Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
"W dyskusji nad przyczynami słabości polskiej nauki i szkolnictwa wyższego od lat dominuje wątek niewystarczających nakładów finansowych. Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, że w infrastrukturę naukową i dydaktyczną w ciągu ostatnich lat zainwestowano w Polsce już ponad 25 mld zł ze środków Unii Europejskiej i budżetu państwa (co oznacza średnio prawie 3 tys. zł na czteroosobową rodzinę)! Te środki zmieniły zasadniczo bazę materialną polskiej nauki: powstały i ciągle powstają nowe ośrodki badawcze wyposażone w laboratoria na poziomie światowym.

Nic dziwnego, że społeczeństwo ma prawo oczekiwać od naukowców, że spłacą zaciągnięty kredyt, czyli że te nakłady przyniosą wymierne efekty w postaci istotnego wzrostu liczby odkryć naukowych, nowych patentów czy wysokiej klasy produktów.

Samo wpompowanie pieniędzy w naukę nie poprawi jej kondycji

Innowacyjna nauka to cel nowej perspektywy finansowej na lata 2014-20. Niestety, mam przeczucie, że obecnie naukowcy są niewypłacalni i mimo nowych środków efekty ich pracy będą mniejsze od oczekiwanych.

Zapewne poprawi się nieco poziom prac naukowych, będą one lepiej cytowane i będzie ich więcej, ale w przeważającej liczbie będą dotyczyły tematyki już obecnie uprawianej. Samo wpompowanie pieniędzy w naukę niewiele poprawi jej kondycję.

Ostatnio dostałem kilkaset złotych podwyżki, za co jestem wdzięczny Pani Minister, bo uważam, że zarabiam za mało. Z przykrością przyznaję, że moja wydajność naukowa nie wzrośnie ani o jotę. Powód jest prosty: ja już do tej pory pracowałem na 100 proc. swoich możliwości i nie mam żadnych rezerw. Podwyżki dla młodych naukowców są bardziej efektywne, ponieważ ograniczają poszukiwanie przez nich dodatkowych dochodów.

Uważam, że ograniczenia finansowe przestały być główną barierą rozwoju polskiej nauki; obecnie jest nią znikoma mobilność polskich naukowców.

"Chów wsobny" na niespotykaną nigdzie skalę

Problem zdiagnozował już profesor Michał Kleiber, prezes Polskiej Akademii Nauk ("Pomorski Przegląd Gospodarczy", nr 4/2012), który podał, że w Polsce 90 proc. pracowników naukowych jest doktorami uczelni, na których pracują. To sytuacja kuriozalna, niespotykana chyba w żadnym nowoczesnym kraju. Tę sytuację profesor Kleiber nazwał "chowem wsobnym".

Pozwoliłem sobie zapożyczyć od niego to sformułowanie, ponieważ sam, niezależnie, kilka lat wcześniej użyłem go w czasie dyskusji na mojej radzie wydziału. Zatrudnianie przez uczelnie własnych wychowanków ma wszelkie negatywne skutki chowu wsobnego.

Młodzi doktorzy kontynuują zazwyczaj badania swoich promotorów, którzy często prowadzą je od lat 40, kontynuując badania zapoczątkowane jeszcze przez ich promotorów w latach 50. ubiegłego wieku.

Młodzi doktorzy walczą na śmierć i życie o przydział spinaczy

Jak od młodych ludzi można wymagać ryzykownej innowacyjności, skoro kuszeni są perspektywą pewnej, łatwej i przyjemnej kariery naukowej w dobrze znanym środowisku. Co gorsza, chów wsobny będzie trwał.

Po uzyskaniu habilitacji szczęśliwy adiunkt może, przy dobrych układach, liczyć na szybkie rozpisanie przewidzianego dla niego konkursu na stanowisko profesora nadzwyczajnego, a następnie po uzyskaniu tytułu profesora uzyskać stanowisko profesora zwyczajnego zapewniające "owocną" kontynuację dobrze znanej tematyki badawczej na następnych kilkanaście lat przez nowe pokolenie naukowców.

Ma to fatalny wpływ na jakość i wykorzystanie badań. W zamkniętym środowisku (w instytucie, na wydziale) wszyscy stają się dla siebie potencjalnymi konkurentami, co przy ograniczonych środkach prowadzi do wzajemnego podgryzania się i przysłowiowej już "walki na śmierć i życie o przydział spinaczy". W moim przekonaniu jest to główna przyczyna marnowania się doskonałych, chociaż nielicznych, wynalazków polskich naukowców.

Naukowiec powinien być mobilny i wygrywać konkursy

Opisana sytuacja jest wszystkim znana, ale nikt nie chce podać recepty na jej uzdrowienie. Bo sprawa jest delikatna. Reforma musi pójść wbrew opinii środowiska pracowników naukowych, dla których obecna sytuacja jest wygodna, a przynajmniej nie jest stresująca.

Rozwiązanie jest oczywiste: należy ustawowo zakazać chowu wsobnego. Widzę to następująco. Po uzyskaniu doktoratu młody człowiek powinien mieć możliwość uzyskania, również w Polsce, stażu podoktorskiego (postdoka) na trzy lata, ale jedynie poza macierzystą uczelnią. Taka jest idea tych krótkotrwałych etatów powszechnych za granicą.

Rozpoczynający karierę naukowiec musi mieć okazję poznania innych metod badawczych i nowych tematów. Nadzieja, że odkryje coś nowego w laboratorium, gdzie przez kilka lat robił doktorat, jest iluzoryczna.

Następnie, chcąc dalej pracować w nauce, co wcale nie jest oczywiste, musiałby wygrać konkurs na stanowisko adiunkta, ale nie w tym miejscu, gdzie odbywał staż. Istnieje szansa, że mając nowe doświadczenia, mógłby uzyskać faktycznie nowatorskie wyniki i otrzymać zasłużony stopień doktora habilitowanego stabilizujący go na stanowisku adiunkta.

Natomiast gdyby chciał awansować na stanowisko profesora, musiałby zaproponować znowu coś nowego, ponownie w nowym miejscu. Wiąże się to z wieloma niedogodnościami, takimi jak wynajęcie nowego mieszkania, znalezienie pracy dla współmałżonka, nowej szkoły dla dzieci, zapewnienia opieki dla rodziców itp. Tak więc okresowa zmiana miejsca zatrudnienia nie może być obligatoryjna, ale konieczna do awansu.

To ostatni dzwonek na zmiany w ustawie

Należy skończyć z fikcyjnymi konkursami "awansowymi". Jeśli ktoś wyjątkowo dobrze wypełnia swoje obowiązki, to można i trzeba mu dać nagrodę, ale nie ma powodu, aby go awansować, szczególnie jeśli nie zmienia się zakresu obowiązków. Jeszcze jest czas, aby w przygotowywanej nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym to załatwić.

Można podać przykłady jednostek, które nawet w warunkach chowu wsobnego potrafiły się wybić i dokonać wartościowych odkryć. Wprowadzane ostatnio nowe mechanizmy finansowania badań nieco to ułatwiają.

Niestety, wielu zdolnych i ambitnych ludzi nie chce tracić energii na bezproduktywną walkę i wyjeżdża, argumentując swoją decyzję warunkami finansowymi. To prawda, że w nowoczesnych krajach naukowcy zarabiają znacznie więcej, ale za bardziej efektywną pracę. Kilkunastu moich kolegów i przyjaciół ze studiów pracuje w Europie Zachodniej, USA, Kanadzie i w Australii. Na ogół zrobili tam znaczące kariery. Nie zazdroszczę im pieniędzy, ale tego, że całe życie badali to, co było nieznane.

* Chów (rozród) wsobny polega na kojarzeniu osobników spokrewnionych ze sobą. Skutkiem może być zmniejszenie płodności i odporności na choroby, zwiększenie wrażliwości na niekorzystne warunki środowiskowe oraz ogólne osłabienie odporności psychicznej (wikipedia.com).

Czekamy na wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.