Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Polub autora tej recenzji na Facebooku >>>

Muszę to napisać, bo wkurzyłem się tym razem już porządnie. Nie wiem, który to już raz po pozytywnej recenzji prasowej, w tym niestety w "Gazecie", oglądam w kinie polski film i wychodzę, zgrzytając zębami. Nie, nie chodzi o to, że film jest po prostu słaby. Chodzi o to, że wydaje się półproduktem, materiał w takim składzie nadaje się od biedy na wniosek o dotację, na krótką dyplomową etiudę, nie na gotowe dzieło. A jednak jest wyświetlany w kinach i pozytywnie recenzowany. Ba, dostaje w dodatku "Co Jest Grane" pięć gwiazdek na sześć możliwych.

Nie pamiętam dokładnie, ile już tego widziałem. "Erratum", "Wymyk", "Nieulotne", "Sztuczki" i cały korowód podobnych. Filmy bez fabuły, bez postaci, bez dialogów, bez rozegranych scen. Filmy - aluzje, które pozwalają co najwyżej domyślać się intencji autorów, pozostawiając widzowi nudę i niedosyt.

"W imię" w polską szkołę niedorobionego snuja wpisuje się idealnie. Początkowa ekspozycja miejsc i postaci ciągnie się niemiłosiernie przez co najmniej jedną trzecią filmu. Akcja, która się potem zawiązuje, jest wyjątkowo rachityczna i trzeba się jej domyślać z rwanych scen. Ta reżysersko-scenariuszowa impotencja, która nie pozwala sensownie skonstruować jednej sceny, to problem, który chyba najlepiej odsłania słabość naszego kina. Bohater A patrzy w górę, bohater B w dół, cedzą przez zęby pojedyncze wyrazy, robią miny. Rozmowa się nie klei, bo nie została napisana, miny i pojedyncze słowa nie wystarczają, więc kiedy aktorzy zaczynają się gubić w improwizacji, reżyser litościwie robi jedyne, na co go stać - zarządza cięcie. Lista scen, które wydają się nieudolnie wyimprowizowane, w tym filmie jest bardzo długa, podobnie jak na przykład w "Nieulotnych". Zaloty Mai Ostaszewskiej (ta aktorka miała wyjątkowego pecha do roli) do Andrzeja Chyry, niby-bójka nastoletnich przestępców z wiejskimi chłopakami, z równie śmieszno-żałosnym udziałem Ostaszewskiej, "spowiedź" Simlata, to tylko niektóre sceny, podczas których widz ma ochotę oglądać czubki swoich butów z zażenowania. Niektóre dobre patenty, jak zabawa księdza i podopiecznego, pokrzykujących jak koczkodany w polu kukurydzy, nie wystarczają do uratowania całości. Podobnie jak nie wystarcza to nieszczęsne stuku-puku w "Erratum", którym tak zachwycała się krytyka. Mam wrażenie, że sens dla tych rwanych scen wymyślany jest naprędce dopiero podczas montażu. Z reguły pada podczas nich tak niewiele słów, że mogą znaczyć cokolwiek. Najczęściej nic.

Nie zgadzam się też z tym nachalnym przemycaniem do filmu pseudonaturalnego, z reguły wulgarnego języka. Reżyserzy wychodzą z założenia, że jak bohaterowie mówią niegramatycznym, nieskładnym językiem potocznym, to robi się z tego takie prawdziwe życie. Niestety, robi się tylko nieprawdziwy film. Także wtedy, kiedy reżyserka daje przed kamerą wyszaleć się nastoletnim statystom. Z radosnego potoku bluzgów czuć wyraźnie, że dzieciaki są przed kamerą sobą, nic poza tym.

Jestem w stanie zrozumieć, że polskie kino ma problemy finansowe. Że nie stać go na drogie efekty specjalne, na kunsztowne scenografie. Ale tak źle być nie musi. Zdjęcia nieźle wychodzą, dobrych aktorów nie brakuje, dlaczego nie stać polskich filmowców na scenariusz? Wszyscy polscy literaci rozdają ulotki w Anglii? Czy może Agnieszka Odorowicz, prezes PISF, która jednoosobowo zarządza polskim kinem, i uparcie prezentuje swoje nazwisko w czołówkach, stawia warunek, że filmów ze scenariuszem nie dofinansowuje? Może Unia Europejska nie daje pieniędzy na scenariusze? A może te filmy są rozkradane, podobnie jak autostrady? Z dróg robotnicy podbierają piasek i smołę, a z filmów warstwę literacką. No bo jak film nie będzie miał aktorów albo kamerzysty, to będzie to jednak o wiele łatwiej zauważyć, niż kiedy nie ma scenariusza. Brak scenariusza widać dopiero po kilkunastu minutach, kiedy siedzisz już w środku sali kinowej i wyłażenie z niej naraża na ostrzał syknięć, oblanie colą i wdepnięcie w minę z prażonej kukurydzy.

Szczególną ślepotę na braki polskich filmów wykazują jednak krytycy. Nie wiem, co ich popycha do pisania recenzji takich, jak wymieniona, czy wstyd im mieszać z błotem enty krajowy film z kolei, czy też są zbyt zawodowo i towarzysko powiązani ze środowiskiem, żeby odważyć się na krytykę. Nie znoszę tych recenzji, nie mam za grosz szacunku dla wysiłków ich autorów, kiery uparcie starają się te filmy doceniać, dopisywać im znaczenia, których widz może się jedynie mgliście domyślać, kiedy próbują w krótkim tekściku opowiadać historie, które na taśmie filmowej zostały jedynie niechlujnie naszkicowane. Nie po to idę do kina, by potem po gazetach wyszukiwać autorskich objaśnień dla mętnej pulpy, którą obejrzałem.

Napisałem, ulżyło mi...

Czy polskie kino jest naprawdę tak złe? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl





Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.