Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Od pewnego czasu jestem słuchaczką kursu organizowanego przez Uniwersytet. Odbywa się on na Wydziale Pedagogiki (ul. Mokotowska 22), gdzie - na początku kursu - bardzo spodobały mi się rozstawione na każdym piętrze kosze do segregacji odpadków. Jakież było moje zdziwienie, kiedy przyjrzałam się temu, co z zawartością koszy robią panie sprzątające. Otóż wrzucają wszystko, co w nich znajdą, do zbiorczego worka. Nie mam tutaj na myśli mieszania plastikowych butelek z papierem i puszkami po coli, ale dorzucenie do posegregowanych odpadów ogryzków, skórek po mandarynkach, bananach itp. Z początku pomyślałam, że może panie się pomyliły, więc powiedziałam im, że tych śmieci mieszać nie wolno. Odpowiedzi nie było.

Zwróciłam się więc poprzez Facebook do samego Uniwersytetu oraz jednostki prowadzącej kurs - Uniwersytetu Otwartego. Uniwersytet Otwarty odpisał, że przekaże sprawę "odpowiedniej jednostce", natomiast osoby prowadzące fanpage Uniwersytetu Warszawskiego nie raczyły odpowiedzieć w ogóle.

Wczoraj miałam kolejne zajęcia. Sytuacja była dokładnie taka sama. Rozumiem więc, że "odpowiednia jednostka" nie jest jednak tą odpowiednią.

Mamy ustawę śmieciową, zapewnienia polityków, że nasze odpadki są poważną sprawą, którą trzeba uregulować. Z drugiej strony mamy Uniwersytet Warszawski - miejsce, gdzie nie tylko zdobywa się dyplom, ale kształtuje światopogląd, postawy, rozszerza horyzonty. I ten właśnie Uniwersytet okazuje się najsłabszym ogniwem w walce o środowisko. Jak dowiedziałam się od jednego z pracowników: "Tu nikomu nie zależy na żadnym recyklingu. Te kosze do segregacji są tu wyłącznie na wypadek kontroli". Tylko że sporo z nas wierzyło, że władzom Uniwersytetu zależy i dlatego dają nam warunki do zastanowienia się, gdzie jaki odpadek powinien trafić i umieszczenia go tam, a potem przeniesienia nawyku rozdzielania śmieci do domu. Jest to tym bardziej bulwersujące, że opisane przeze mnie sytuacje działy się w budynku Wydziału Pedagogiki. Jeśli studentom, którzy będą uczyć dzieci, pokazujemy, że recykling to lipa na pokaz, jak oni będą mogli z przekonaniem tłumaczyć dzieciom jego sens i zasady?

Czy nie lepiej byłoby nie wstawiać tych koszy i powiedzieć studentom wprost - nie mamy warunków do segregacji odpadów/nie zależy nam/nie chce się nam/i tak tego nie zrobimy? Wtedy sytuacja byłaby jasna. A tak Uniwersytet daje nam nie tylko lekcję totalnego olewania środowiska, ale przede wszystkim lekcję hipokryzji, tworzenia fałszywego wizerunku, kłamstwa i bezczelności (a także braku umiejętności komunikacji w social media). Szkoda.

Z poważaniem, Magdalena Kotuła

Uniwersytet odpowiada:

Bardzo dziękuję za zwrócenie uwagi na istotne niedopatrzenie. Pani kierownik sekcji gospodarczej Wydziału Pedagogicznego została już poinformowana o nieprawidłowym segregowaniu śmieci przez panie sprzątające - pracujące w zewnętrznej firmie, która obsługuje wydział. Zobowiązała się, że zwróci tym osobom uwagę, by staranie i rzetelnie wypełniały swoje obowiązki. Na UW problem ochrony środowiska nie jest pomijany, wprost przeciwnie, sprawy te są traktowane poważnie. Wspomnę tylko, że na przykład na terenie kampusu centralnego przy Krakowskim Przedmieściu znajduje się kontener na elektrośmieci oraz pojemniki na zużyte baterie, a na wydziałach osobne kosze na różnego typu śmieci.

Pozdrawiam serdecznie, Izabela Wołczaska, Biuro Prasowe UW

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.