoju polskiej nauki. Oskarżam o to, że podobnym zachowaniem jak w moim przypadku, być może odepchnęła Pani od pracy badawczej innych, jeszcze bardziej zdolnych młodych ludzi, którym przekonania lub warunki nie pozwoliły na wyjazd za granicę.

O to, że szukając wymówki w braku środków finansowych na badania, tak naprawdę pokrywa Pani swoje własne lenistwo i niechęć do ciągłego rozwoju, który z kolei jest warunkiem sukcesu naukowego. To dlatego skoncentrowała się Pani na byciu lokalną gwiazdą i chce w tym zakonserwowanym splendorze dopłynąć do emerytury.

Wreszcie, oskarżam Panią o to, że nie jest Pani w takim postępowaniu samotna, że podobnych Pań i Panów Profesorów jest w Polsce tak wielu...

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.