Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
>> Pieniądze? Wcale nie. To wygodnictwo jest problemem polskich uczelni [LIST] - napisał prof. Jan Stanek z Uniwersytetu Jagiellońskiego. "Nie będzie wzrostu liczby odkryć naukowych ani nowych patentów. Dlaczego? Młodzi doktorzy kontynuują badania swoich promotorów, którzy prowadzą je od lat czterdziestu, kontynuując badania zapoczątkowane jeszcze przez ich promotorów w latach 50. zeszłego wieku. Mamy "chów wsobny" na polskich uczelniach. Ostatni dzwonek, by to zmienić!".

Pod listem prof. Stanka rozgorzała dyskusja, część zgadza się z jego diagnozą, część krytykuje za to, że nie pisze o innych równie ważnych przyczynach zapaści polskiej nauki. Oto one:

redix68: Z czego żyć, Panie Profesorze?

Typowe oderwanie od rzeczywistości (w tym wypadku akademickiej) przez członka społeczności "ujotowskiej". Po pierwsze, te podwyżki to nic innego tylko wyrównanie inflacji. Na technicznych studiach to żadna zachęta na pozostanie w pracy na uczelni, o studiach doktoranckich nie wspominając.

Po drugie, "postdoc" (staż podoktorski) w Polsce? Za 1500-2000 zł młody człowiek ma jechać np. do Warszawy na trzy lata (bo w innym ośrodku akademickim w Polsce nie ma jego specjalizacji). I z czego tam ma wyżyć? Wpisuje się to w wizję kontraktów akademickich, które mnie się kojarzą z wizją Polaków jako rezerwuaru taniej siły roboczej - niezorganizowanej masy robotników sezonowych. Bo na zachodzie naukowiec - choćby z uwagi na stopień bezrobocia - ma jakieś szanse na inną pracę na miarę swoich możliwości. Ale tu?

Akurat w przypadku profesorów to pan widzi problem socjalny - przy pensji trzykrotnie wyższej niż w przypadku młodego adiunkta, ale w przypadku tych ostatnich to już nie widzi pan tego problemu.

Po trzecie, to mam pytanie: czy pan już zajmował się procedurami "analizy jakości kształcenia"? No to zapraszam! Proszę pokazać mi na Zachodzie coś takiego i ten ogrom pracy administracyjnej, którą tu wykonuje pracownik naukowy.

Po czwarte, czy dalej na UJ liczba studentów jest taka, że nie można wejść na salę wykładową z powodu braku miejsc? To też winni pracownicy naukowi i ich wsobny chów?

Po piąte, wie pan, jaka jest wysokość przeciętnego grantu np. w Czechach albo Niemczech? I jakie środki są na badania naukowe w krajach, gdzie są efekty nakładów na naukę?

ggustaw: Chów wsobny? A uczelniany nepotyzm?

Świetnie, chętnie wyjadę, stanę do konkursu na innej niż macierzysta uczelni. Potem sprawdzę, że dostanę pensję sporo poniżej średniej krajowej. Z niej mam wynająć mieszkanie i ogarnąć nowe życie dla rodziny. Samo mieszkanie (z opłatami) to - w zależności od miasta - jakieś 50-70 proc. potencjalnej pensji. Żona też chciałaby gdzieś pracować, ale to nie jest łatwe, i nie bardzo można od razu liczyć na jej wkład do budżetu domowego. Jakieś przedszkole dla dziecka trzeba znaleźć - fajnie, jeśli w cenie nieprzekraczającej 30 proc. mojej potencjalnej pensji. Mam więc gdzie mieszkać, posłałem dziecko do przedszkola, i właśnie skończyły mi się pieniądze, bo te dwie pozycje pożerają 80-100 proc. pensji. Wobec czego całą kalkulację wyjazdową wywalam do kosza razem z ogłoszeniem konkursowym, bo nauka - nauką, a dziecku trzeba dać jeść.

I tylko proszę nie opowiadać o tym, że mam granty pisać i zdobywać. Piszę i czasami nawet zdobywam. Tylko że cykl konkursowy to zazwyczaj rok (nabór - rozstrzygnięcie konkursu - umowa - pierwsza transza), i nie można życia rodziny opierać na tym, że może za rok dostanę jakiś grant, który miesięcznie da mi drugą pensję. Bo bywają granty na kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy złotych, z których trudno - poza badaniami - opłacić wyjazd na konferencję, a honorariów nie ma żadnych.

Więc proszę - za przeproszeniem - nie opowiadać bzdur o braku mobilności wynikającej z lenistwa. A jeśli ktoś chciałby poszukać innego znaczenia terminu "chów wsobny", to polecałbym chwilę refleksji nad uczelnianym nepotyzmem, który preferuje geny blisko spokrewnione zamiast genów najlepszych.

trzy.14: Wymiana powinna być standardem. Kto się odważy ją wprowadzić?

A dlaczego na postdoca ma się jechać do Warszawy? Czemu nie celujemy w Zurich, Berlin, Edynburg, Tokio? Poza tym w bardzo wielu specjalnościach, od matematyki po ekonomię, istnieje wiele szkół wyższych i instytutów badawczych zatrudniających specjalistów w tej samie dziedzinie w tym samym mieście: wymiana matematyków, chemików, fizyków, biotechnologów, informatyków pomiędzy politechnikami i uniwersytetami powinna być standardem.

Może wtedy ktoś by szybciej odkrył, że utrzymywanie osobnych uniwersytetów ekonomicznych obok wydziałów ekonomii na uniwersytetach bezprzymiotnikowych nie ma sensu? A jaki sens ma utrzymywanie "oddzielnych" biotechnologii na czterech różnych typach szkół wyższych? W moim mieście są cztery wydziały kształcące biotechnologów!

Przede wszystkim trzeba chcieć. Nikt jednak nie chce i to jest największy problem.

Najprostsze rozwiązanie: "zakazać jednostkom kategorii A zatrudniania swoich wychowanków do 3 lat po doktoracie". I posprzątane. Kto się odważy?

brakloginux: Jestem za przymusowymi postdokami na innych uczelniach

Głęboko wierzę w to, że mobilność stanowi lekarstwo dla polskiej nauki. Nawet jeśli wyjedzie się na inną uczelnię, która jest tak samo beznadziejna, to jednak jest duża szansa, że pozna się nowe pola badań, nowe idee, nowych ludzi. O to przecież chodzi w nauce! O świeżość i ciągłość dyskusji! W pełni się zgadzam, że chów wsobny jest problemem i prowadzi donikąd.

Popieram ten wniosek własnym doświadczeniem z dwóch instytutów Europy Zachodniej, w których nawet szefowie zespołów badawczych nie mają stałej pracy na zawsze (pomijając tak naprawdę kilka-kilkanaście osób w całej placówce, które wniosły potężny wkład badawczy czy organizacyjny dla danego miejsca). Każdy jest rozliczany z tego, co robi, a ostatecznie i tak w większości przypadków musi odejść gdzie indziej (gdzie musi pokazać, że na coś go stać, że ma świeże pomysły, że w przeszłości realizował z powodzeniem nowatorskie projekty, bo inaczej go nie zatrudnią).

Z pewnością ciężko będzie nam dobić do poziomu, na którym dany instytut czy wydział regularnie publikuje w czasopismach pokroju "Nature", "Cell" czy "Science" albo przynajmniej w dobrych czasopismach branżowych. Jednak od czegoś trzeba zacząć! "Przymusowy" postdok na innej uczelni może w tym tylko pomóc.

Zgadzam się z tym, że potrzebne są wyższe pensje! Nieporozumieniem jest to, że doktorant (i wyżej) nie jest w stanie utrzymać siebie, a co dopiero swojej rodziny! Dopóki to się nie zmieni, doskonale rozumiem, że wprowadzenie w życie mobilności będzie ciężkie. Mimo wszystko jednak uważam, że taki zakaz powinien być wprowadzony już teraz. Jak ktoś wyżej już wspomniał: "W danym mieście często jest po kilka wydziałów zajmujących się daną dziedziną. Jeśli zrobisz doktorat na uniwersytecie, idź kontynuować karierę na politechnice czy innej uczelni. Cały czas w tym samym mieście - być może już to zaczęłoby odrobinę zmieniać sytuację, nie zmuszając jednocześnie ludzi do przeprowadzki do innego miasta".

Jeszcze jeden wniosek przychodzi mi na myśl. Ktoś pogardliwie wspominał w tej dyskusji, że w najlepszym razie za 600 euro możemy oferować postdoka obywatelom Trzeciego Świata. Dlaczego nie? Myślę, że polskie uczelnie i instytuty mogłyby liczyć na aplikacje z Afryki czy Azji lub też z krajów sąsiednich. Nie każdy może wyjechać do Stanów czy Europy Zachodniej. Wiem, że sporo ludzi przyjeżdża do Polski studiować np. medycynę. Czemu nie stworzyć programów, które zachęcałyby innych robić u nas doktoraty czy postdoki. Być może taka oferta byłaby atrakcyjna dla niektórych młodych ludzi z Indii, Chin, Ukrainy czy Białorusi? Trzeba tylko chcieć coś takiego stworzyć. A do tego trzeba się na tym znać i włożyć w to mnóstwo wysiłku!

bzale: Mobilność dla mobilnych

Dobra dalekosiężna wizja, a jednak preferująca tylko jeden typ naukowców - menedżerów. Jednak także naukowcy naprawdę "zamknięci w ciszy swojego laboratorium" osiągają dobre wyniki. Mam za sobą kilka wyjazdów naukowych i raczej kiepsko pracuję w innym niż swoje miejsce. Na macierzystej uczelni po doktoracie zmieniłem katedrę, szefa, a także swego rodzaju opiekuna dalszej pracy, wycofałem się z jednego zespołu badawczego i z nowym zdobyłem solidny grant, zmieniłem także tematykę badań, bo w poprzedniej kręcę się już w kółko i niewiele to daje - itd., itp.

Nie jestem naukowcem-menedżerem, jestem mało mobilny, a jednak daję swojej uczelni oraz obszarowi, którym się zajmuję, dość solidne badania. To natomiast, co najlepiej działa, to współpraca z naukowcami-menedżerami. Nie przekonuje mnie też proponowana wizja jednego prostego rozwiązania problemu - mobilność. Jako naukowiec jak dotąd nauczyłem się, że złożone problemy potrzebują złożonych rozwiązań - szerokiej oferty różnorodnych sposobów rozwoju naukowego - mobilność dla jednych, stabilność dla drugich, droga samodzielnego badacza dla jednych, praca w zróżnicowanych zespołach dla innych itd.

oakpark: Państwo polskie nie chce zmian w nauce

"Otrzymać zasłużony stopień doktora habilitowanego stabilizujący go na stanowisku adiunkta". Habilitacja stabilizująca biedę? To już, Panie Profesorze, nie da się żyć w biedzie BEZ habilitacji...

Człowiek, który chce robić coś sensownego, MUSI to robić na Zachodzie. W Polsce granty - nawet jeśli są, starczają na prace przyczynkarskie. Mobilność w polskich warunkach... tutaj już Pan Profesor kompletnie robi Marie Antoinette z powiedzonka o jedzeniu ciastek zamiast chleba...

Dobry opis polskiego życia naukowego zamieścił Zajdel w Limes Inferior... układziki i udawanie, że robią coś sensownego.

W Łodzi z chemii coś sensownego robi z pięć osób - X-ray w strukturze białek, nanopolimery... padł poziom w PAN, na Politechnice... ludzie pouciekali, powstała luka pokoleniowa adiunktów i klops.

W CNRS-ie i w Stanach też jest chuda fara... Irak, Afganistan... sens mają projekty wojskowe - ale też to np. piąta z kolei synteza algogenów... bioorganika w lekach jest masówka, metaloceny jest masówka, dendrymery też jest pole ostrzelane... w nowych odczynnikach - np. do fosfitylacji pod Merrifielda coś drga... ale to nie są projekty z wizją.

Trzeba pouwalniać młodych w nauce i pozwolić im robić różne śmieszne start-upy, z których jakaś część wypali... zmianę robią firmy młodych ludzi - także te innowacyjne.

W Polsce zawarowane interesy są zbyt silne. Może gdyby takich jak WB Electronics było więcej...

Państwo jest temu przeciwne. Zawarowane interesy są tym państwem. PiS-owskie też. Zmienia się wiele, ale nie dawny układ sił w tym kraju.

lucusia3: Czy się stoi, czy się leży...

Bardzo dobrze, tylko Pan Profesor nie napisał, dlaczego opłaca się być gnuśnym na uczelniach. Otóż czy jest się gnuśnym, czy szalenie pracowitym, nie ma to praktycznie żadnego przełożenia na dochody. Na uczelniach są zapisy, że nawet udział w dziesiątce badań nie pozwoli otrzymać pracownikowi uczelni (naukowemu i technicznemu) więcej niż 50 proc podstawowego wynagrodzenia. Resztę zabierze i tak uczelnia.

Jeżeli człowiek pracuje po nocach i w weekendy, angażuje się w badania, bez szans na fuchy na prywatnych uczelniach, to nie zarobi więcej niż kolega przychodzący do pracy na 10, a o 14 już się zbierający do domu, który jest dopisany do jakiegoś mizernego granciku.

Albo odejdzie za granicę, albo sobie odpuści. To samo dotyczy doskonałych elektroników czy informatyków - jeżeli mają pensje ok. 2 tys. na rękę, uczelnia pozwoli im jeszcze góra 2 zarobić, to po pierwszym miesiącu szukania odchodzą do biznesu przy 8-10 tys. od pierwszego dnia pracy. Miernoty nie. Oni więc zostaną na uczelni.

Tak więc moim zdaniem wynagrodzenia mają wpływ na poziom naszych uczelni, a zwłaszcza uczelniana polityka wynagradzania. Zakup najlepszego sprzętu niewiele pomoże, jeżeli nie będzie komu (komu będzie to się opłacać) na nim pracować.

Zgadzam się, że dawanie podwyżek "jak leci" jest kontrproduktywne, podobne jak obecna polityka polskich uczelni "wyrównanych płac". No i mamy "wyrównany" poziom. Do ziemi wyrównany.

robokopo: "ksero finansują pracownicy naukowi we własnym zakresie". A jak jest z politykami?

Myśli Pan poważnie, że polscy politycy, którzy decydują o nakładach na naukę i naszych poborach, rzeczywiście na to pójdą? Że ich to wzruszy? Ma Pan na to jakieś dowody? Moim zdaniem będzie wręcz odwrotnie! Już od dawna docierają sygnały takiej tendencji. Co Pan powie o zlikwidowaniu urlopu habilitacyjnego i stypendium, choć habilitację utrzymano?

Co Pan powie o "miłym widzeniu nieoczekiwania na honorarium za bycie recenzentem doktoratów" albo likwidacji honorarium za prowadzenie magisterek z jednoczesnym wymogiem prowadzenia magisterek za darmo?

A co Pan powie o takim czymś jak: "mile widziane jest przekraczanie pensum dydaktycznego". Oczywiście o pieniądze nie można się upomnieć! Albo "ksero finansują pracownicy naukowi we własnym zakresie"? Czy polscy politycy coś "finansują we własnym zakresie"?

A słyszał Pan o grantach i "oczekiwaniu, by honoraria nie były zbyt wysokie" w domyśle (mają być niskie, a najlepiej, żeby ich w ogóle nie było). Pan myśli, że ktokolwiek zgodzi się na dowalenie obowiązków bez gwarancji godnej zapłaty?

Czekamy na Wasze opinie. Napisz: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.