Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Od kilku godzin rozmawiam z synem, analizujemy tę historię, "reformujemy" system prawny, dyskutujemy o odpowiedzialności za winę, o granicach wybaczenia, ekspiacji, drugiej szansie, przerabiamy skrócony kurs etyki, filozofii, prawa...

Kłócimy się i godzimy. W szkole syn usłyszał od wychowawcy jedynie, że tak, to właśnie ta pani, nauczyciele są wstrząśnięci, zmartwieni i zagubieni, przecież to była ich koleżanka, taka pobożna osoba. Przykro, że żegnamy się w takich okolicznościach. 

A uczniowie?

Wzruszyła mnie troska autora reportażu o jego bohaterkę. Doprawdy, podziwu godna wrażliwość. Szkoda, że zabrakło mu wyobraźni, żeby przewidzieć skutki reportażu. W dniu jego publikacji już wieczorem koledzy mojego syna przesyłali sobie nawzajem wiadomości o tym, że to właśnie ONA, z zapałem studiowali reportaż zarówno pana Szczygła, jak i te archiwalne, przez które autor z takim bólem się przedzierał.

Oni to połknęli natychmiast, nie bawiąc się we wrażliwców, co muszą odpocząć od opisywanych okrucieństw. Przecież dotyczyło to ich osobiście! Ich nauczycielki, z którą ledwie wczoraj mieli lekcje. To z nią walczyli o lepszy stopień na koniec, szorowali ławki w pracowni, żeby uniknąć poprawki. 

Szkoła, w której uczyła "Ewa T." to renomowane warszawskie liceum i gimnazjum. Bohaterka reportażu uczyła w obu szkołach. Mój syn to licealista, już niemal dorosły człowiek, jednak widzę, że ta historia nim wstrząsnęła. A co z gimnazjalistami? To przecież najtrudniejszy wiek, wiek nieprawdopodobnej wprost wrażliwości i braku równowagi. Oni też byli uczniami "Ewy T.". Dlaczego nikt nie pomyślał, jak oni się poczują?

Autor pisze, z jaką troską dał czas swojej bohaterce, żeby mogła wycofać się ze szkoły, zniknąć bez śladu. Dlaczego nie dał czasu dyrekcji szkoły? Przecież z młodzieżą powinni się spotkać psychologowie, prawnicy, etycy - nie wiem kto jeszcze! Jak można było ich zostawić, zakładając, że pojadą na wakacje i zapomną? Jak można było sądzić, że nie wyszperają w sieci absolutnie wszystkiego na ten temat? 

Przykro mi to pisać, ale wygląda na to, że autorowi zabrakło i wyobraźni, i odpowiedzialności.  ZW (imię i nazwisko do wiadomości redakcji)

Zero agresji, duża doza wyrozumiałości

Powiem na wstępie - że nie czytałam całego artykułu, o sprawie dowiedziałam się dwie godziny temu.

Pani Ewa uczyła moje dziecko trzy lata w gimnazjum. Córka właśnie je kończy, informacja była dla nas szokiem.

Ale to, o czym chcę napisać to inna sprawa. Dzieci niezwykle ją lubiły - mówiły zawsze, że była wyjątkowo ciepła, dbająca o nich, zainteresowana ich problemami - w sposób właściwy, bez natręctwa, bez wchodzenia za głęboko. Regulamin, o którym mówi red. Szczygieł nie był mi znany i nigdy nie słyszałam, żeby ktoś z jego powodu miał najmniejsze problemy.

Nie było żadnych, najmniejszych nawet, oznak, które mogłyby wskazywać, że ma za sobą takie wydarzenie. Zero agresji, duża doza wyrozumiałości.

Reakcją młodzieży jest chęć wsparcia, szykują maila, by ją wesprzeć w tych trudnych chwilach.

Obraz nauczycielki, jaki miałam w wyniku ocen młodzieży i swoich paru rozmów z nią przy okazji zebrań szkolnych - jest totalnie odmienny. Nigdzie i nigdy nie mogłabym przypuszczać, jaką ma za sobą przeszłość.

A co ona teraz może zrobić? Odbyła karę. Przez 20 lat wiodła życie zgodne ze wszelkimi zasadami społecznymi. Co może więcej?

Panie Mariuszu - Pan ją osądził. Teraz, jako nauczycielkę dziś. Jednoznacznie osądził ją jako osobę agresywną, pozbawioną empatii, zimną, niekochającą.

Boli mnie to, mimo pozorów wyważenia.

Nie lubiłam tej pani, trudno było mi się z nią dogadać. Ale nasze dzieci często powtarzały "To kiepski nauczyciel (w rozumieniu - tłumaczy zawile), ale CUDOWNY CZŁOWIEK".

Co Pan na to, Panie Mariuszu? I(imię i nazwisko do wiadomości redakcji)

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.