Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Obejrzałem film "Życie Pi" na parę dni przed galą rozdania Oscarów. Nie spodziewałem się niczego rewelacyjnego, ponieważ nie lubię filmów Anga Lee. Tu jednak spotkało mnie miłe rozczarowanie. Film okazał się jedną z najlepszych i najinteligentniejszych pozycji filmowych, jakie oglądałem w ostatnich latach. Jakież było moje zdziwienie, gdy czytając lub słuchając recenzji z tego filmu, odniosłem wrażenie, że chyba są dwa filmy o podobnym tytule, a ja oglądałem ten drugi.

Jeden z redaktorów stwierdził, że to jeden z piękniejszych obrazów integracji dzikiego zwierzęcia (tygrysa) z człowiekiem. Inny zabrał na film swoją córkę, twierdząc później, że był wściekły, bo ten pokręcony reżyser nie umie nawet zrobić dobrego filmu przygodowego. Kolejny krytyk okrzyknął film piękną baśnią fantasy, a inny moralitetem religijnym, że każda religia jest równie ważna. Ludzie! Czy ktoś obejrzał ten film do końca?

Z optymizmem zasiadłem do oglądania oscarowej gali, licząc, że przynajmniej członkowie amerykańskiej akademii filmowej poznają się na arcydziele Anga Lee. I tu kolejne rozczarowanie. Mimo że film dostał wszystkie ważne Oscary (zdjęcia, muzyka, reżyseria) i dostał ich najwięcej (cztery), nie został najlepszym filmem roku. Co składa się na arcydzieło filmowe poza doskonałą grą aktorską? Superzdjęcia, supermuzyka i superreżyseria oraz pomysł. Wszystko to posiadał film "Życie Pi". Niestety, także akademicy z Hollywood nie obejrzeli tego filmu do końca. Trochę ich rozumiem. Musieli w ciągu kilku dni wybrać jeden z dziewięciu filmów, a niektóre z nich miały po cztery godziny ("Nędznicy").

Co dłuższe fragmenty pewnie przyspieszali, i to spotkało także film Anga Lee. Szkoda. Mieli arcydzieło podane na talerzu, a wybrali mierny i przeciętny "Argo" z fatalną grą aktorów, słabymi zdjęciami i muzyką, beznadziejną reżyserią, a w dodatku zupełnie nieklejącym się scenariuszem.

Wracając do "Życia Pi", myślałem, że temat filmu jest już zamknięty. Że zdobycie największej liczby Oscarów zmusi dziennikarzy do jego wnikliwej oceny. Niestety to, co usłyszałem o filmie w kilku podsumowaniach po gali, załamało mnie. Cytuję: "film został nagrodzony w kategoriach technicznych, ale był o niczym. Piękne efekty, ale czemu to ma służyć. Dziwny film i jak można było nagrodzić go za reżyserię". To tylko mały wycinek z wielu podobnych wypowiedzi.

Skoro już ustaliliśmy, że filmy "Życie Pi" są dwa, opowiem wersję, którą ja oglądałem.

Dla mnie film Anga Lee jest jednym z najlepszych filmów psychologicznych ostatnich lat. To genialnie pokazane studium zachowań człowieka w sytuacjach ekstremalnych. Moja żona już w połowie filmu stwierdziła, że coś z tymi zwierzętami jest nie tak. Za bardzo przypominają ludzi. Mnie genialność tego pomysłu podsumowała się dopiero w ostatniej scenie w szpitalu. Jeżeli ktoś ją zrozumiał, to wie, że w tym filmie nie wystąpiło ani jedno zwierzę, a treść dotyczy zagadek ludzkiej psychiki.

Ang Lee wziął na warsztat jeden z najważniejszych problemów w psychologii, tzw. syndrom wyparcia. Mają to często ludzie po makabrycznych przejściach. Np. żołnierze wracający z Iraku czy Afganistanu, gdzie byli świadkami śmierci i często sami musieli zabijać. Tacy ludzie latami są leczeni ze stresu. Jedną z dróg ucieczki przed wspomnieniami i odpowiedzialnością jest właśnie syndrom wyparcia. We wspomnieniach siebie i swoje czyny zamieniają na pozycje świadka. To nie my, to ktoś obok nas zabijał. My jesteśmy usprawiedliwieni.

Takie wyparcie jest nieraz jedynym sposobem na przeżycie. Ang Lee pokazał to w filmie. Gdyby zrobił film z pięcioma ludźmi w szalupie zabijającymi się, żeby przetrwać, byłby to makabryczny obraz, nie do oglądania. Pomysł podsunęła mu pewnie książka o Hindusie i tygrysie na łodzi. Zamiast pokazywać traumatyczne przeżycia młodego człowieka walczącego o przeżycie i godność w brutalnym świecie ludzi, postacie ludzi zamienił na zwierzęta. A czyny głównego bohatera przyjęły postać tygrysa. Bohater człowiek staje się tylko biernym świadkiem wydarzeń. Typowa technika wyparcia pokazana w niebywale, dzięki zwierzętom, delikatny i artystyczny sposób.

Sam piszę scenariusze i dla mnie pomysł "Życia Pi" jest genialny. Reżyser zafundował nam swoisty test na inteligencję i spokojnie czekał, kto się połapie, a kto nie. W trakcie filmu daje nam wiele wskazówek. Gerarda Depardieu, który występuje w agresywnej, ale kilkusekundowej roli. Tak znany aktor? Dlaczego tak krótko? Bo on gra w filmie dalej, ale już jako hiena. A dlaczego zwierzęta są generowane komputerowo zamiast prawdziwych? Bo w tym filmie nie ma zwierząt. Jest tylko wyobrażenie bohatera. Takich wskazówek jest więcej. Pożegnanie z tygrysem na brzegu jest powrotem do własnego ja. I mimo że Ang Lee wszystko wyjaśnia w ostatniej scenie, nie wierząc zbytnio w inteligencję przeciętnego widza, to i tak okazuje się, że niektórzy nadal nie wiedzą, o co chodzi.

Smutne. To dla mnie jeden z najlepszych i najinteligentniejszych filmów ostatniego dziesięciolecia. Niestety, żyjemy w czasach, gdzie ceni się chałę, a w pośpiechu nie zauważa się rzeczy wartościowych. Za kilka lat, gdy nikt już nie będzie pamiętał "Argo", na "Życiu Pi" studenci będą się uczyć scenariusza w szkołach filmowych.

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.