Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Pierwszy tekst-wywiad z cyklu, który mnie wcisnął w fotel, to efektowne bredzenie coacha Bennewicza o partnerstwie w związku, które to partnerstwo, samo w sobie, jest oczywiście chwalebne. Ale zaraz, zaraz... Mamy wiek XXI, definicje i postęp pędzą jak szalone, więc trzeba być na czasie, inaczej wypadasz z obiegu. Być "partnerem na czasie", jak się dowiaduję, to być w związku, który w żaden sposób nie ogranicza. Więcej, nie przeszkadza! Przeszkadzać partnerowi współcześnie można w wielu rzeczach: w realizacji własnych pasji, w poszukiwaniu wrażeń ekstremalnych, zawłaszczając fizycznie jego nienaruszalną przestrzeń, zgłaszając pretensje do czegokolwiek, jęcząc, wymagając większego zaangażowania, ale najgorsze jest - domagać się POMOCY.

"Ja" stoi na piedestale jak efektowny fallus.

Dobry związek to akceptacja, seks, wspólny świat... a kompromis?

"Nie zastanawiaj się nad tym, czy coś jest dobre czy złe. Zastanów się, czy to coś jest dla ciebie użyteczne. (...) Dobry związek to akceptacja, seks, wspólny świat."

Czytam Bennewicza raz, czytam znów... I nie widzę tego, co jest istotą związku - kompromisu. Za to wciąż nawijanie o tym, by omijać niedojrzałe lub skrzywdzone dziewczynki, niedorosłych chłopców, ludzi z nieprzepracowanymi traumami. Wszystkich, których nie prezentują stuprocentowej nieinwazyjności.

Cóż, wedle takiej definicji, jestem w związku, który nie miał prawa się stać; i co ważniejsze - przetrwać. Byłam kobietą z ostrą, nieprzepracowaną traumą po poprzednim mężu-sadyście. Nie, nie potrzebowałam litości i durnego tulenia. Potrzebowałam konstruktywnej pomocy. W likwidacji napadów paniki, podejrzliwości, strachu, niewiary. Mój obecny mąż miał tego "pecha" (ha! twierdzi, że jest najszczęśliwszym facetem pod słońcem), że spotkał mnie na swojej drodze. Pomógł, a ja tę pomoc przyjęłam. Pokochał, pokochałam. Dziś, po ładnych paru latach, możemy być wzorcem fantastycznego, partnerskiego związku.

Nie jestem wyjątkiem. Mogę mnożyć przykłady DOBRYCH związków, które rodziły się w bólach dawnych traum. Jest jeden warunek dobrego wejścia i rozwoju takiego związku, takiej miłości: pomagam ci, ty odpowiadasz dobrym przyjęciem mojej pomocy i ją doceniasz. Oboje podejmujemy WYSIŁEK, oboje idziemy na KOMPROMIS.

Obie te postawy: wysiłek i kompromis. Jakże często kojarzą się ze słabością. Tymczasem są świadectwem piekielnej dojrzałości i siły charakteru.

W kompromisie zawsze widzę dłoń wyciągniętą do męża (lub jego do mnie). Nigdy słabość.

Z drugiej strony, wracając do cyklu "Sypiając z wrogiem", mamy historię kobiety, która trwała w chorym związku; nikt nikomu nie chciał pomóc, nikt nikogo nie pytał o potrzeby, nie respektował żadnych zasad. Bo zasad nie było. Tolerowała więc bohaterka kochankę na prawach niemal drugiej żony, zdrady przemilczane, zdrady wyjawione, kłamstwa. I dziwna rada a propos podobnych sytuacji. Nie przyznawaj się do zdrady, nie zwalaj tego ciężaru na partnera (!!!). To jedna z najbardziej karkołomnych rad, jaką zdarza się słyszeć od "specjalistów".

Gdzie jest wartość związku, jeśli fundament jest fałszywy, a więc go nie ma? Grube kłamstwo czy zdrada potrafią wyjść na światło dzienne bez naszego wpływu i w najmniej sprzyjających warunkach. Wtedy już pozostają zgliszcza nie do ogarnięcia. Dobry, silny związek, jest w stanie przepracować incydentalną, jednorazową zdradę. Jeśli nie, nie jest wart zachodu, bo został powołany do życia nie mając minimalnego potencjału.

Jeszcze dwa słowa o wysiłku, kompromisie i miłości

Od półtora roku mam okazję oglądać te trzy zjawiska w jednej pigułce, w wykonaniu moich rodziców. Z wizytą wpadł do nich (do nas, do całej rodziny) rak. Tata ciężko zachorował, przeszedł trzy rozległe operacje. Trzyma się. Jest pod nieustającą opieką mamy. Są ludźmi, którzy nie operują wobec siebie egzaltowanymi, miłosnymi wyznaniami. Ale tę miłość widać jak na dłoni. Nigdy wcześniej nie była widoczna. Prawdopodobnie nie zdają sobie z tego sprawy. Drobiazgi symptomatyczne: szklisty wzrok taty walczącego ze wzruszeniem, ona muskająca jego wysuszoną po chemii dłoń. Żadnej skargi, ogromna bliskość.

W tle noce spędzone na wyczerpujących wymiotach, zmienianie pampersów, mycie zmęczonego chorobą ciała.

Mama zawsze była bardzo aktywna, ale jestem całkowicie pewna, że nie zamieniłaby obecnej rzeczywistości na dwa tygodnie luziku w Ciechocinku (tak, jest zmęczona, ale nie odstąpiłaby taty na dłużej niż kilka godzin). Bo jak nigdy doświadcza teraz kwintesencji związku i miłości. Instynktownie, być może sobie tego nawet nie uświadamiając.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.