Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Jestem studentem I roku prawa na Uniwersytecie Jana Pawła II w Lublinie. W znanym polskim filmie "e=mc2" w jednej ze scen w trakcie rozmowy 2 profesorów, jeden z nich wypowiada słynne zdanie, że studenci gotowi są pomyśleć, że oni (profesorowie) są tu dla nich. Oczywiście dla reżysera wypowiedź ta ma charakter humorystyczny. Okazuje się jednak, że nawet w 2013 roku, ten żart ma wiele wspólnego z prawdą.

Dla osoby nie studiującej oczywistym faktem jest, że uczelnie powstają po to by kształcić ludzi. Profesorowie zatrudnieni są, by studentom wiedzę przekazywać i pomagać im ją doskonalić. Jednak dla osoby znajdującej się wewnątrz tego chorego systemu nie jest to już takie oczywiste.

Większość wiedzy wymaganej na egzaminie student musi nauczyć się z książek. Wykłady (o ile do nich dojdzie, bo częstą praktyką jest, że profesor bez żadnej zapowiedzi nie zjawia się na wykładzie) prowadzone są w sposób niezwykle monotonny, zniechęcający nawet najpilniejszych słuchaczy.

Ale niech tylko jakiś bardziej pożądający wiedzy student, po zajęciach, ma czelność dopytać się o coś, dodać jakieś uwagi. Dla naszego profesora to doskonała okazja, by udowodnić swoją wyższość i w drwiący sposób pokazać natrętowi jego miejsce. Czemu student jest gorszy? Czym zasłużył na traktowanie go jak gorszego? Czy tytuł naukowy zezwala patrzeć na innych z wyższością i pogardą?

Czy fakt bycia doktorem sprawia, że w stosunku do osób mniej wykształconych można nie mieć żadnego szacunku? Nie, otrzymując tytuł naukowy jest się zobowiązanym nie tylko przekazywać swoją wiedzę, ale też świecić przykładem.

Wreszcie gdy nadchodzi sesja, student uczy się dniami i nocami, ale obawy nie budzi ogrom materiału, który ma do opanowania, ale właśnie profesor, który będzie go egzaminował. Zanim przystąpiłem do swojego pierwszego egzaminu, nasłuchałem się historii o człowieku, który zadecyduje o moim być albo nie być na uczelni. Ale wydało mi się to niemożliwe. Z pozytywnym nastawieniem stawiam się na egzamin z historii ustroju państw.

Wchodzę do pokoju, gdzie nie dostaję nawet odpowiedzi na grzecznościowe dzień dobry. Losuję kartkę z pytaniami, zaczynam odpowiadać, profesor nie jest w żadnym stopniu zainteresowany moją wypowiedzią. Bawi się telefonem, nie zwraca uwagi, na które pytanie odpowiadam. Gdy kończę słyszę tylko pogardliwe "to koniec?". Dalej muszę czekać około godziny na wyniki.

Jednym z zadań było opisanie założeń "Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela" mówiącej m.in. o prawie do godności i równości wszystkich ludzi. Zaczynam się zastanawiać. Czy profesor, który przekazał mi tę wiedzę, stosował się do tych zasad?

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.