Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Przecież zaledwie kilka chwil, kilka sekund dzieli nas wszystkich od śmierci. W jednej chwili jesteśmy, a w drugiej już nas nie ma. Wystarczy, że pęknie żyłka w mózgu. Każda sekunda, każda minuta, każda godzina to stąpanie po kruchym lodzie. A nasze poczucie bezpieczeństwa opiera się w istocie jedynie na przyzwyczajeniu do pewnej obserwowalnej ciągłości, powtarzalności, które zdają się usypiać naszą czujność. Jeśli jednak chcemy żyć w pełni świadomie i nie chcemy oszukiwać samych siebie, to czy nie powinniśmy codziennie medytować nad naszą kruchością, nad stale czyhającą na nas groźbą unicestwienia? Przecież życie w obliczu śmierci to nasz los, nasza kondycja.

Z drugiej zaś strony, gdybyśmy żyli w pełni świadomości, gdybyśmy wiedzieli, że kolejny krok na tej cienkiej tafli może być ostatnim, to czy moglibyśmy w ogóle żyć? Strach byłby niczym piasek rzucony w tryby mechanizmu. Ten przedziwny fenomen niezwracania uwagi na ulotność naszego istnienia - zapewne pokłosie milionów lat ewolucji - ratuje nas od ciągłego lęku przed śmiercią i paraliżu codziennych działań. Dzięki tej niepamięci jako dzieci mamy złudzenie nieśmiertelności i ufność w życie, jako młodzieńcy - odwagę do rozwoju, podejmowania wyzwań, a jako ludzie dojrzali - do podtrzymywania tego, co zbudowaliśmy.

Jednak po przekroczeniu granicy pewnego wieku to poczucie zadomowienia w świecie ulega nadwątleniu, by u schyłku życia ustąpić wątpliwościom i świadomości własnej kruchości. Stary człowiek wie nie tylko, że niedługo umrze, jest też coraz bardziej świadom tego, że nić jego codziennego życia może urwać się w każdej chwili.

I jeśli mądrość ludzką mierzyć stopniem świadomości własnej ulotności, to można powiedzieć, że ludzie starzy są mądrzejsi od tych, co na początku, albo w połowie swojej drogi. Czyż życie oglądane z ich perspektywy nie wydaje się wyjątkowo cenne i unikalne? Więc dlaczego starych się nie ceni, skoro są bogatsi o tę najistotniejszą wiedzę o życiu? Być może dlatego, że niepamięć śmierci jest naturalnym odruchem obronnym każdego młodego czy też dojrzałego człowieka.

Skłonność tę jednak wzmacnia w absurdalny sposób współczesna kultura. Kiedyś ludzie, mimo naturalnej skłonności oddalania od siebie śmierci, jednak potrafili znaleźć dla niej odpowiednie miejsce. Przychodził taki czas, że starzec żegnał się z rodziną, kładł się do łóżka i umierał z godnością. Teraz starzenie się i umieranie zostały niejako wyrzucone poza nawias życia. Stały się czymś wstydliwym, niestosownym, a przez to zostały usunięte z widoku i przeniesione do zimnych pomieszczeń szpitalnych. Kult młodości zepchnął je w społeczny niebyt. Teraz tylko życie się dobrze sprzedaje. Śmierć owszem, ale jako zjawisko dotyczące innych, odrealnionych bytów, najlepiej w towarzystwie kilkunastu żyć z gry komputerowej. Być może tutaj należy szukać przyczyny popularności kina ociekającego krwią, czy też kolejnych odcinków "Piły". Być może ludzie wyczuwają fałsz wizji permanentnego życia i przynajmniej w ten sposób mogą się zetknąć z umieraniem. Jest to jednak umieranie na niby.

Do czego to prowadzi? Im bardziej uciekamy w iluzję ziemskiej nieśmiertelności, tym większe musi być zaskoczenie, gdy śmierć na nas spadnie jak drapieżny kot z drzewa. Wtedy umieramy jak bezbronne zwierzęta.

Dominik Pawlikowski, absolwent filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.