Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Pierwsze miesiące rozglądania się za zajęciem i już pierwsze niechętne, często po prostu wrogie spojrzenia i drzwi zamykane przed nosem, bez nawiązania chociażby krótkiego, cywilizowanego dialogu. Ludzie! Ja nie chcę was pożreć, napaść ani obedrzeć z zarobków, wydzierając wam z rąk posady! Chcę pracować tak jak wy, żeby móc żyć tak jak wy, więc chyba można poświęcić te kilka minut normalnej, ludzkiej rozmowy?!

Mam taki mało popularny (i wybitnie drażniący ludzi) zwyczaj odwiedzania każdego potencjalnego miejsca zatrudnienia osobiście. I głowię się dlaczego w większości przypadków ludzie reagują na mój widok jak nieucywilizowane, wypłoszone dzikusy (które nic nie wiedzą, nie widzą, nie słyszą i w ogóle ich tam nie ma) albo jak niedostępni, grobowi strażnicy o ubogich mimikach, broniący swojego miejsca pracy jak jakieś twierdzy, którą my - poszukujący zatrudnienia - mamy zamiar najechać, złupić i zrównać z ziemią do kupy gruzu! Ani jedni ani drudzy raczej nie są skorzy do udzielenia pomocnych wskazówek (o skierowaniu do szefa już nawet nie wspominając).

I wreszcie znalazła się pierwsza (zapowiadająca się pięknie) praca w zawodzie! Szukałem jej 7 miesięcy a straciłem po dwóch, bo tylko w takim okres byłem tam potrzebny. I znów bieganie po mieście, dzikusy, grobowi strażnicy itp.

Odpuściłem sobie pracę w zawodzie, tułając się za czymkolwiek przez kilka kolejnych miesięcy. W końcu znalazło się miejsce w jednym z magazynów (załatwione perfidnie po znajomości, mimo iż nikogo tam nie szukali), w którym spędziłem rajskie 8 miesięcy. Koledzy szybko dowiedzieli się, że wśród nich znalazł się "magisterek" i postanowili pokazać mi moją magazynową rangę. Toteż dostałem wyłączność na najbrudniejsze zajęcia, a mój gburowaty kierownik wraz z kolegami próbowali przy okazji każdego najmniejszego błędu uświadomić mi jak tępym jestem człowiekiem i udowodnić bezsens mojej egzystencji zawodowej oraz bezsens istnienia uczelni wyższych, z których wychodzą takie ofermy jak ja.

Czy może mi ktoś wyjaśnić logikę podejścia Polaka do Polaka? Czy praca nie byłaby efektywniejsza, gdyby stworzyć w niej pozytywną atmosferę? I co za różnica, kto jakie ma wykształcenie? Najwyraźniej dla ludzi w naszym kraju jest różnica. Ale przynajmniej była to jedyna jak dotąd w moim życiu praca na stałą umowę. W międzyczasie snułem marzenia o zajęciu, przy którym faktycznie można byłoby użyć popularnego ostatnio słowa "kariera". Była wielka chęć, ambicje, jednak nie było pola do działania. Każdego dnia po głowie krążyły myśli - "Co ty robisz? Tyle lat nauki i magazyn? Tylko na to cię stać?" Kiedyś załadowując ciężarówkę usłyszałem za plecami słowa ubarwione szydzącym śmiechem: "nie chciało się nosić teczki, trzeba nosić woreczki".

Po 8 miesiącach zadzwonił ktoś z kolejnej firmy geologicznej, a ja poczułem się jakbym dostał telefon z nieba.

Oferta pracy na okres próbny! Pożegnałem się z magazynem i zostałem asystentem geologa. Wreszcie coś zaczynało się układać! Aż po kilku miesiącach firma straciła płynność finansową i nagrodzono mnie wypowiedzeniem.

Mija 5 miesiąc od kiedy jestem bez pracy (i bez ostatniej wypłaty). I tak jak w przeciągu już ponad dwóch lat pukam od drzwi do drzwi, czasem rozmawiając wyłącznie z domofonem i trzymam w sobie nadzieję, że w końcu się uda. Przetrząsałem różne, mniej lub bardziej pokrewne do mojego zawodu dziedziny, potem doszły popularne na stronach z ofertami pracy stanowiska doradców klienta, sprzedawców, magazynierów itp.

I tak - w magazynie najpierw słyszałem, iż brakuje mi doświadczenia, teraz (po 8 miesiącach w hurtowni) słyszę, że mam zbyt małe doświadczenie. W drukarniach brak mi wykształcenia poligraficznego, doradcą klienta ani przedstawicielem handlowym być nie mogę, bo nowicjusza nikt nie chce w to wdrożyć (trzeba się urodzić najlepiej z kilkuletnim stażem na podobnym stanowisku). Ostatnio w jednej z sieci popularnych marketów spożywczych spławiono mnie, ponieważ "nie ukończyłem szkoły handlowej" - jak widać kwalifikacji do rozkładania mrożonek w lodówce także nie posiadam.

Z kolei prezes pewnej potężnej firmy geodezyjnej stwierdził, że "ktoś z wykształceniem mojej rangi (magister geologii) może u niego pracować co najwyżej przy łopacie".

W ten oto sposób, przemierzając coraz to nowe miejsca, dowiaduję się, że nic nie umiem i do niczego się nie nadaję.

I bardzo dziękuję kochanym rodakom za wpajanie mi tej racji, i za to, że tak szlachetnie traktują innych ludzi.

Bo dzięki nim utwierdziłem się w przekonaniu, że w Polsce to ludzie niszczą w innych ambicje i chęci, i to właśnie wszechobecne podejście ludzi utrudnia takim jak ja stawianie kroków w życiu zawodowym. Po wejściu do jakiegokolwiek biura, zakładu, sklepu czy urzędu z reguły czuję na sobie spojrzenia nie przedstawicieli homo sapiens, a bulterierów, które rzuciłyby się na mnie, bo za bardzo zbliżyłem się do ich miski. A dopuszczenie mnie albo mojego CV do szefa zagraża ich pozycji, toteż zagrożenia należy się pozbyć.

Rozmowa (także z kierownictwem) przeważnie jest krótka albo w ogóle jej nie ma, szczególnie gdy wyjawimy swój brak doświadczenia na stanowisku, o które się ubiegamy (czy doszkolenie jest dzisiaj czymś pozaziemskim?) I nie ma tutaj żadnego wytłumaczenia - każdego obowiązują te same zasady kultury!

Ja podchodzę kulturalnie i poważnie do pracodawcy, więc oczekuję tego samego w drugą stronę, nawet jeśli moja kandydatura nie spełnia jego wymagań! Szczególnie gdy mowa o kimś, kto zachwala jakże wysoki poziom swojej firmy, a na spotkaniu okazuje się nadętym bufonem, nie potrafiącym na poziomie przeprowadzić kilkuminutowej rozmowy.

Najbardziej jednak szokuje fakt, że niektórzy moi znajomi (jeszcze niedawno również bezrobotni) przyznają, że teraz to oni wyrzucają do kosza CV przynoszone przez innych, bo boją się o własną posadę i sami w takich sytuacjach nastawiają się negatywnie. Zastanówcie się, co wy robicie i do czego to nas wszystkich prowadzi?!

W ten właśnie sposób to ludzie ludziom serwują błoto zwane w naszym kraju bezskutecznym poszukiwaniem pracy i pogrążają się w nim nawzajem. Tak to ma wyglądać?

Zastanawiam się, czy ci, którzy od dawna są zatrudnieni, chcieliby być traktowani w taki sposób, w jaki często sami zwykli traktować innych. I gdzie jest tak często podkreślana miłość do bliźniego wynikająca z naszej religii? Kochani rodacy - samo meldowanie się w kościelnej ławce co niedzielę nie czyni z was "prawdziwych katolików".

A jeśli o mnie chodzi, to nadal jestem bezrobotny i nadal próbuję, jednakże energia wyniesiona z uczelni razem z dyplomem kończy się. a odwieczna regułka z biegiem czasu nie ulega zmianie - "Nazywam się Adam J. i szukam pracy".

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.