Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Trzy lata nad tym myślałam. Zmieniłam w Dialogu umowę z telefonicznej na telefoniczno-internetową, równie mało atrakcyjną jak poprzednia - 50 zł bez strategicznego grosza. Przyjechał człowiek i podłączył modem do gniazdka telefonicznego, patrząc na mnie jak na nieszkodliwą wariatkę, kiedy upierałam się, żeby uruchomił internet. No bo przecież kto zamawiający usługę internetową nie umie tego podłączyć? To się nie mieści w głowie, tak samo jak fakt, że niektóre firmy mogą działać sumiennie i odpowiedzialnie. Chyba mają złotówki w oczach i to zaciera im pole widzenia.

W następnym dniu okazało się, że nie działa telefon, internetu nie zdążyłam uruchomić.

No i w tym momencie moje spokojne i ustabilizowane życie nabrało kolorów. Niekoniecznie takich, które by mi odpowiadały. Swoją drogą, jak ci z Dialogu mogli pomyśleć, że się nudzę? Słowo honoru, że mi się to nie zdarza. Może to ma być dodatkowa usługa w powiązaniu z internetem? Jak go już będę miała, to zapytam innych internautów. Może ja jestem straszliwie opóźniona, jeśli chodzi o promowanie usług. W końcu nie mam internetu, telewizji, cud, że żyję, nie dobiły mnie te braki...

Córka zgłosiła natychmiast awarię mojego telefonu. Po dwóch dniach ponowiła zgłoszenie. Konsultant wyraził zdziwienie, że mimo upływu 48 godzin nie zareagowano. Na wieść o tym poczułam się dowartościowana. Niesłusznie. Może to naiwność i nieznajomość realiów, co w moim wieku jest żenujące. Próbuję się zmienić, okoliczności pomagają jak mogą, ale i tak mi nie wychodzi. Może przy dłuższych kontaktach z Dialogiem coś się zmieni...

Po dwóch dniach osobiście (dobrzy ludzie pożyczyli komórkę w tych dniach grozy) zadzwoniłam, próbując uzyskać jakąś informację. Nie ma takiej możliwości. Konsultantka może jedynie wysłać ponaglenie i wysłuchać moich utyskiwań. Zaproponowano mi też telefoniczne zgłoszenie reklamacji. Ożywiłam się. No, to ich powinno wyrwać ze stanu impotencji. Zapytano mnie z wielką troską, jakie chcę zadośćuczynienie. No cóż, przecież jestem z XX wieku. Wytresowano nas, że jak ktoś mnie kopie, to może nie do końca nie ma racji. Nieśmiało zaproponowałam, że może zwrot za rozmowy telefoniczne do Dialogu związane z awarią mojego telefonu. No i skończyło się głaskanie po główce.

Z jednej i drugiej strony zresztą. Konsultantkom, po usłyszeniu numeru klienta, natychmiast zmienia się głos. Wrażenie było tak piorunujące, że nawet zapominały się przedstawić. Rozmawiały ze mną z niechęcią. No bo przecież minęło dopiero osiem dni, to o co ja się pieklę? Gdyby tak pół roku... No i co ja taka wybredna. Nie wystarczy mi reklamacja?

Kiedy zapytałam, czy może powinnam pilnować rachunków i pokornie czekać na wyjście Dialogu z letargu, potraktowano mnie z należytą oziębłością. Kiedy zaczęłam się złościć przy okazji następnego telefonu, że Dialog to mierna firma, bo lekceważy klientów, wyraziłam współczucie, że ktoś w takiej firmie musi pracować, pani po drugiej stronie z irytacją powtarzała, że tylko może posłać ponaglenie, i to tylko raz dziennie.

Potem jeszcze była energiczna pani, która zbyła mnie błyskawicznie, prawie nie dopuszczając do głosu, co, bez wątpienia można mi wierzyć, zwykle bywa nieosiągalne.

Ostatni telefon, po dwunastu dniach maltretowania niewinnego Dialogu - dowiedziałam się, że powinnam sprawdzić gniazdka w mieszkaniu. Brak poradzenia sobie z instalacją telefoniczną jest widać niewybaczalnym grzechem klientów Dialogu. Tu się przeraziłam. Może dostanę za to wysoką karę pieniężną albo inne restrykcje? Kto wie, jak sobie Dialog dorabia, bo pono klientów coraz mniej.

Dialog nadal głuchy. Telefon także. Siedzę więc sobie przy nim i patrzę z nadzieją: może siła mojego wzroku jest większa niż siła troski Dialogu o klienta.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.