Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu


Zatem mam kartę

Zostaję zgłoszona do tzw. Interdyscyplinarnego Zespołu ds. Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie. Dostaję wezwanie na spotkanie z tymże zespołem. Oczywiście idę. I co? Spotykam się z jedną panią - pracownikiem socjalnym. Na chwilkę przysiada się do nas pani z Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Spotkanie odbywa się w biurze, gdzie siedzą dwie inne panie, ludzie wchodzą i wychodzą. Nie ma nikogo z policji. Wiem, że policja nawet nie została poinformowana o tym, że takie spotkanie ze mną się odbędzie. Pani weryfikuje zapisy z wizyt policji. Ja opowiadam. Z opowieści wynika, że mąż ma problem z alkoholem. Zatem mam, uwaga! - napisać zgłoszenie do Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych...

Pani pyta, czy chcę założyć mężowi sprawę karną. Nie chcę. Jestem w trakcie rozwodu.

Więc tylko spokoju chcę...

Wychodzę.... Dwa dni później na takie samo spotkanie idzie mój mąż. Pani mu pokazuje, co spisała policja i weryfikuje, czy to prawda. Mąż podpisuje stosowne papiery. Wychodzi słysząc: "żebym tylko nie musiała już do pana przychodzić" I tak to mamy wielki Zespół i pomagamy rodzinom. Trochę poczytałam. Z tego, co się dowiedziałam: - powinnam dostać pomoc, - powinnam dostać plan działania, - mąż powinien dostać przynajmniej propozycję uczestniczenia w terapii dla sprawców przemocy, - coś powinno zostać zrobione z jego piciem. Nie wiem jak to wygląda w innych miejscach. Ja mieszkam w małej gminie, ale to chyba nie zmienia faktu, że nasze Państwo "kupiło" sobie poczucie spełnionego obowiązku, bo przecież są Interdyscyplinarne Zespoły ds. Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie. Jest pomoc. Jest się gdzie zgłosić. A jak się zdarzy jakaś kolejna tragedia to przecież albo nikt nic nie będzie wiedział, albo papiery będą się zgadzały... Szczerze powiedziawszy jestem wściekła i oburzona.

Ja sobie poradzę

Jak napisałam - jestem w trakcie rozwodu. Poza tym, mam dobrą pracę. Nieźle zarabiam. Ale ile kobiet nie ma tak komfortowej sytuacji? I ich kat to jednocześnie jedyne źródło utrzymania? One się boją dzwonić na policję. A jak już dokonają tego heroicznego wysiłku to potrzebują POMOCY. A nie papierów i spotkań. Poza tym jak już się odważą, to czemu mają pisać kolejne zgłoszenia? Kto je ochroni? Ja wiem ile mnie kosztowało zgłoszenie się na taką Komisję... A może w innych miejscach jest inaczej? Lepiej? Może inne Zespoły spełniają swoją rolę? A może i tu się zmieni, bo nastąpi weryfikacja?

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.