Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Na początek trochę teorii. Mamy 4 modele:

- legalizacja, prostytucja jest "zawodem" a prostytutki płacą podatki (np. Niemcy)

- delegalizacja, prostytucja to zło! Trzeba tępić! (USA)

- model "skandynawski", kary dla klientów "prostytutorów" (Szwecja)

- "nie ma sensu tego ruszać" (Polska)

Po pierwsze przy legalizacji plusem jest zmiana podejścia społeczeństwa do zjawiska. Niemiecka organizacja działająca na rzecz prostytutek wprowadziła do obiegu specjalną broszurę dla prostytutek, gdzie są one przedstawiane jako profesjonalistki w zawodzie, bez piętnowania i oceniania, broszurka jest pełna konkretów: jak unikać chorób wenerycznych, jak dbać o higienę, jak zarejestrować działalność w urzędzie, jak płacić podatki, do jakich organizacji udać się razie problemów (broszura została wydana w języku polskim do polskich prostytutek przyjeżdżających do Niemiec).

Dzięki temu zmienia się (miejmy nadzieję) społeczny odbiór prostytucji i może stygmatyzacja kobiet, która często popycha je do działań przestępczych. Nie uważam, by zjawisko było pozytywne, ale litości! Szanujmy te kobiety, bo jak każdy człowiek na to zasługują! W dzisiejszym świecie można wybrać swój zawód, swoją religie i sposób życia, Uszanujmy te wybory, jeśli tylko są wolne od przymusu i przemocy. Nie są wówczas "wyborami". Niby wszystko powinno być piękne i przejrzyste, ale w tym systemie ignorujemy głosy prostytutek, którym nie uśmiecha się "mieć drugiego alfonsa nad sobą w postaci państwa".

Model amerykański- jak prohibicja alkoholowa, rozwiązanie nie zdało rezultatu. W świecie rządzi ekonomia, mamy popyt na usługi seksualne, to mamy i podaż. Klient płaci, usługodawca kasuje i wykonuje usługę. Jeśli dwoje dorosłych świadomych i WOLNYCH ludzi dobrowolnie dokonuje tego rodzaju umowy - po co penalizacja? Amerykanie są niby tacy "wolni", zlikwidowaliby lepiej wolność posiadania broni, mniej dzieci ginęłoby w szkołach.

Model skandynawski, teraz najbardziej " na topie", forsowany przez walczące feministki - ciekawe rozwiązanie, nieprawdaż? Karę płaci klient. No więc kim jest prostytutka? Pomocnikiem czy podżegaczem do przestępstwa? Dlaczego piętnować mężczyzn, którzy mają potrzeby seksualne i płacąc uczciwie (tak!) za seks, chcieliby je zrealizować. Nie każdy może - chce - potrafi znaleźć partnera na tzw. całe życie. To takie typowe dla feministek, ukarzmy tych niedobrych męskich szowinistów, a zniknie wszelkie uciśnienie kobiet tego świata.

Po tym ekstremalnie skrótowym przedstawieniu rozwiązań dochodzimy do polskiego modelu. Ktoś zarzuci mi, że nasze rozwiązanie jest domeną hipokrytów, no bo jak to? Policja wie, że burdele działają pod nazwą salonów masażu a ich nie likwiduje!

Pozwolę więc się wypowiedzieć w tej kwestii. Owszem, działają u nas liczne "salony relaksacyjne", "agencje towarzyskie", "agencje hostess", "salony masażu e(r) gzotycznego" i inne - niech działają! Kto chce, trafi do nich, podobnie z paniami stojącymi na ulicach - a że choroby weneryczne? Trzeba się zabezpieczać albo ryzykować, każdy mężczyzna odwiedzając przybytek tego rodzaju powinien być świadomy jakie niebezpieczeństwa się z tym wiążą.

Działając jako niespecjalnie legalne, też niespecjalnie chętnie się reklamują, a więc pełna dyskrecja (i tu ucieszą się oburzeni ostentacyjnymi reklamami - ok. są ulotki, ale zawsze mogłyby być bilboardy!), ucieszą się też same pracownice - nie muszą płacić podatku, a więc "alfons jest tylko jeden", nie są też zarejestrowane, co zapewnia im jako taką anonimowość. Poza tym bardzo ważne jest odnotowanie, że prostytutki są różne, my wkładamy je do jednego wora, bo "świadczą usługi seksualne za pieniądze", ale są takie, których warunki pracy są najcięższe: tzw "ulicznice" - można powiedzieć, że są najniżej w hierarchii, nie zależy im specjalnie na anonimowości, najczęściej z nizin społecznych, są też pracownice salonów masażu, plasujące się troszkę wyżej, są też "uniwersytutki" - studentki parające się sponsoringiem (i tu istnieje dyskusja czy uznaż to za rodzaj prostytucji), są też w końcu prostytutki ekskluzywne, mające tylko kilku lub jednego stałego klienta. Mam świadomość, że ten podział jest dość uproszczony.

Pierwsze dwie kategorie to kobiety najczęściej zmuszone do pracy sytuacją życiową i brakiem pieniędzy, natomiast kolejne dwie grupy to kobiety wykształcone, mające na podstawowe potrzeby, ale chcące lepszego życia, markowych ciuchów, drogich kosmetyków i najmodniejszych gadżetów, widzą jak podobają się mężczyznom i postanawiają zrobić z tego swój biznes, jak najbardziej świadomie i z premedytacją.

Czy więc wyobrażają sobie państwo, że Policja "ściga" tylko te dwie ostatnie grupy? Albo że rejestrują one swoje postępowanie jako działalność gospodarczą i płacą podatki? Jawnie? Przecież ich działalność jest ciężko skrywanym sekretem...

W historii prostytucji regulacje prawne układają się sinusoidalnie, w starożytności prostytucja była oczywiście legalna, często uświęcana w świątyniach, w średniowieczu mocno piętnowana, a prostytutki palone na stosie jako czarownice, w odrodzeniu kobiety lekkich obyczajów znów były szanowane, czego nie można powiedzieć o epoce romantyzmu.

Nigdy żadne rozwiązanie nie przynosiło rezultatów, które zadowoliłoby zarówno rządzących, jak i społeczeństwo, zgadzam się, że stwierdzenie: "To wymaga jednak uznania, że prostytutki są partnerkami do dyskusji na ten temat, a nie brudem, który najlepiej zamieść pod dywan".

Co warto na koniec podkreślić, może prawo nie jest właściwym instrumentem do walki ze zjawiskiem prostytucji? A może w ogóle nie powinniśmy z nim walczyć?

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.