Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nie sprzeciwiam się założeniom reformy oświaty ani też nie uważam rozpoczynania nauki w wieku sześciu lat za niedopuszczalne skracanie dzieciństwa. Podpisałam jednak wniosek o referendum, ponieważ sposób wprowadzenia tej reformy w życie budzi mój głęboki sprzeciw.

Sześciolatkom należy bezwzględnie zapewnić odpowiednie warunki do nauki, aby mogły poradzić sobie w szkole, do czego przy obecnym programie wydają się w większości zdolne. Odpowiednie warunki, czyli na przykład małe, oddzielne klasy dla sześciolatków i siedmiolatków oraz jednozmianowy system nauki. Na to jednak w roku szkolnym 2014/15, kiedy to w pierwszej klasie spotkają się dwa liczne roczniki 2007 i 2008, najwyraźniej się nie zanosi. Co więcej, autorzy komentarzy publikowanych ostatnio na państwa łamach zdają się ten problem bagatelizować jako przejściowy.

Tymczasem dla dzieci urodzonych w 2007 i 2008 roku to wcale nie jest problem przejściowy, tylko kwestia zasadnicza, bo negatywne skutki sposobu wprowadzania reformy będą odczuwały do końca swej edukacji. To stanowczo zbyt wysoki koszt reformy. Uważam, że obecny sposób jej wdrożenia, polegający na wciśnięciu dwóch roczników jednocześnie do pierwszych klas, w rzeczywistości tylko szkodzi dzieciom i całkowicie neguje podstawowe założenia reformy, a więc wyrównanie szans edukacyjnych, wykorzystanie potencjału sześciolatków i zapewnienie im dobrego startu.

Nawet dobrze przygotowane szkoły nie są z gumy i w cudowny sposób nie powiększą się na przyjęcie podwójnego rocznika pierwszaków. Skoro już teraz klasy stają się coraz liczniejsze i działa zmianowy system nauki, to w przyszłym roku problem nie zniknie, lecz się nasili. Wystarczy spojrzeć na warszawskie Białołękę, Bemowo czy Wilanów, gdzie liczba miejsc w szkołach jest zbyt mała w stosunku do mieszkających tam dzieci. Oczywiście nie jest to problem wszystkich szkół w Polsce, ale to wcale nie umniejsza jego wagi. Autorzy opinii opublikowanej kilka dni temu proponują, by rodzice, zamiast protestować, zaangażowali się w przygotowanie szkół. To nie zawsze i nie wszędzie realne. Czyżby mieli własnoręcznie w ciągu roku wybudować nowe szkoły dla rozładowania tłoku?

Nie zgadzam się na tworzenie sztucznego tłoku w szkole, na zbyt liczne klasy wspólne dla sześciolatków i siedmiolatków, biorąc pod uwagę, że różnica wieku między nimi to czasami nawet prawie dwa lata. Gdzie znajdzie się miejsce na kącik rekreacyjny z dywanem w klasie dla 28 czy 30 uczniów? Fikcja. Poza tym pamiętajmy, że obecnie w jednej klasie spotykają się siedmiolatki i te spośród sześciolatków, które zostały uznane za dojrzalsze, lepiej przygotowane do szkoły od rówieśników. Różnice między dziećmi są więc mniej widoczne.

W przyszłym roku już tak nie będzie - do jednej klasy mogą trafić dzieci dobrze i bardzo słabo przygotowane do szkoły. Jak w takiej sytuacji można mówić o wyrównywaniu szans edukacyjnych? Jak nauczyciel ma jednocześnie zaspokoić rozbieżne potrzeby dzieci, z których jedne mogą się nudzić, podczas gdy inne nie będą nadążać?

Rozwiązaniem może być albo odroczenie reformy o kilka lat, do czasu, gdy do szkoły trafią już znacznie mniej liczne roczniki, albo też wprowadzanie jej etapami, stopniowe obejmowanie obowiązkiem szkolnym sześciolatków urodzonych w kolejnych kwartałach, jak to zresztą pierwotnie zakładano. Obecna metoda wtłoczenia do pierwszych klas dwóch roczników naraz w myśl zasady "jakoś to będzie" jest całkowicie niedopuszczalna, zwłaszcza w dobie cięcia wydatków na oświatę.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.