Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Protestuję przeciwko szerzeniu związku frazeologicznego "błąd Kleibera" ( jak mówi Aleksander Smolar, szef Fundacji Batorego, w artykule Pawła Kośmińskiego). Jest ono przede wszystkim niesprawiedliwe.

W naukach technicznych wyraz "błąd" odnosi się do pomyłki w rachunkach. Złe założenia czy przesłanki nie są błędami, są tylko... złymi przesłankami, które prowadzą (choć niekoniecznie) do nieprawdziwego wyniku (z fałszu może wyniknąć prawda).

W dziedzinach innych niż nauki techniczne może być różnie. W ekonomii wyraz "błąd" odnosi się do działania, które przynosi straty. (Ale czy zyski za wszelką cenę to właściwa droga?). "Błąd" ma wydźwięk pejoratywny - oznacza "nic dobrego".

Ale z tego powodu należy również do często stosowanego przypadku "master suppression techniques", gdzie ma wykazać wyższość osoby posługującej się tym określeniem nad osobą, która popełnia błąd. Mało tego - ma zanegować całość poruszanego przez nią problemu i... wykluczyć z gry. To ja przepraszam, ale czuję się sprowokowana, by przeprowadzić mały rachunek sumienia.

Miesiąc temu nie istniał żaden formalny dokument, który świadczyłby o zakresie kompetencji tych tak zwanych specjalistów Macierewicza. Dokładnie - żaden. (O ile nie będziemy brać tych "mam, ale nie pokażę"). Pan Macierewicz wymachujący rękami też nie jest dokumentem. Oczywiście każdy mógł, korzystając z dobrodziejstwa internetu, przejrzeć dorobek czy też nawet przyjrzeć się z bliska ich publikacjom i wyrobić sobie pogląd na temat wiedzy, jaką posiadają, ale niestety, mogła to zrobić tylko wąska grupa osób pracujących w naukach technicznych, i z reguły na uczelniach.

Ale to, że my to wiemy, nic nie znaczy.

To też nie jest dokument. Oprócz tego istnieje jeszcze możliwość, że pomimo braku dorobku w danej dziedzinie (Einstein w urzędzie patentowym też go nie miał) ktoś jednak może dysponować konkretnym dowodem czy rachunkami, o ile w grę wchodzą wyliczenia teoretyczne. I nie ma tu znaczenia, czy jest specjalistą, niespecjalistą, mężczyzną, kobietą, blondynem, brunetem itd. - jeśli jest w stanie przedstawić konkret.

Profesor Kleiber postąpił genialnie - zaprosił wszystkich na naukową konferencję, by przedstawili, jakie mają konkrety. I nagle zrobił się problem.

Prokuratura wojskowa, skoro w grę ma wchodzić zamach, zażyczyła sobie wglądu w te konkrety (tylko czemu nie dwa lata temu?).

I dziś, po opublikowaniu protokołów z przesłuchania prokuratorskiego, wiadomo już, że dowody na punktowe wybuchy są, przepraszam za studencki żargon, z d... wzięte. I jest to już udokumentowane, że osoby, które to szerzyły, nie tylko nie były w stanie wykazać swojego przygotowania, wiedzy ani logicznego uzasadnienia, ale również, mając na uwadze wypowiedzi o wybuchu w szopie itp., niektóre wykazały, że coś z nimi dzieje się nie tak, coś, na czym może bardziej znają się lekarze.

Miejmy tę świadomość: tytuł profesorski nie chroni przed chorobami, również tymi psychicznymi - "Piękny umysł" i Russell Crowe.

Czyli sprawę istnienia referencji i dokumentów w kwestii specjalistów mamy już za sobą, teraz pojawia się nowe pytanie: czy działania pana Macierewicza nie są prowadzone przypadkiem za publiczne pieniądze?

Przypomniało mi się tutaj bowiem, jak kiedyś ze trzy razy przyszło nam tłumaczyć się z faktury na 6,50 zł, za znaczki pocztowe, i czy na pewno jest to wydatek rozsądny. O 15 pieczątkach, które ten dokument nosił na sobie, i o osobach odpowiedzialnych za ich wystawianie nie wspomnę.

A skoro tak ma być, to teraz oczekuję, że działania pana Macierewicza również zostaną ocenione pod względem gospodarowania publicznymi pieniędzmi.

PS

Nie jestem zbyt szczęśliwa z powodu wrzucania do jednego worka prof. Biniendy z pozostałymi specjalistami od Macierewicza, choć możliwe, że Binienda też "odjechał" zbyt daleko w swoich wnioskach (i teraz nie może nawet napić się herbaty na Starówce).

Chętnie przeczytałabym kiedyś pracę jakiegoś inżyniera, w której pokazano by za pomocą MES bardziej szczegółową analizę pokazującą, jakie naprężenia powstają w trakcie uderzenia, jakie wywołują straty i jak zależy to od konstrukcji oraz użytych materiałów - temat rzeka. Parę firm samochodowych zainteresowałoby się takim inżynierem - założę się.

Czekamy na wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.