Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nie chcę tutaj poddawać krytyce katolicyzmu, jego nauki, czy też doktryny. Chcę dać wyraz moim, od dawna już nabrzmiewającym, przeświadczeniom na temat "pogańskiego" charakteru naszej polskiej religijności. Ktoś kiedyś powiedział, że katolicyzm jest rozległy jak morze i płytki jak rzeka. Odnoszę wrażenie, iż twierdzenie to wyjątkowo adekwatnie opisuje sytuację w naszym kraju. Kraju powierzchownej i obrzędowej kultury religijnej.

Papież abdykuje! Czy to możliwe? Konsternacja, zdziwienie, szok! Cały świat komentuje najnowsze wieści z Watykanu. Oczywiście, zareagowałem podobnie, kiedy usłyszałem w radiu wiadomość dnia. Zaraz potem przyszła mi do głowy refleksja pełna uznania i szacunku dla odważnej decyzji następcy św. Piotra. Tak oto jeden z najwybitniejszych teologów chrześcijańskich współczesności rezygnuje z najwyższej funkcji Kościoła, gdyż czuje, że obowiązki zaczynają przerastać jego możliwości. Odzwierciedla się w tym niemiecka rzetelność, ale też zwykła uczciwość i wyjątkowa dojrzałość religijna - pomyślałem. Muszę przyznać, że bardzo zaimponowała mi ta decyzja, która zarazem jakże mocno kontrastuje z "letnią zupą katolickiej religijności" w naszym kraju ze swego rodzaju polskim "pogaństwem" katolickim. Jak to kontrastuje? Z jakim pogaństwem? - mogłaby zapytać staruszka wychodząca z kościoła w charakterystycznym nakryciu głowy. Przecież Polska jest jednym z ostatnich bastionów Kościoła powszechnego w zgniłej Europie. Przecież 90% Polaków deklaruje przynależność do tego wyznania. To prawda. Problem jednak w tym, że ilość rzadko idzie w parze z jakością. Tak również wydaje się być i tym razem. Ale zanim przejdę do sedna, pozwolę sobie przedstawić pewną scenkę celem rozbudzenia Twojej wyobraźni nieznany czytelniku.

Nieobecna obecność

Choć od lat nie identyfikuję się z rzymskim katolicyzmem, byłem ostatnio w kościele. Poszedłem tam, nie by się modlić, lecz by przypomnieć sobie zapachy dzieciństwa i ukoić swój lęk codzienny czymś, co znam od zawsze, co sprawia, że mogę się poczuć bezpiecznie. Wszedłem do świątyni i odczuwając pewien dyskomfort mojej odszczepieńczej sytuacji, usiadłem w ostatniej ławce. Siedziałem i przyglądałem się tłumowi gromadzących się ludzi.

Sprawiali wrażenie nieobecnych niczym rozkojarzone dzieci podczas nudnych lekcji w szkole podstawowej. Oczywiście nie rozrabiali i nie mazali po ławkach, lecz zgodnie z nabożnym obyczajem, posłusznie siedzieli w zapełnionych po brzegi rzędach. Siedzieli, stawali, klęczeli, bili się w pierś i wykonywali znak krzyża pod dyktando kapłana i uświęconego tradycją rytuału. I być może nie byłoby w tym nic zastanawiającego, gdyby nie fakt, że odbywało się to w sposób zupełnie pozbawiony zaangażowania, życia i autentyzmu. Ludzkie automaty obojętnie poruszające członkami ciała, wydobywające jakieś dźwięki ze swoich gardeł, zapadały na czasz około godziny w stan lunatycznego letargu. I tylko jeden moment wydawał się niejako wybudzać wiernych ze zbiorowego snu. Kiedy padało kapłańskie "przekażcie sobie znak pokoju", ludzie próbując przełamać automatyzm bezosobowego rytuału, kłaniali się sobie, podawali dłonie i nieśmiało uśmiechali, zmieszani takim nagłym wzajemnym spotkaniem ze sobą, ze swoimi sąsiadami z ławek. Niestety chwilę później zapadali znowu w ten kościelny sen i obojętność. Tak sobie siedziałem bezpiecznie razem z nimi, rozpuszczając się w ciepłej, nabożnej zupie i oddawałem się rozmyślaniom nad kondycją naszej narodowej religijności.

Religia na wyłączność

Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy zawiera się dwóch słowach: "mentalność plemienna". Każe ona, jak się zdaje, widzieć świat przez pryzmat ciasnego kręgu wyobrażeń własnej społeczności, która wywiera presję na swoich członków i wymaga posłuszeństwa. Przypisuje sobie również prawo do posiadania bóstwa na wyłączność, które chroni wyznawców przed wszelkim złem. Otóż kiedy byłem dzieckiem, żyjącym w świecie swoich pierwszych, naiwnych odkryć, miałem nieodparte wrażenie, że Bóg i Matka Boska byli nasi, należeli do naszego plemienia, a może nawet byli Polakami. Bo jakże tutaj myśleć inaczej, skoro tu i tam słyszało się o Maryi jako królowej Polski, zaś jej synowi przypisywało się władanie nie tylko światem, lecz w szczególności naszym krajem. Pamiętam jak wówczas, jako mały chłopiec, wziąłem udział w autokarowej pielgrzymce na Jasną Górę. Polskość, katolickość i boskość mieszały się tam w tak oczywisty sposób, iż zdawały się tworzyć coś w rodzaju nierozerwalnego amalgamatu. Kiedy zaś oglądałem "Krzyżaków" i z ciarkami na plecach słuchałem pieśni "Bogurodzica" dobywającego się z gardeł polskiego rycerstwa tuż przed bitwą, nie miałem wątpliwości, po której stronie jest Jezus, Bóg i Maryja. Dodatkowo, odkąd sięgałem moją dziecięcą pamięcią, najważniejszą osobą po Bogu na ziemi był Polak. Papież-Polak cementował niejako moje naiwne przekonanie o "naszości", polskości Kościoła i Pana Boga. Już nie pamiętam chwili, w której te wyobrażenia rozmyły się moim umyśle, jednak pewnie był to dla mnie ważny moment osobistego rozwoju. Niestety, kiedy dzisiaj przyglądam się moim rodakom w kościele, mam wrażenie, jakbym widział samego siebie z czasów dziecięcych. Ci przeważnie dorośli ludzie, sprawiają wrażenie, jakby mentalnie, a raczej religijnie tkwili w świecie plemiennych wyobrażeń, domagających się bóstwa na wyłączność, totemu, który chroniłby ich naród i domostwa. Czyż adoracja świętego obrazu Matki Boskiej, wędrującego przez polskie miasta nie jest zjawiskiem tego rodzaju? Jeśli się nie mylę w ocenie tej cechy polskiej religijności, to czyż nie zbliża nas to do pogaństwa? Jeśli tak, to wypadamy tutaj raczej blado w porównaniu z poganami. Wydają się oni bowiem bardzo serio traktować przedmioty swojej czci, swoje bóstwa. Polacy katolicy natomiast, w olbrzymiej części sprawiają wrażenie zupełnie niezaangażowanych duchowo, emocjonalnie i intelektualnie w swoją religijność. Tak, jakby była ona wyłącznie obrzędem, rytuałem bez treści i znaczenia. Nie wspomnę już o naszych chrztach, komuniach i ślubach, które zbyt często zdają się przypominać licytację z najważniejszym pytaniem: "Kto da więcej?"

Kapłan mówi, wierny słucha

Z drugiej strony jednak ta sama powierzchowna religijność ma w sobie pewną zniewalającą moc. Wymusza ona bowiem na swoich wyznawcach, niczym surowe reguły plemiennej mentalności, posłuszeństwo wobec panujących norm. Presja ta, każąca jednostkom podporządkować się obyczajom wspólnoty, zdaje się być szczególnie silna w odniesieniu do dzieci, które w żaden sposób nie mogą się przeciwstawić potędze panującego zwyczaju religijnego. Dzieje się to oczywiście za sprawą ich rodziców, którzy często na siłę i w bezrefleksyjny sposób posyłają swoje pociechy do świątyń, nie zdając sobie sprawy z tego, że podcinają korzenie ich kiełkujących autonomii.

Słyszy się czasem, że Polacy nie czytają prawie w ogóle książek albo prasy, z wyjątkiem może gazet kolorowych, tudzież zawierających program telewizyjny. Oczywiście podobnie rzecz się ma z prasą o tematyce religijnej. Wiele razy byłem świadkiem utyskiwań naszego proboszcza na swoich parafian, którzy za nic w świecie nie chcą zaznajomić się z treścią czasopism katolickich kolportowanych w Kościele. Skutkiem tego całe kilogramy religijnej "makulatury" nieodpłatnie trafiają do pobliskiego szpitala psychiatrycznego, by wesprzeć rozwój duchowy tamtejszych pacjentów. Oczywiście Polak katolik nie czyta również Nowego Testamentu nie mówiąc już o innych częściach Biblii. Cała jego edukacja religijna sprowadza się do szkolnej katechezy i wykucia jakiegoś tam pensum podstawowej wiedzy kiedyś w dzieciństwie pod groźbą niedopuszczenia do pierwszej komunii lub bierzmowania. Wygląda na to, że nasi rodacy zadomowili się na dobre w swojej niedojrzałości religijnej, konserwowanej raz na jakiś czas wizytą w kościele, w którym są prowadzeni niczym dzieci za rączkę przez kapłana ojca. To on jest od myślenia czy też od podawania prawowiernych interpretacji Pisma Świętego. Kto wie, co by się stało, gdyby parafianie jednak zaczęli czytać Biblię, stawiać pytania i dyskutować. Słowem, myśleć samodzielnie.

Czy nie wywróciłoby to do góry nogami całego porządku?

A tymczasem role są ustalone. Kapłan mówi, a wierny słucha. Ksiądz wciąż wydaje się być postrzegany przez lud jako osoba nieomylna i obdarzona dużą władzą szczególnie na wsiach i w mniejszych miastach. To raczej jemu ludzie służą, niż on ludziom, jak chciałby duch ewangelii. On jest panem a wierny poddanym. Wydaje się to być zrozumiałe w świetle, opisywanej niedawno przez miesięcznik "Znak", zapomnianej genealogii Polaków. Otóż mitem jest, że wywodzimy się ze szlachty lub arystokracji. W miażdżącej większości jesteśmy potomkami chłopów umęczonych wielowiekowym zniewoleniem przez swoich panów. Całkiem możliwe, że ta mentalność feudalna tkwi w Polakach do dziś i znajduje wyraz w naszej narodowej pobożności.

Pokazać wiarę przez pomnik

Swego rodzaju symbolem odzwierciedlającym tę właśnie cechę polskiej religijności jest monumentalna figura Jezusa ze Świebodzina, wzniesiona przed paru laty. Polski Chrystus, najwyższy na świecie, w odróżnieniu od tego z Rio de Janeiro, nie jest zbawcą, lecz królem w koronie, który panuje niepodzielnie nad swoim poddanymi. Rzeźba ta zdaje się mówić więcej o autorach i odbiorcach monumentu niż o samym Chrystusie.

Jeśli o wielkości mowa, to równie ciekawym zjawiskiem jest obecny w naszym krajobrazie religijnym swego rodzaju architektoniczny monumentalizm. Obok olbrzymiego Jezusa ze Świebodzina, mamy również potężną bazylikę w Licheniu, czy też Świątynię Opatrzności Bożej, których budowa zasilana jest z datków wiernych. Ciekaw jestem, co powiedziałby sam Jezus, gdyby przyszedł powtórnie na Ziemię i zobaczył co robią jego wyznawcy w tym kraju. Byłby zachwycony czy raczej zdegustowany? Dlaczego u nas musi być największy: Jezus, bazylika, świątynia? Być może stoi za tym nasze poczucie niższości wobec innych, lepiej rozwiniętych narodów. Budując coś olbrzymiego, poprawiamy sobie samopoczucie. A może ma to bezpośredni związek z naszą pokazową obrzędowością w myśl zasady: "Im mniejsza wiara, tym większy pomnik"?

Religijność - dojrzała czy powierzchowna?

Na koniec wypadałoby ponownie zapytać o genezę takiego a nie innego kształtu religijności w naszym kraju. Skąd ta plemienność, niedojrzałość, powierzchowna obrzędowość i feudalność naszej kultury religijnej? Pewnie jest to temat na poważną rozprawę z historii czy socjologii religii.

Nie mniej jednak pozwolę sobie zasugerować, iż być może wystarczy tutaj jeszcze raz wspomnieć o chłopsko-pańszczyźnianym pochodzeniu Polaków jako źródle współczesnej mentalności feudalnej polskiego Kościoła i jego wiernych. Być może nasz narodowy kompleks niższości wobec państw bardziej cywilizowanych każe nam budować olbrzymie obiekty sakralne. Nie wykluczone również, że za powierzchowną, niedojrzałą i bezrefleksyjną obrzędowością stoi brak reformacji w naszym społeczeństwie, zahamowanej skutecznie przez działalność Jezuitów od XVI wieku. Całkiem możliwe, że przyczyniła się do tego również zaściankowa ciasnota umysłowa szlachty polskiej. Nie bez znaczenia są również długie lata zaborów i niewoli, które raczej nie skłaniały do wolnej refleksji o sprawach ostatecznych. Czyniły bowiem z religii katolickiej instrument odzyskania niepodległości zamykając tym samym Polaków w kręgu mesjanizmu i megalomanii wybranego przez Boga plemienia. Witold Gombrowicz zauważa nawet, iż ta sprawa zaciążyła destrukcyjnie na całym naszym charakterze narodowym, wpędzając nas w "nierzeczywistość". Polacy najpierw zostali poddani praniu mózgu przez mesjanizującego Mickiewicza, by potem wpaść w ręce infantylizującego Sienkiewicza. Na końcu przejechał ich jeszcze miażdżący walec faszyzmu i komunizmu. Można by zapytać. Jak w tych warunkach, mogła wykształcić się dojrzała religijność?

Być może na skutek oddziaływania wspomnianych czynników, tego jeszcze wieczoru byłem świadkiem takiej oto sytuacji.

Msza właśnie się skończyła. Ksiądz udał się do zakrystii. Wierni ledwie dośpiewali do końca jedną zwrotkę religijnej pieśni. Kolejna okazała się zbyt trudna, by kontynuować. Ludzie zniechęceni lub zawstydzeni zaczęli powoli milknąć. Pospiesznie skierowali się ku wyjściu tłocząc się u drzwi, bo trzeba było pewnie zdążyć na film po dwudziestej. Kiedy świątynia była już prawie pusta, wyłonił się kościelny z zakrystii. Podszedł do stolika z prasą katolicką obok ołtarza i wziął pod pachę prawie nietknięte grube stosy religijnych czasopism. Spuścił głowę i zniknął za pięknymi, drewnianymi drzwiami.

Dominik Pawlikowski, absolwent filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego, 14 lutego 2013 r.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.