Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Aleksandra Pezda w komentarzu "Co widzą rodzice, a czego nie widzi urzędnik" pisze, że nic nie wyszło ze sprawdzania szkół wymienionych jako placówki nieprzygotowane na przyjęcie sześciolatków w raporcie na stronie Ratujmaluchy.pl, bo urzędnicy zabrali się do rzeczy biurokratycznie. Sprawdzali tylko, czy wszystko się zgadza z przepisami. I na ogół wykazywali, że do złamania prawa nie doszło.

Bitwa "MEN kontra Rodzice" cały czas się więc toczy. Strony się okopały, walczą na raporty, spoty i ulotki. Do działań bojowych zaangażowały znane z telewizji nianie i aktorów - jedni nas przekonują, że szkoła jest cudowna, a drudzy - że paskudna.

W tym wszystkim zapomnieliśmy, że gospodarzami szkół są samorządy. Zarządzanie oświatą jest przecież zdecentralizowane. Samorząd ma nie tylko obowiązek prowadzić szkoły, lecz także o nie dbać, dostosowywać do potrzeb lokalnej społeczności. Wspólnie ze szkolnym personelem powinien być dla rodziców partnerem do rozmowy. Szczególnie w tak ważnym dla nich momencie, kiedy dziecko ma pójść do szkoły.

Nie chcę znowu teraz narzekać na samorządy. Ale jest mi przykro, że reforma obniżenia wieku szkolnego skierowała potencjał rodziców przeciw szkole, choć była doskonałą okazją do zaangażowania go w życie szkoły.

Można było spotkać się z rodzicami, porozmawiać o ich obawach. Pokazać, co już udało się w szkole zmienić, a co jest w planach. Włączyć ich w przygotowanie miejsca do nauki i zabawy ich dzieci. Przecież ta reforma miała działać na korzyść maluchów, a nie przeciwko nim.

Znam rodziców, którzy po nocach wypiekają ciasta, by cały dzień sprzedawać je na piknikach rodzinnych. A potem, za zarobione w ten sposób pieniądze, kupują antypoślizgowe wykładziny do klasy.

Tam, gdzie gminy i miasta podeszły do sprawy solidnie, są dywaniki i kąciki malucha w klasach, łazienki z małymi sedesami, szafki na książki, jest świetlica szkolna i obiady gotowane na miejscu, a także specjaliści pod ręką. Bo na te problemy rodzice najczęściej zwracają uwagę.

Mam znajomego burmistrza, który twierdzi, że koszt takiego przedsięwzięcia, czyli przygotowania szkoły do odpowiedniego przyjęcia sześciolatków nie jest wcale zabójczy dla budżetu żadnej gminy. Kilkanaście tysięcy na przygotowanie szkoły to w końcu nie majątek.

Ale on sam, jak i wielu jego kolegów po sąsiedzku, zainwestował te pieniądze w co innego, mianowicie w okazałą fontannę otoczoną rabatkami i ławeczkami. Bo fontannę na środku rynku miasteczka zobaczą wszyscy jego wyborcy, a dywaniki - tylko ci, którzy mają małe dzieci.

Wojenkę o sześciolatki zostawił więc innym, sam się tym nie przejmuje. W apogeum tej wojny pytam więc: gdzie są samorządy, gdzie są gospodarze szkół?

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.