Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Serdecznie pozdrawiam Małgorzatę Terlikowską i dziękuję za jej wywiad. Dowcipny, zwłaszcza fragment o włosiennicy, i prawdziwy. Mogła Pani "dać świadectwo świętości" życia małżeńskiego katolików, a z pokorą Pani opowiada o normalnym życiu kobiety, która kocha męża. I z takiej miłości rodzą się dzieci, którymi zajmuje się ona, bo mąż przynosi zwierzynę do domu, a ona ją oprawia. Normalne. Jak świat światem tak było, takie jest prawo natury i nasza fizjologia (mamy piersi - karmimy). Czasami jest zmęczona, czasami chce wyjechać.

Chcąc mieć dzieci, wybieramy między pracą zawodową w domu a pracą poza nim, bo inaczej ani z wychowania, ani z pracy nic nie wychodzi - dopóki dzieci małe i do tego chorują, jak sama Pani słusznie zauważyła.

[Kiedyś któraś z partii dostrzegła (eureka!), że pracą zawodową matek jest wychowywanie dzieci, ergo, że kobieta w domu pracuje (druga eureka!), i wpadła na pomysł, że wypadałoby może płacić jej jakąś pensję, lecz projekt upadł...].

Ale proszę się nie dziwić, Pani Małgosiu, że ludzie się dziwią, że wszystkie Pani dzieci były planowane. Gdyby Pan Bóg chciał, żebyśmy ciągle rodziły, byłybyśmy ciągle płodne.

Dzieci kosztują, nie ma dyskusji. Chodzi i o czas, i o pieniądze. Jest ciężko i kobiety często muszą pracować. Albo chcą, albo jedno i/lub drugie i wtedy mają mniej dzieci, żeby pogodzić wszystko, bo nie chcą zajmować się tylko dziećmi, chcą czegoś jeszcze, są często mądre i wykształcone jak Pani, "odchowają" jedno, dwoje i idą do pracy poza domem, jak ja...

Pani Małgosiu, często nie zgadzam się z Pani mężem, jego radykalnymi opiniami i ocenami, ale wiem, że ma na pewno jedną wielką zaletę - żonę.

Justyna, też katolicka żona

Czekamy na wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.