Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Znany prawnik Krzysztof Orszagh organizował nielegalne adopcje i przyznaje się do tego nie bez satysfakcji. Tekst o tym jest chętnie czytany i komentowany przez czytelników. Zdumiewająca jest dla mnie reakcja większości internautów, którzy masowo popierają Orszagha, posługując się argumentem, że skoro prawo jest złe, to można je lekceważyć. Moim zdaniem w tym przypadku nie można.

Zastrzegam, że postać Orszagha jest mi w pewien sposób bliska, bo, abstrahując od merytorycznej oceny jego działań, doceniam ludzi z konsekwencją dążących do zmiany polskiego prawa na lepsze, a pan Krzysztof jest rzadkim przypadkiem człowieka, który przebił się spoza systemu w sam jego środek i działał na rzecz pozytywnych zmian skutecznie. Niemniej to w żaden sposób nie usprawiedliwia w moich oczach jego poczynań w sprawie adopcji.

Po ludzku mogę zrozumieć jego zachowanie i internautów stających w jego obronie. Ale nie oznacza to, że się z nimi zgadzam. Mimo że prawo adopcyjne w Polsce woła o pomstę do nieba i jest przyczyną tragedii wielu dzieci i nieszczęścia wielu dorosłych, nie mogę po lekturze tekstu w "Gazecie" uznać szczerze działań pana Orszagha za przejaw obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec złego prawa, które mają przynieść korzyść społeczeństwu i w dodatku pro bono.

Krzysztof Orszagh twierdzi, że nie żałuje tego, co zrobił, i niewątpliwie liczy na poparcie opinii publicznej podczas procesu. Po komentarzach na portalu "Gazety" widać, że jego nadzieje są jak najbardziej realne. Trudno winić internautów, że idą za głosem serca i popierają lub choćby usprawiedliwiają człowieka, który ich zdaniem, sprzeciwiając się bezdusznemu prawu, zapewnia dobrą przyszłość dzieciom z patologicznych rodzin. Ale chyba przyszedł moment, kiedy trzeba oprócz serca, zacząć używać przy ocenie tej sytuacji także rozumu. Dlatego po lekturze materiału o tej sprawie proponuję zacząć patrzeć na to na chłodno:

1. Nie słyszałem, żeby wcześniej Krzysztof Orszagh lobbował na rzecz zmiany prawa adopcyjnego w Polsce. Może po prostu o tym nie wiem, ale nie przypominam sobie żadnej jego publicznej wypowiedzi w tej sprawie. A miał ku temu wiele okazji i nawet pewną moc sprawczą jako doradca Andrzeja Czumy, ministra sprawiedliwości. Powoduje to co najmniej zwątpienie w szlachetne intencje pana Krzysztofa.

2. Na razie dysponujemy jedynie jego oświadczeniem, że dzieci pochodziły z rodzin patologicznych i trafiły do rodzin kochających i stabilnych materialnie i emocjonalnie. Dlaczego niby pan Krzysztof uzurpuje sobie prawo do oceny i w jakim stopniu jego ocena sytuacji jest bardziej wiarygodna od tej systemowej (która bywa niesprawiedliwa, trwa długo i czasami bierze się z powietrza)? Czy pan Orszagh jest kimś w rodzaju trybuna ludowego w starożytnym Rzymie? Nieomylny i nietykalny?

3. Jako doświadczony prawnik Krzysztof Orszagh powinien dobrze wiedzieć, że w razie ujawnienia całej sprawy naraża dzieci na odebranie nowym rodzicom i umieszczenie w placówkach opiekuńczych, co będzie traumą i nieszczęściem dla nich wszystkich. I musiał sobie zdawać sobie z tego sprawę, bo tak działa system, który chciał oszukać, a który jest mu doskonale znany. Naraził tym samym na odpowiedzialność karną swoich klientów, ergo działał przeciwko ich podstawowym interesom. To niedopuszczalne.

4. Pan Krzysztof przyznaje, że brał za to pieniądze i usprawiedliwia to kosztami utrzymywania i pomocy dla kobiet mających urodzić dzieci przeznaczone do adopcji. Delikatnie mówiąc, nie brzmi to do końca wiarygodnie, bo po prostu na tym zarabiał.

Jakiś internauta napisał, że w końcu Gandhi też łamał prawo. Na Boga, Gandhi właśnie prawa nie łamał i publicznie głosił, o co mu chodzi. Walczył z otwartą przyłbicą i jawnie, a nie organizował antysystemową konspirację, pobierając za to wynagrodzenie.

Nie jest moją intencją ferowanie wyroków w tej sprawie, wprost powiem, że ewentualne skazanie Orszagha na karę bezwzględnego więzienia uznałbym za idiotyzm i niesprawiedliwość. Ale tak samo potraktowałabym uniewinnienie.

Opinia publiczna ma tendencje do skrajnych opinii: albo lincz, albo kanonizacja. W tym wypadku nie należy się moim zdaniem Orszaghowi ani jedno, ani drugie.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.