Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
"Takie Rzeczypospolite będą, jakie ich młodzieży chowanie" - głosi jedno ze starych i najmądrzejszych powiedzeń. Trudno się nie zgodzić z tym, że obecne polskie społeczeństwo pełne jest roszczeń, zawiści, ostrych podziałów. Wręcz modne staje się zwykłe chamstwo, czasem pogarda. Społeczeństwo nie funkcjonuje najlepiej, delikatnie mówiąc, nawet jeśli kraj się rozwija gospodarczo.

Trzeba więc bacznie przyglądać się temu, jak funkcjonuje od pewnego czasu polska szkoła, bo to ona w dużej mierze ukształtowała polskie społeczeństwo.

Z dużym zainteresowaniem przeczytałem artykuł profesora Hartmana "Umarła klasa", zwłaszcza że sam jestem nauczycielem z kilkuletnim stażem. Osobiście uważam, że profesor chciał bardziej sprowokować do dyskusji, a nie rzeczywiście likwidować szkoły. Gdybyśmy rzeczywiście zlikwidowali szkoły, to spadlibyśmy do poziomu kraju Trzeciego Świata, a nawet jeszcze niżej, bo właśnie sporo biednych krajów dużo inwestowało i inwestuje w edukację. Natomiast zgadzam się z profesorem, że trzeba szkołę zmienić.

Ale dlaczego i jak zmienić?

Przykład idzie z góry

Po pierwsze: znaczna część szkół jest zorganizowana na wzór feudalny, co oznacza, że im więcej posłuszeństwa, tym lepiej.

W "idealnej" szkole każdy jest posłuszny i się boi. "Dobry" uczeń się boi nauczyciela, "dobry" nauczyciel się boi dyrekcji szkoły, dyrekcja "dobrej" (ba, "renomowanej"!) szkoły boi się kontroli kuratorium. To jest oczywiście przerysowane z mojej strony. Niemniej taki model dość często funkcjonuje.

Jest to niewątpliwy przeżytek feudalizmu i wczesnego kapitalizmu, kiedy chodziło głównie o szybką likwidację analfabetyzmu i zarazem wychowanie przede wszystkim przyszłych robotników, ewentualnie posłusznych żołnierzy, którzy by masowo ginęli na froncie wojennym, jeśli ojczyzna znalazła się w niebezpieczeństwie. Patriotyzm jest oczywiście potrzebny, ale raczej na czasy pokoju, a nie na warunki zbliżającej się wojny. Przy tak hierarchicznej strukturze, z jej wszystkimi wadami i zaletami, szkoła długo jeszcze będzie instytucją zachowawczą.

Oczywiście, posłuszeństwo jest również potrzebne. Równie ważne jak ono, istotne jest rozwijanie kreatywności, zainteresowań ucznia, a przede wszystkim jego aktywizacja na lekcji. A przykład idzie z góry. Żeby byli dobrzy uczniowie i studenci, muszą też być dobrzy nauczyciele. Moim zdaniem prawdziwie dobry nauczyciel to niekoniecznie taki, który powstawia sporo kiepskich stopni, aby zmusić uczniów do ciężkiej pracy. Jest nim natomiast na pewno taki, który ucznia (szczególnie rozbrykanego) nakłoni do pracy, a nawet go zainteresuje, by go pozytywnie zaktywizować.

A jak można ucznia zaktywizować, by nie wspominał szkoły jedynie jako miejsca nudnego "zakuwania", ewentualnie głównie spotkań towarzyskich?

Nauczyciel: pasjonat, który lubi dzieci i zna nowinki techniczne

Wbrew przewijającym się opiniom nie jest prawdą, że uczelnie wypuszczają "złych" nauczycieli, którzy z gruntu nie nadają się do pracy.

Wszystkim tym, którzy oskarżają polskie uniwersytety i inne szkoły wyższe o zaniedbania w kształceniu kandydatów na pedagogów, pragnę uprzytomnić, że każdy przyszły nauczyciel musi (także na innych studiach niż pedagogika) skończyć blok pedagogiki danego przedmiotu, w którego skład wchodzą takie przedmioty jak pedagogika właśnie, psychologia oraz dydaktyka danego przedmiotu.

W czasie zajęć tych poznaje takie metody aktywizacji uczniów, jak: dyskusja na lekcji, praca w grupach, "kula śniegowa", odgrywanie ról, by wymienić tylko te najbardziej znane. Mało tego, od przyszłych nauczycieli wymaga się, by przeprowadzili lekcje podczas praktyk.

Ale dlaczego tak mało nauczycieli dobrze sprawdza się w pracy?

Aby być dobrym nauczycielem, należy nie tylko być dobrze przygotowanym do zawodu, ale także mieć określony charakter, może nawet dość specyficzny. Po pierwsze, trzeba być pasjonatem w swojej dziedzinie. Po drugie, trzeba lubić dzieci, młodzież i swoją pracę. Po trzecie, trzeba zaakceptować swoje niskie zarobki. Po czwarte, trzeba się dokształcać, choćby czytając specjalistyczne czasopisma czy literaturę fachową. Po piąte, trzeba być na bieżąco z nowinkami techniki, którymi posługuje się młodzież, by ją choć trochę rozumieć. Po szóste, trzeba nie tylko umieć, ale też chcieć przeprowadzać lekcje w sposób mniej standardowy.

Uczniowie są niesamowicie bystrzy i szybko dostrzegają, którzy nauczyciele są pasjonatami, a którzy nudziarzami. Dobry nauczyciel może szybko zarazić ucznia pasją do przedmiotu, a zły nauczyciel skutecznie go zniechęcić.

Karygodne traktowanie oświaty

Tu dochodzimy do drugiego problemu, jakim jest przemysłowe, moim zdaniem wręcz karygodne traktowanie oświaty przez kolejne rządy i ministerstwa, co najmniej od 1999 roku.

Ktoś, kto chyba nigdy nie był nauczycielem, założył, że nauczanie powinno wyglądać jak praca w fabryce, czyli im większa wydajność na jednostkę czasu, tym lepiej. W przypadku szkoły wygląda to następująco: im więcej materiału i im mniej godzin do jego realizacji, tym lepiej.

W myśl tego technicznego myślenia liczba godzin wielu przedmiotów jest bardzo mała (często jest to jedna godzina w tygodniu), natomiast materiału do zrealizowania jest mnóstwo. Role są przy tym w hierarchicznej (patrz wyżej) szkole wyraźnie rozdzielone: uczeń ma opanować materiał, a nauczyciel go przedstawić na lekcji i nie ma miejsca na dyskusję. Ale przy tak małej liczbie godzin nauczyciel musi pędzić, aby zrealizować całość materiału, i nie ma tu miejsca na aktywizację uczniów, co by ich zachęciło do nauki przedmiotu i sprawiło, że nie byłoby miejsca tylko na "zakuwanie".

Co zatem należy zrobić, by zmienić ten stan rzeczy? Należy przestać traktować oświatę jak przemysł, nauczycieli jak robotników przy taśmie, a uczniów jak towar do przerobu. Trzeba skończyć z ciągłym oszczędzaniem pieniędzy, zwiększyć liczbę godzin, a zarazem rozliczać nauczycieli (przynajmniej w szkołach podstawowych, gimnazjum i pierwszych latach liceum) z tego, jak prowadzą zajęcia. Czy aktywizują uczniów, czy może ich zwyczajnie zanudzają.

Należy skończyć z przesadnie wyrażoną hierarchią w szkole, w myśl której uczeń jest mało znaczącą jednostką, a nauczyciel ma jedynie realizować materiał.

Należy co pewien czas odgórnie robić selekcję materiału, sprawdzać, czy na pewno wszystko, czego uczą się dzieci w szkole, ma obecnie sens. Nie ma sensu na przykład podawanie na lekcjach szczegółowych danych liczbowych, w sytuacji kiedy łatwiej o źródła informacji niż kiedykolwiek. Nie ma sensu także uczenie się na pamięć przekrojów ciała różnych zwierząt, bo przecież nie każdy będzie biologiem czy weterynarzem. Obecnie doszło do paradoksu, w którym przyszły maturzysta jest uczony wielu rzeczy, niekoniecznie potrzebnych, a zarazem nie wie, co to jest procent, nawet jeśli idzie na politechnikę!

Na moim przedmiocie spora część osób panicznie boi się zadań, w których są obliczenia, nawet te prostsze. Zatem pewnie największe problemy są z nauczaniem matematyki. Co do samej matematyki, uważam, że oprócz uczenia większej ilości logiki, która zresztą jest jednym z działów matematyki, należy wprowadzić do szkół średnich statystykę. Właśnie po to, by przyszli dorośli nie dawali się ogłupić statystykami, jak w tym przykładzie: kiedy rośnie średni dochód na osobę, to wszystkim żyje się lepiej. Jest to często powtarzana nieprawda.

Przede wszystkim w imię reformy szkoły nie można wylewać dziecka z kąpielą i przestać uczyć dzieci o powstaniach narodowych, funkcjach trygonometrycznych, prawach przyrody, co proponuje profesor Hartman. Osoba z maturą, która mało wie o zrywach narodowych, prawach przyrody i nie potrafi zastosować funkcji trygonometrycznych, długo jeszcze będzie uchodziła za pospolitego ignoranta, zwłaszcza jeśli ma do tego tytuł magistra i jest, nie daj Boże, rozpoznawalnym politykiem.

Nie chcę powtarzać, że szkoła powinna uczyć bardziej umiejętności niż faktów, bo to jest już od dawna oczywiste. Ale niestety, żeby nauczyć ucznia posługiwać się wiedzą, trzeba na to przeznaczyć więcej godzin aniżeli na samo podanie materiału do opanowania. A tu, niestety, na przeszkodzie stoi wspomniane już "przemysłowe" traktowanie oświaty przez kolejne rządy i ministerstwa.

Skończyć studia, po których będzie praca

Na argumenty, że szkoły "produkują bezrobotnych" albo że tylu absolwentów pracuje poniżej kwalifikacji, należy odpowiedzieć pytaniem: a kto w ogóle dopuścił do tego, aby tyle osób pokończyło studia, po których są niewielkie możliwości pracy?

Trzeba być szczerym aż do bólu. W każdym niemal kraju, nawet z "gospodarką opartą na wiedzy", przeważają pracownicy fizyczni, a nie umysłowi. Tymczasem funkcjonujący w wielu krajach system edukacji prowadzi do odwrócenia proporcji. Większość młodzieży ma dyplomy, po których, przynajmniej teoretycznie, czeka ich praca umysłowa, a niekoniecznie fizyczna.

Nie oszukujmy się jednak. Niemal każdy kraj potrzebuje więcej murarzy, zbrojarzy, elektryków, hydraulików, kelnerów, barmanów, sprzątaczek, pracowników produkcji czy ochrony niż specjalistów z tytułami. Osobiście jestem zdania, że powinny być limity przyjęć na studia, po których możliwości znalezienia pracy poza uczelnią są niewielkie, by nie było kierunków, które stanowią, kolokwialnie mówiąc, "zapchajdziurę" dla tych, którzy się nigdzie indziej nie dostali, a z różnych powodów chcą studiować, a nie pójść do pracy.

Z kolei część studiów, po których są większe możliwości znalezienia pracy, powinna być sponsorowana przez przyszłych potencjalnych pracodawców, w tym na uczelniach prywatnych, aby zachęcić młodzież do ich ukończenia.

I najważniejsze: nauczyciel powinien nie tylko młodzież uczyć, ale także współdziałać z uczniami w zdobywaniu wiedzy, doradzać im, gdzie na przykład w internecie mogą znaleźć wiarygodne źródła informacji oraz gdzie informacje te nie są wiarygodne. Nauczyciel, który jest pasjonatem i zarazem rozumie swoich podopiecznych i otaczający świat, prędzej zdobędzie szacunek swoich wychowanków aniżeli taki, który tylko chce jakoś pracować i przetrwać do emerytury w swojej wieży z kości słoniowej.

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.