Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Zacznę od tego, że nigdy nie byłem w gabinecie doktora G., a jako lekarz do pięt mu nie dorastam. Ale z niejednego pieca medyczny chleb jadłem, również jako pacjent. Wiem, że dr G. to wybitny facet, który codziennie balansuje na krawędzi życia i śmierci swoich pacjentów.

Na emocje wiele miejsca u niego już nie ma. Za to emocje są i to silne po stronie pacjentów i ich rodzin. Tylko ten kto otarł się o śmierć wie ile zawdzięcza temu kto go z jej łap wyrwał.

Napisano, że oddział doktora G. prężnie serca przeszczepiał. Wyobrażam sobie dziesiątki ludzi przewijających się przez gabinet G.: jedni w rozpaczy a inni w nadziei na nowe życie nie pozwalają doktorowi wyjść do zabiegu albo między zabiegami zebrać myśli.

Oni "wiecznie coś od niego chcą" i oddają co mają najcenniejsze, a on pewnie już dla świętego spokoju te koperciny, te swoiste "bilety do życia" przyjmuje. Można dyskutować, że G. to doktor nieczuły, bo zamiast pochylić się nad każdym z osobna i cierpliwie wytłumaczyć, że nie można tak sobie dawać lekarzowi filiżanki czy kasy, on wolał dyskutować o przeszczepach.

Sąd doktorowi G. uzależnienia ratowania życia od przyjętych korzyści nie udowodnił. A zatem G. przyjął darowizny a podatku (chyba) nie odprowadził. Moim zdaniem jest tu miejsce na apelację. Trochę jak z Alem Capone a rebours, tj. skierowanie rozpatrzenia sprawy na tory karno-skarbowe.

Czepić w procesie cywilnym mógłby się szpital MSW, który w umowie/regulaminie pewnie zakazuje takich praktyk.

Czepić mogłaby się Izba Lekarska czy inny inspektor, że na drzwiach brak cennika.

Ale tym co nikomu nic nie zawdzięczają chcę uświadomić, że w tak specyficznej sytuacji jak uratowanie życia między ratującym a ratowanym rodzi się swoisty związek intymny. I uważałbym na wtrącanie się w ten związek.

Bo na razie jedynym skutkiem jest zadyma, która doktora G. z jego talentem wygnała z Polski ale spraw w dobrym kierunku nie popchnęła. A dobrym kierunkiem byłoby oficjalne uświadomienie ustawowe społeczeństwu, że medycyna dużo kosztuje i wszyscy musimy na nią łożyć dużo więcej niż dziś.

Uświadomienie, że obecna proteza finansowania medycyny rodem z komunizmu rodzi patologie w postaci kopert czy cygar zamiast finansowania systemu. Chociaż za pieniądze lekarz przynajmniej pojedzie na zjazd czy szkolenie, a cygarem czy koniakiem najwyżej skróci sobie życie.

Póki co emocje towarzyszące sprawie doktora G. wywołane przez kilku zakompleksionych aparatczyków stwarzają atmosferę polowania na czarownice, ale nie wywołują zbiorowej refleksji, której skutkiem będzie likwidacja obecnego pseudorównego a niewydolnego systemu ochrony zdrowia.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.