Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
List Małgorzaty: "Przydługawy wywód o przygłupich nierobach, którzy są przyszłością tego kraju" [cały list] wywołał dyskusję o tym, czy młodzi są roszczeniowi. I czego chcą od życia. I dlaczego nie można napisać do profesora maila zaczynającego się od "Witam serdecznie". I dlaczego tak ważne jest, żeby stawiać właściwy cudzysłów.

Małgorzata napisała: "Nasze pokolenie jest podobno roszczeniowe, a argumentem jest to, że jakaś panna spóźniła się na rozmowę kwalifikacyjną, a w zasadzie to w ogóle nie przyszła, i że pracodawcy mają problem, żeby tych młodych nierobów roszczeniowych pozwalniać.

Coś mi się wydaje, że oferta musiała być niesamowicie intratna, skoro zgłosiła się jedna dziewczyna i w dodatku śmiała nie przyjść. Tak, tak, to prawda, że młodzi ludzie biorą kredyty, a potem przez 40 lat się nie widują, bo żeby go spłacić, mąż pracuje na nocki, a żona na dzienną zmianę, ale co do ostatniego się nie zgodzę, jak żyję, jeszcze nie widziałam, żeby pracodawca miał problem w tym, żeby kogoś zwolnić, natomiast nigdy nie ma problemu, żeby przez ogólnoświatowy kryzys obniżyć pracownikom pensję albo wysłać ich na tzw. samozatrudnienie czy jakąś inną formę ?umowy ?, która na pewno poprawi jego sytuację finansową.

I coś jeszcze... Wmawia się tym ludziom ciągle, że mają szukać pracy, że praca jest jakimś złotym runem, do którego mają dążyć, i inne jakieś bzdury tego typu.

Więc już nie ma ludzi ?po pracy ?, którzy mogą spokojnie zająć się myśleniem o rzeczach ważnych, przyszłości swoich dzieci i wnuków, analizie historii, gospodarki czy polityki. Mamy ludzi, którzy ciągle są albo w pracy, albo na telefonie, tudzież mailu, jedyną formą aktywności, jaką im się serwuje (jeśli mają szczęście i posiadają ?multisporta ?), to aktywność fizyczna, żeby jakoś ta maszynka dotrwała do tego 67. roku życia.

Albo są w pracy, albo w trybie gotowości. Może to i lepiej, bo jeszcze by usiedli i pomyśleli, że nie praca jest tym złotym runem, ale KASA. Bo to kasa pozwala wykorzystać środki zarobione w czasie pracy wedle osobistego upodobania".

Odezwał się młody przedsiębiorca

Tak, jesteście roszczeniowi, widzicie tylko źdźbło w cudzym oku... [cały list]

Mam, pani Małgorzato, wiele ciepła i zrozumienia dla Pani żaru w wykrzyczeniu własnego "NIE". Cóż, ludzie gadają, że to prawo młodości w jej fazie buntowniczej. Niestety - gdy jeszcze nie kuma się związków przyczynowo-skutkowych własnych zachowań albo na siłę usiłuje się je ignorować, kopnąć pod dywan.

Przekabacacie na swą korzyść fundamentalną zasadę relacji międzyludzkich - zasadę wzajemności: "Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie".

Właśnie - na czym polega, gdzie jest i w czym się przejawia wasz system wartości? Co się na niego składa? W czym nawiązuje do wartości ogólnoludzkich i w jaki sposób je interpretuje? Wzbogaca czy infantylnie wykpiwa?

Macie za złe przedsiębiorcom, że nie puszczają takiego siana. Że w walce o przetrwanie nie godzą się rozwalić swych firm, tolerując wasz bajzel pojęciowy i motywacyjny. Nie możecie znieść, że egzekwują, oceniają wyniki i wyciągają wnioski: temu premia, a tamtemu "spadaj koleś - nie nadajesz się".

A jak myślicie - kim ci przedsiębiorcy są, spadli z Marsa? Nie chcecie widzieć, że to często wasi starsi koledzy, których, podejmując działalność, stać było na życiowy krok ku własnej odpowiedzialności?

Więc oni mają być waszymi niańkami dokładającymi do interesu jak dotąd mamusia i tatuś, bo tacy jesteście wspaniali i "się wam należy"?

Otóż - będzie wam tak źle jak teraz albo i gorzej, jeśli nie zaczniecie traktować innych jak prawdziwych partnerów. Wobec których CZUJECIE POTRZEBĘ odpowiedzialności, aby to partnerstwo w ogóle istniało.

Od tego nie uciekniecie, niech się nikomu nie wydaje, a im szybciej tę prawdę zasymilujecie do swego systemu przekonań, tym szybciej wyjdziecie z obecnego, beznadziejnego dołka. Za to, pani Małgorzato, trzymam kciuki. M.K.

Inny młody "roszczeniowy" stawia diagnozę, skąd całe zło

Opłakane skutki wmawiania młodym, że są "bógwico" [cały list]

Gdy słyszę, jak starzy narzekają na młodych, to od razu myślę, że narzekają na siebie. Bo: - wmawiacie młodym ludziom: musisz coś osiągnąć, zdobądź wykształcenie, a praca robola nie jest dla ciebie; - tłuczecie jak mantrę, że każdy jest wyjątkowy, czyli buława marszałkowska jest w plecaku, wystarczy tylko nią zamachać; - to wy uczycie, że najważniejsze jest postawienie ptaszka w kratce i zero pomyślunku; - to wy wmawiacie im, że są warci ogromne pieniądze, a ich studia to "bógwico"; - to wy nie uczycie tego, co trzeba, a potem wymagacie dokładnie tego; - to wy mówicie: "bierzcie sprawy w swoje ręce", a potem fundujecie tor przeszkód, przy którym wejście do środka ziemi to pójście na piwo...

Jaki program włączyliście, taki produkt dostajecie...

Niestety, po nauce przychodzi do was człowiek, który nie umie tego, czego potrzebujecie, ale w trzy minuty uczycie go, że aby przeżyć, zasadniczo ideały musi schować do szuflady, a jego praca z racji masy takich samych za bramą warta jest smętne grosze, a tego, co cię, chłopczyku czy panienko, nauczyli na studiach, to wiesz, co sobie możesz z tym zrobić...

Ciężko jest potem zmienić przyzwyczajenia, sprawić, by młoda głowa nadal wierzyła w wasze słowa, by młoda głowa inaczej patrzyła w przyszłość. Do kompletu jak ułatwiacie start w tzw. dorosłe życie - może własne mieszkanie? Chłopie, zapomnij. Szacunek w pracy: dziewczyno, ale ty możesz mieć dzieci. Jakieś przywiązanie do firmy, oddanie: czyś ty z byka spadł?

Pomoc, by ludzie chcieli mieć dzieci: kochana mamo - masz becikowe, kochany tato - przynieś kwitek z firmy, dostaniesz 40 złotych. Przedszkola... No dobrze, przekleństw piętrowych nie będzie.

Czy my wymagamy za wiele? Rzetelnej nauki i traktowania nas jak ludzi, dyskusji i rozmowy jak z partnerem, a nie debilem, niewymądrzania się i kilku innych równie dziwnych i strasznych rzeczy? caerme

Zuzanna z powodów zasadniczych polemizuje z Małgorzatą

Sprzątaczki mają wyższą kulturę osobistą niż niektórzy studenci [cały list]

Szanowni Państwo,
Tak zamierzam zacząć swój list elektroniczny do Państwa, ponieważ uważam, że nie po to moi przodkowie walczyli (czy to z bronią w ręku, czy też z narażeniem życia prowadząc lekcje j. polskiego) i ginęli za piękną polską mowę, abym miała jej nie używać.

Na pierwszy ogień poszli językoznawcy - banda leni, którzy nie mają nic innego do roboty, tylko pilnować czystości polskiego języka - komu w ogóle jest potrzebny czysty język polski? Nikomu, bo nie ma już czasu zaprzeszłego i jakoś nikt za nim nie tęskni, usuńmy więc i poprawne formy grzecznościowe, i poprawną interpunkcję, bo ciężko pracująca młodzież nie ma czasu na naciskanie Shifta.

Profesorowie, o których p. Małgorzata mówi z takim lekceważeniem, zwrócili uwagę na to, co od dawna powszechnie wiadomo, czyli że duża część studentów jest chamami, którzy nie powinni oglądać uczelni wyższych nawet z zewnątrz. Doprowadziliśmy do tego, że uczelniane sprzątaczki, proste kobiety, mają wyższą kulturę osobistą niż niektórzy studenci. Razi to szczególnie, ponieważ to są ci, którzy mają się stać inteligencją, której obowiązkiem jest stać na straży wartości niematerialnych - takich właśnie jak język polski, kultura, historia, wiedza przyrodnicza, prawna czy medyczna.

Pani Małgorzato W., mam wrażenie, że usiłuje Pani gloryfikować nieudaczników bez odwagi, by zmienić swoje życie, bez polotu i bez pomysłu na siebie - to oni stanowią większość tego tzw. ludu pracującego, który użala się na łamach "Gazety Wyborczej" na wszystko i wszystkich. Jednakże rzeczywisty lud pracujący w milczeniu używa swojej zaradności i polotu, by swoje życie utrzymać w swoich rękach, przychodzi on na rozmowy o pracę, uczy się języków i ma kasę, jeśli nie w kraju, to poza nim.

W obecnych czasach człowiek nie musi się co dwa lata przekwalifikowywać, wystarczy, że będzie miał jakieś zainteresowania poza czubkiem własnego nosa. Ja nie mogłam iść na wymarzoną biologię, to zostałam administratorem systemów i sieci - co też kocham robić.

Po kilkunastu latach pracy nie uważam że to KASA jest złotym runem. Dla myślącego człowieka posiadanie kasy nie powinno być celem samym w sobie, gdyż to właśnie taka postawa prowadzi do opisywanych przez Panią zachowań - że ludzie pracują od świtu do zmierzchu i nie widują domowników. KASA jest wyłącznie środkiem do realizacji celów - od przetrwania po fakultet z ukochanej dziedziny wiedzy. Zuzanna K. Filutowska

Albo się ma życie, albo się ma pieniądze

Daleki jestem od "roszczeniowej postawy", o której pisze autorka listu, tym bardziej od typowego polskiego "narzekactwa", ale coś w tym faktycznie jest, że ludzie urodzeni tak jak ja pod koniec epoki PRL albo na początku demokratycznej Polski nie mogą znaleźć sobie pracy.

My nie tylko potrafimy, ale chcemy PRACOWAĆ, tyle tylko że system jest źle skonstruowany. Wzmacnia pozycję pracodawcy względem pracownika. Ten pierwszy zamiast normalnej oferty daje możliwość wystawienia faktury, a żeby ją wystawić, trzeba założyć firmę, a kto ją założy, kiedy nie ma pewności, że ta firma pozwoli mu utrzymać siebie, o rodzinie już nie wspomnę. Każdy musi od czegoś zacząć.

Studia, świetnie, ale po studiach wszyscy zarzucają nam, że nie mamy doświadczenia. No to robimy staże, praktyki, kursy, szkolenia etc., ale to jest czasochłonne i nigdy za darmo... Wtedy idzie się na drugi kierunek albo podyplomówkę (cały czas czegoś szukając), żeby rodzina krzywo nie patrzyła, zarzucając nam, że tylko w domu siedzimy i leżymy do góry brzuchem. Te spojrzenia i wymówki bolą czasem bardziej niż kłótnie o niezapłacone rachunki.

No to chałturzy się na boku, za mniejsze stawki albo w ogóle po kosztach. Znam też takich, co za darmo, byle pochwalić się czymś przyszłemu pracodawcy. A jak nie, to opiekujemy się cudzymi dziećmi, roznosimy ulotki albo gazety, prowadzimy strony internetowe, portale społecznościowe, tłumaczymy z obcych języków, wdrażamy projekty i organizujemy dofinansowania. Wszystko fajnie, ale kasa dalej z tego żadna i brak szans na stałe zatrudnienie. I jak tu założyć rodzinę?

Kiedy wreszcie nadchodzi moment i upragniona umowa o pracę za najniższą krajową wpada nam w ręce, okazuje się, że w pierwszej połowie XX wieku wywalczony 8-godzinny dzień pracy jest tylko mrzonką, do której pracodawca wprowadza własną klauzulę i taryfikator. Czytaj między wierszami: 11, a nawet 12 godzin, brak życia poza pracą. Niestety, bracia i siostry, albo się ma życie, albo się ma pieniądze. Jednego i drugiego się nie da. Dlatego rodziny pozakładamy sobie po czterdziestce.

PS A gdzie te 147 (dosłownie: sto czterdzieści siedem) wysłanych od lutego CV? Jak krew w piach.

Komentarz swój chciałem zadedykować Adasiowi Miauczyńskiemu. tymoteusz.kwezal

Dzieci uwierzyły, że są "wyjątkowe i najlepsze"

Tu nie chodzi o "witam serdecznie". To jest mały pikuś. Tu chodzi o roszczeniową postawę, krańcową asertywność ocierającą się o arogancję, niezwykle wysokie mniemanie o sobie i nieumiejętność przyjęcia konstruktywnej krytyki.

To jest, niestety, trend światowy, nie tylko polski. Wychowaliśmy nasze dzieci w przekonaniu, że są wyjątkowe i najlepsze, no i w to uwierzyły. Problem w tym, że nie każdy jest najlepszy. Moje pokolenie (rocznik '79) zostało jeszcze wychowane inaczej - też z błędami. Czyli w nadmiernej pokorze wobec rzeczywistości. Ciągle nie jestem pewny, czy jestem wystarczająco dobry, ciągle wydaje mi się, że można było lepiej.

A moi studenci potrafią odwalić kompletną kichę i być niesłychanie zadowolonymi z efektów swojej pracy. Mało tego, jak uprzejmie zwrócę uwagę na karygodne błędy, reagują prawie tak, jakbym im napluł w twarz. Totalna obraza, bo przecież nie krytykuje się ad personam.

I to jest dość dramatyczna zmiana, która wymaga od nas również działań dostosowawczych. Na uczelni, w zakładzie pracy, w urzędzie... flamengista

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.