Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Prof. Jan Stanek, kierownik Zakładu Fizyki Medycznej Instytutu Fizyki UJ napisał w swoim liście "Pieniądze? Wcale nie. To wygodnictwo jest problemem polskich uczelni" : "W dyskusji nad przyczynami słabości polskiej nauki i szkolnictwa wyższego od lat dominuje wątek niewystarczających nakładów finansowych. Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, że w infrastrukturę naukową i dydaktyczną w ciągu ostatnich lat zainwestowano w Polsce już ponad 25 mld zł ze środków Unii Europejskiej i budżetu państwa (co oznacza średnio prawie 3 tys. zł na czteroosobową rodzinę)! Te środki zmieniły zasadniczo bazę materialną polskiej nauki: powstały i ciągle powstają nowe ośrodki badawcze wyposażone w laboratoria na poziomie światowym".

Prof. Stanek poruszył wiele istotnych kwestii. Należą do nich problemy finansowania nauki polskiej oraz problem mitów narastających wokół środowiska naukowego.

Zapomina się o duszy Akademii

Zacznę od kwestii, co do których prof. Stanek ma świętą rację. Pieniądze na naukę w Polsce są wydawane skandalicznie i w sposób absolutnie nieefektywny. Ich lwia część idzie na budowaną bez większego pomyślunku infrastrukturę i jej utrzymanie. Zapomina się jednak o duszy Akademii, którą bez wątpienia powinni być naukowcy!

To w tym aspekcie wydatki na naukę są skandalicznie niskie, i to w tym obszarze dochodzi do największych nieprawidłowości. Nie istnieje spójny i przejrzysty system wynagradzania kadr naukowych. Robiąc podobne rzeczy, jedni naukowcy otrzymują wynagrodzenie rzędu 2000 brutto, a inni - dwu- i trzykrotnie więcej. Niektórzy młodzi naukowcy otrzymują również nieobwarowane żadnymi wymaganiami docelowymi stypendia o wysokości przekraczającej pensję adiunkta. Wszyscy mogą "dorobić", wykonując projekty badawcze (których wykonywania w wielu przypadkach nijak nie da się zgodnie z prawem pracy pogodzić ze zbiurokratyzowaną machiną dydaktyczną, ale to nie przeszkadza podpisywać rektorom i szefostwu NCN umów na ich wykonanie).

Ponadto wydatki na rozbudowę infrastruktury idą głównie na fasady budowli przeznaczonych na nauki przyrodnicze i ścisłe (do takich zalicza się też dyskursywnie medycynę). Tu prof. Stanek również ma rację, choć o tym nie napisał, jednakże jego głos jest wyrazem opinii przedstawiciela tych właśnie dyscyplin, które z powodów mitologicznych wiodą prym (prestiżowy i finansowy) w nauce polskiej.

Mit pierwszy, który Profesor bezlitośnie rozwiewa, głosi "racjonalność wydatków na nauki przyrodnicze i ścisłe, gdyż są one innowacyjne", a mit drugi, "że wydatki na nauki przyrodnicze i ścisłe gwarantują, iż Polska zajmie należne miejsce na mapie naukowej świata. Mit trzeci jest związany z założeniem, że "ścisłowcy i przyrodnicy potrafią liczyć, a zatem będą pracować efektywnie i wydajnie ekonomicznie". Te mity prof. Stanek rozwiewa, opisując "współczynnik humanistyczny", który stoi na przeszkodzie ich materializacji.

Przede wszystkim wolność, a nie efektywność

Niestety, Profesor krzewi kolejny mit, jakoby społeczeństwo miało "prawo oczekiwać od naukowców, że spłacą zaciągnięty kredyt, czyli że te nakłady przyniosą wymierne efekty w postaci istotnego wzrostu liczby odkryć naukowych, nowych patentów czy wysokiej klasy produktów". Otóż nie, Panie Profesorze - społeczeństwo ma prawo oczekiwać, że ta jego część, która zajmuje się nauką, stworzy urozmaicone środowisko, którego celem obok rozwoju wiedzy naukowej będzie jej rozpowszechnianie w oparciu o żywą dyskusję. Społeczeństwo, w tym zwłaszcza politycy, powinni to rozumieć i wspierać.

"Produktywność i efektywność" nie powinny być pierwotnym celem Akademii i dopiero kiedy sobie to uzmysłowimy, otrzymamy stan, o którym Pan pisze w kontekście innowacyjności i badania nowych zagadnień. Jakiekolwiek "produkty i efekty" powinny być efektem nieposkromionej wolności badań naukowych, nieuzależnionej od pseudoekonomicznych wskaźników efektywności, wydajności, produktywności, czy jak to się tam teraz modnie nazywa.

Działalność Akademii powinna być oparta na zdrowych relacjach społecznych, a jednym z nadrzędnych celów jej istnienia - zwiększanie "kapitału społecznego i kulturowego" ośrodków akademickich, miast i kraju jej funkcjonowania i oddziaływania. Akademia nie powinna być postrzegana jako zbiór dyscyplin i ich przedstawicieli, którzy konkurują o ochłapy z pańskiego stołu (mam na myśli mebel budżetowy), ale jako Środowisko, które z szacunkiem odnosi się do swoich różnych obszarów zainteresowań i metod badawczych i rozumie, że nie będzie dobrej fizyki bez humanistyki ani dobrej ekonomii bez nacechowanego humanizmem podejścia do społeczeństwa. Tego nauczył mnie między innymi mój ojciec, który był fizykiem.

Mit mobilności tak samo niebezpieczny jak inne mity

Kolejny, niebezpieczny mit, który wyłania się z obrazu zarysowanego przez Prof. Stanka, to "mobilność", w tym konkretnym przypadku - naukowców. Otóż mobilność nie powinna być traktowana wyłącznie przestrzennie, jako przemieszczanie się z pkt A do pkt B. W naukach społecznych mobilność to również zdolność jednostek i grup do przemieszczania się w "strukturze społecznej", np. awansowania w hierarchii społecznej (a czasami także do bycia degradowaną). Mobilność nie powinna i nie może być celem samym w sobie. To prawda, że podróże kształcą, ale - zwłaszcza te wymuszone - mogą być stratą czasu i energii. To samo odnosi się często do rotacji stanowisk.

Mobilność, o której pisze prof. Stanek, ma wtedy sens, gdy przynosi wymierną korzyść osobom jej poddanym, powinna być starannie przemyślana i zaplanowana na podstawie potrzeb naukowych jednostek macierzystych i przyjmujących badaczy i wykładowców, ale przede wszystkim powinny przyczyniać się do rozwoju kompetencji i karier ich samych.

Jeśli, znając polskie uwarunkowania, systemowo zmusimy młodszą kadrę naukową do mobilności rozumianej jako "migracje za papierkiem", to otrzymamy bandę cwaniaków, którzy będą odbębniać swoje "staże".

Żeby osiągnąć mobilność naukowców, o jakiej pisze prof. Stanek, czyli czasową migrację za wiedzą i prestiżem, musimy sprawić, że naukowców będzie stać na takie przemieszczanie się, a ośrodki przyjmujące na ich przyjęcie. W obecnej chwili młodzi naukowcy, żeby się utrzymać, muszą często pracować na 120 proc. swoich możliwości, a nie tak jak Pan na 100 proc., a do tego zarabiają połowę Pańskich apanaży, często mają małe dzieci i kredyty mieszkaniowe na kilkadziesiąt lat. I takie osoby prof. Stanek chce systemowo zmuszać do "mobilności"?

Nie "wyścigowi szczurów" w nauce

Obecny system preferuje pracoholików i osoby bez zobowiązań (a w logice systemu - te bez "obciążeń") rodzinnych - "migracje za papierkiem" tylko by to spotęgowały. A nie przyniosłyby korzyści z przyczyn, o których pisze prof. Stanek, z przyczyn, które sam zdiagnozował w odniesieniu do małej innowacyjności instytucji uprawiających "chów wsobny".

Do mobilności społecznej nie powinno się zmuszać. Powinno się dla niej stworzyć warunki. Ludzi jej poddanych powinno być stać na przemieszczanie się i urządzenie w nowym środowisku społeczności akademickiej i miejskiej. W chwili obecnej stypendyści np. programu "Fuga" otrzymują większe pieniądze niż ich koledzy w instytucjach przyjmujących, ale i tak mogą jedynie pomarzyć o oszczędnościach, chyba że uzyskują wynagrodzenia jeszcze z innych źródeł.

Jednak w tak zakreślonym kontekście rodzi się pytanie, czy chcemy, aby nauka polska (i uniwersytety) osiągała progres za pomocą odspołecznionych, "autystycznych" maszyn i prowokować "wyścig szczurów", czy też chcemy budować środowisko normalnych ludzi, dla których nauka jest pasją?

Czy chcemy powiedzieć studentom i młodym pracownikom nauki, że preferujemy "singli", których jedynymi zobowiązaniami będą te wobec pracodawców? Że nie potrzebujemy w nauce matek, lecz jedynie kobiet, które będą ciężko pracować i zobowiążą się, że nigdy nie zajdą w ciążę, a jeśli urodzą, to oddadzą dzieci do adopcji, żeby mieć czas zabiegać o granty, punkty parametryczne i "impact factor" czy inne wskaźniki? Że ojcowie powinni pamiętać, że najpierw kariera, potem rodzina?

Naukowiec = wykastrowany pracoholik?

Być może autorzy polityki naukowej rządu oraz poszczególnych rozwiązań stosowanych na uniwersytetach wzięli sobie do serca omówienie skuteczności działań "ogierów" i "wałachów", jakie przeprowadził Ernst Gellner (choć nie sądzę, aby to czytali), i postanowili nas, szeregowych naukowców, wykastrować?

"Z punktu widzenia państwa duże zagrożenie kryje się - o czym wiedział już Platon - w więziach, jakie łączą jego funkcjonariuszy (czy wojskowych, czy cywilnych) z krewnymi. Ich interesy mogą sprowadzić funkcjonariusza z twardej drogi obowiązku, a ich poparcie może mu zapewnić zbyt wielkie wpływy.

Niebezpieczeństwu temu próbowano zaradzić za pomocą różnorakich strategii; polegały one, mówiąc ogólnie, na kastracji. Trzeba zwyczajnie owe więzi z krewnymi udaremnić, pozbawiając przyszłego wojownika, biurokratę, duchownego - bądź rodu, bądź potomstwa, bądź obu tych rzeczy naraz. Posługiwano się przeto eunuchami, fizycznie niezdolnymi do posiadania dzieci; duchownymi, których uprzywilejowana pozycja była zależna od zachowania celibatu (co zniechęcało do płodności); cudzoziemcami, których krewni znajdowali się bardzo daleko; członkami innych grup bez praw obywatelskich, którzy stawali się całkowicie bezradni w oderwaniu od pracodawcy. Kolejna technika polegała na zatrudnianiu "niewolników" - ludzi często uprzywilejowanych i wpływowych, ale będących "własnością" państwa i wobec tego niepozostających w żadnej legalnej więzi z kimkolwiek lub czymkolwiek poza tym. Ich pozycja i majątek mogły być odebrane w każdej chwili, i to bez stwarzania choćby pozorów prawnego majestatu; w konsekwencji krewni i poplecznicy zdegradowanego nie mieli się do kogo odwołać" (Gellner 1991:26).

I dziś w nauce nie mają szans rodzice mający wiele dzieci

W instytucjach naukowych dzisiejszej doby można łatwo "sterylizować" podwładnych i istnieje długoletnia "tradycja" praktykowania wykluczeń wobec nadmiernie płodnych w sensie dosłownym oraz ich sukcesywnego eliminowania na podstawie "tradycyjnych ról społecznych. Wystarczy spojrzeć na płeć i stan matrymonialny członków jakiejkolwiek rady wydziału. Nie sądzę, by ktokolwiek przeprowadził takie badania w środowisku akademickim, ale może moja wynikająca z pesymizmu niewiara okaże się ignorancją? Może jednak ktoś się odważył albo właśnie prowadzi takie badania? Ja w każdym razie nie dysponuję tego typu danymi, poza ogólnie dostępnymi, publikowanymi w internecie, które każą się zastanowić nad rolą i losem kobiet w naszym systemie akademickim.

Niepokój budzi malejąca liczba kobiet w proporcji do pozycji naukowej w praktycznie każdej radzie wydziału kadencji 2012-16, której skład osobowy przejrzałem (wykaz w bibliografii). Przykładowo, w bardzo licznej Radzie Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW zasiadają 84 osoby o statusie samodzielnego pracownika nauki, w tym tylko 20 kobiet.

Wśród 20 pracowników niesamodzielnych jest już 10 kobiet, a wśród 24 przedstawicieli studentów (w tym doktorantów), kobiety stanowią już większość (13/11). W Radzie Wydziału Humanistycznego UWM w Olsztynie zasiada 21 samodzielnych pracownic nauki na 39 mężczyzn, przy 8 kobietach do 4 mężczyzn wśród pracowników niesamodzielnych; 12/6 wśród studentów (w tym doktorantów). W Radzie Wydziału Historycznego UAM - wśród samodzielnych - zasiada 8 pań wobec 29 męskich pracowników nauki; wśród niesamodzielnych 6 kobiet i 2 mężczyzn; ale wśród studentów i doktorantów są zaledwie 3 panie wobec 9 panów. I jakże tu mówić poważnie o mobilności społecznej?

W dyskusji muszą brać udział młodzi

Kwestii narastających wobec fasady Akademii w Polsce jest wiele. Na szczęście raz na jakiś czas publikowany jest głos "wołającego na puszczy", w tym przypadku prof. Jana Stanka.

Ma to olbrzymią wartość, gdyż sygnalizuje, że są osoby, które pragną dyskusji. Szkoda tylko, że zazwyczaj brak w niej miejsca dla młodych. O młodych decydują "starzy" profesorowie, którzy najczęściej "odchowali" już dzieci i osiągnęli w miarę satysfakcjonujący pułap zawodowo-finansowy. O tych ostatnich zaś w dużej mierze decydują urzędnicy, dla wielu spośród których "nauka" brzmi egzotycznie (nawet gdy posiadają tytuły naukowe).

"Chów wsobny" ma to do siebie, że często w kolejnych miotach uzewnętrzniają się niekoniecznie pożądane dominujące cechy przodków. Może tym należy tłumaczyć to, iż w przyjmowanych obecnie coraz to nowych kryteriach awansu zawodowego, ich autorzy oczekują od młodszych kolegów spełnienia takich, których sami w większości by nie wypełnili?

I na koniec odpowiem na stwierdzenie prof. Stanka, iż "to ostatni dzwonek na zmiany w ustawie". Moim zdaniem zawsze jest czas na dyskusję. W naszej sytuacji wypada żałować, że przy wprowadzaniu kolejnych ustaw i rozporządzeń "reformujących naukę" konsultacje społeczne i dyskusję traktuje się czysto fasadowo - podobnie jak Akademię w Polsce.

* Łukasz Kaczmarek, adiunkt, Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu

Czemu służy nauka? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.