Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Na przykład Tomasz Lis bardzo się zdenerwował, gdy postawiono mu fotoradar na Puławskiej. Wynika z tego, że wcześniej jeździł tam znacznie szybciej, świadomie łamiąc przepisy, i zawsze uważał taką jazdę za bezpieczną. Nigdy jednak nie wpadł na pomysł, aby powalczyć o zniesienie niepotrzebnych - według niego - ograniczeń, choć jako popularny dziennikarz miał ku temu wiele okazji.

Nie przyszło mu też do głowy, żeby w sprawie tego nieszczęsnego fotoradaru, który podobno utrudnia mu dojazd do pracy, wypowiedzieć się na przykład tak: "W tym i tym miejscu znak 40 km/h nie ma sensu, bo [tu przekonujące uzasadnienie], więc zwiększmy dozwoloną prędkość do 80 km/h, ponieważ [tu przekonujące uzasadnienie], i dopiero wtedy postawmy radar. Niech wyłapuje prawdziwych piratów, którzy stanowią zagrożenie. Bezsensowne przepisy i tak nie są przestrzegane, za to powodują, że ludzie tracą szacunek do prawa w ogóle". Tomasz Lis nie jest jednak zainteresowany walką o lepsze (przynajmniej w jego mniemaniu) prawo. On chce mieć tylko prawo do łamania prawa.

Nawoływanie Lisa do "obywatelskiego nieposłuszeństwa" dziwi mnie tym bardziej, że naczelny "Newsweeka" zawsze chciał uchodzić za orędownika zachodnich standardów: krytykuje nietolerancję, popiera integrację europejską, itd. itp. Tymczasem we wszystkich wysoko rozwiniętych krajach cywilizacji zachodniej, od liberalnych Stanów Zjednoczonych po socjalistyczną Skandynawię, obywatele szanują prawo i wszelkie reguły aż do przesady.

Podstawą funkcjonowania każdej demokratycznej społeczności, od wspólnoty mieszkaniowej po państwo, jest wspólne tworzenie reguł, praw i zasad, możliwie najkorzystniejszych dla wszystkich razem i każdego z osobna, oraz ich przestrzeganie, a jeżeli się nie sprawdzają w praktyce - poprawianie lub udoskonalanie.

Dla Niemca, Szweda czy Amerykanina jest to oczywiste, dla Polaka - nie. Jak wynika z narodowej histerii antyradarowej, większość Polaków tego nie rozumie i nie czuje. A to, niestety, dowodzi, że nie jesteśmy zdolni do funkcjonowania w demokracji. Brakuje nam spoiwa, które łączy Niemców, Szwedów czy Amerykanów, i które w demokratycznym społeczeństwie jest równie ważne, jak miłość w rodzinie lub lojalność w przyjaźni.

Zbiorowość niezdolna do tworzenia i przestrzegania reguł, na których opiera się jej istnienie, ma raczej kiepskie perspektywy: albo się rozpadnie i zostanie wchłonięta przez inne, lepiej zorganizowane (patrz: zabory), albo skończy pod rządami dyktatury, która będzie odgórnie ustalać i egzekwować reguły gry, nie pytając nikogo o zdanie (patrz: komuna).

I dopiero w takich warunkach większość Polaków poczuje się naprawdę u siebie. Wszelkie prawa i przepisy będą z definicji wrogie, bo narzucone albo przez zaborcę, albo przez wrednego dyktatora, a ich łamanie, w tym jazdę po Puławskiej z prędkością 140 kilometrów na godzinę, będzie można wreszcie uznać za bohaterską walkę o wolność i niepodległość, czyli oczywisty powód do chwały.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.