Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Ostatnio wiele się dyskutuje o tym, czy posyłać sześciolatki do szkół, czy poczekać rok i posłać siedmiolatki. Dla ułatwienia pozwolę sobie nazywać rodziców, którzy chcą posłać lub posłali już swoje sześcioletnie dzieci do szkół, rodzicami sześciolatków, a tych, którzy chcą posłać do szkoły dzieci siedmioletnie lub takie już posłali, rodzicami siedmiolatków. Z grubsza biorąc, rodzice sześciolatków twierdzą, że:

* ich dzieci świetnie się odnalazły w pierwszej klasie, bo w przedszkolu już się nudziły,

* w innych krajach nawet pięcioletnie dzieci chodzą do szkoły i jakoś sobie radzą,

* dzieci wcześniej mogą wstąpić na ścieżkę edukacyjną i zdobywać wiedzę.

A rodzice siedmiolatków twierdzą, że:

* takie małe dzieci powinny się jeszcze uczyć poprzez zabawę (a tego w szkole nie ma),

* szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków (za duża liczba dzieci w klasach, nauka na dwie zmiany),

* dzieci są narażone na porażkę szkolną w naszej polskiej szkole nastawionej na rywalizację i porównywanie (jak spotka się sześciolatek z grudnia i siedmiolatek ze stycznia mamy dwa lata różnicy i nic tego nie zniweluje),

* w klasach mieszanych nie da się efektywnie ustalić jakiegoś poziomu nauki - dla jednych będzie za szybko, dla drugich za wolno (nawet w jednym roczniku jest to widoczne, a co dopiero w dwóch),

* wcześniejsze posłanie dzieci do szkół to odbieranie im dzieciństwa.

Jako matka dwójki dzieci mogłabym szczerze odpowiedzieć każdemu z tych rodziców: pewnie macie rację. Na pewno Wy Rodzice wiecie najlepiej, czy Wasze dziecko posłać do szkoły jako siedmiolatka, czy jako sześciolatka. Niestety, widzę pewną subtelną różnicę w podejściu tych dwóch grup rodziców, z której według zasady "dziel i rządź", MEN pewnie jest bardzo zadowolony.

Wy, rodzice sześciolatków, możecie i mogliście (nawet przed reformą) posłać swoją pociechę do szkoły. Nikt Wam nic nie narzucał. A my - rodzice siedmiolatków - chcemy poczekać. I za nic w świecie nie mogę zrozumieć, czemu Wy, rodzice sześciolatków, nie chcecie nam dać prawa decydowania o naszych dzieciach, skoro Wy o swoich decydujecie. Dlaczego nie stajecie za nami murem i nie mówicie: "Jeśli już jest ta reforma, to niech każdy rodzic decyduje sam. My chcemy posłać sześciolatki, ale Wy znacie swoje dzieci najlepiej i jeśli chcecie je posłać jako siedmiolatki, to na pewno tak jest dla nich najlepiej"? Pomyślcie o nas i poprzyjcie nas proszę. Ja Wasze prawo do decydowania o Waszych dzieciach popieram.

A teraz chciałabym napisać, dlaczego ja nie chcę posłać swojego dziecka do podstawówki jako sześciolatka:

* moje dziecko jest z grudnia i w pierwszej klasie będzie miało niecałe sześć lat (dla mnie za wcześnie na naukę w ławkach - tak widziałam sale w naszej szkole i są w niej ławki, za to miejsc do zabawy nie widziałam),

* już w tym roku jest niebezpieczeństwo, że dzieci będą uczyć się na dwie zmiany, jak będzie za dużo chętnych (to jest to słynne przygotowanie szkół według pani Szumilas) - a co dopiero w podwójnym roczniku w 2014 r.,

* w tym podwójnym roczniku 2014 r. dzieciom będzie trudniej dostać się do dowolnego gimnazjum, liceum, na studia (bo będzie ich więcej) i tak samo będzie w momencie wchodzenia na rynek pracy,

* dzieci w klasach są mieszane, czyli jak moja grudniowa sześciolatka trafi na styczniowego siedmiolatka to będą między nimi dwa lata różnicy (we wszystkim będzie od niego słabsza - i nie chodzi tu oczywiście o jakieś ambicje, tylko o powodzenie szkolne, którego każde dziecko potrzebuje),

* moje dziecko jest bardzo nieśmiałe i nie umie głośno komunikować, jak jest jej źle - w klasie minimum 25 dzieci lub w większej klasie (bo na to się zanosi) pani nauczycielka nawet nie zauważy, że coś jest nie tak.

Nie chcę posłać mojego dziecka do szkoły jako sześciolatka, bo dla niego nie będzie to nic dobrego, a to ja wiem najlepiej, co jest dobre dla MOJEGO dziecka. I na pewno nie jest to ta reforma, w której w ogóle chodzi o dzieci. Chodzi o to, by ludzie wcześniej skończyli edukację i wcześniej płacili podatki i składki na ZUS. Chodzi również o to, by dla młodszych dzieci zrobić miejsce w przedszkolach. Bo jak był niż demograficzny, to się likwidowało przedszkola, a teraz nie ma pieniędzy, by je budować. Dlaczego więc nasze dzieci nie miałyby gminom rozwiązać tego problemu.

Gminy potrzebują pieniędzy na inne cele, co tam przedszkola. A już argument, że dzieci w przedszkolu niczego się nie uczą, a dopiero w szkole mają szansę na naukę i to po tym, jak ministerstwo samo zlikwidowało np. naukę czytania w zerówce, właśnie po to, by móc tym argumentem szantażować rodziców, zakrawa na czystą bezczelność i jest traktowaniem rodziców jak idiotów.

Czekamy na Wasze opinie. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.