Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nie widziałem jeszcze "Pokłosia", więc nie wypowiadam się na temat filmu. Być może nie zabrałbym teraz głosu, gdyby nie wypowiedź jednego z czołowych polityków PIS-u, który stwierdził, że nie zna "Pokłosia" ale jest stanowczo przeciwny temu filmowi, ponieważ szkodzi on dobremu imieniu Polaków. Dodał także, że Niemcy nie wyprodukowaliby filmu szkalującego ich naród.

Gdyby chodziło o mniej ważne sprawy, zapewne ta wypowiedź rozbawiłaby mnie: facet nie zna filmu, ale go osądza; nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w Niemczech, ale ma pewność! Gotów byłbym podziwiać go: budowanie tak arbitralnych sądów na ignorancji, to jest to! Im więcej ignorancji tym więcej pewności sądów.

Uznałem więc, że mogę i powinienem wypowiedzieć się w tej kwestii, którą znam: czy Niemcy potrafią ukazywać coś, co zdaniem wspomnianego polityka jest szkalowaniem własnego narodu.

Wśród licznych niemieckich organizacji społecznych prowadzących szeroko pojętą działalność edukacyjną (miałem możność poznania takich stowarzyszeń jak "Kultur in Kontakt" działającą pod hasłem "pamięć i zapominanie", jak "Bündnis für Demokratie und Toleranz" walczącej "przeciw ekstremizmowi i przemocy"), jest także bliskie mi stowarzyszenie "Maximilian Kolbe Werk", które za zadania uznało pomoc i opiekę nad byłymi polskimi więźniami obozów koncentracyjnych (ta opieka sprawowana od wielu lat - to działalność godna podziwu!) oraz wychowanie społeczeństwa niemieckiego w duchu tolerancji, przeciwdziałania przemocy.

Jedną z ważnych form działania "Maximilian Kolbe Werk" są spotkania z młodzieżą szkolną z tzw. "Zeitzeuge" - świadkami historii - tj. właśnie z polskimi, byłymi więźniami niemieckich obozów koncentracyjnych.

Jestem jednym z tych świadków historii od kilku lat współpracującym z "Maximilian Kolbe Werk" - organizacją społeczną, opartą na pracy licznych woluntariuszy, wspieranej przez ministerstwa kultury poszczególnych landów.

W ciągu tych lat odbyłem dziesiątki spotkań z uczniami szkół średnich zarówno w dużych ośrodkach - jak Drezno, Lipsk, jak i w małych miasteczkach. Często uczestniczyliśmy w tych spotkaniach wspólnie: Henriette Krenz - dziecko holokaustu i ja - więzień obozów w Buchenwald i Natzweiler.

Poznaliśmy setki młodych uczniów, licznych zwykłych mieszkańców, którzy przychodzili na otwarte spotkania z nami (np. ostatnio na spotkanie z nami w bibliotece w Maerane przybyło 80 osób). Zawsze, podkreślam: zawsze spotykaliśmy się z zainteresowaniem tym, o czym mówiliśmy, z życzliwością, z podziękowaniami za spotkanie. Wspominając ostatnie wrześniowe spotkania: w Maerane liczni słuchacze podchodzili do nas i dziękując podkreślali, że daliśmy im wiele materiałów do przemyśleń.

A uczniowie ze średniej szkoły w Maerane po spotkaniu napisali do nas listy: otrzymałem od "mojej" klasy 27 listów. Uczniowie z klasy 9a ze szkoły w małym miasteczku Niederwiese także przekazali mi kilkanaście listów - życzliwych, przyjaznych, prezentujących zupełnie inną kulturę, niż ta, w której kręgu żyje "mój" polityk.

Tego typu spotkania to tylko mały fragment procesu edukacyjnego - różnorodnego, sięgającego po różne środki wyrazu - od wielu lat prowadzonego w Niemczech wspólnie przez władze państwowe, szkołę, liczne organizacje społeczne, twórców filmów dokumentalnych, literaturę, dokumentujące zbrodnie nazistowskie - ciemne karty historii Niemiec.

Zatrzymałem się nad tym, nie tylko po to, aby ukazać, jak wielka jest ignorancja cytowanego polityka. Pal sześć jego niewiedzę, arbitralność i arogancję. Chodzi o coś ważnego - także dla nas. W Niemczech prowadzono i wciąż się prowadzi głęboką orkę wychowawczą. Jednym z jej bardzo ważnych nurtów jest pełne i bezkompromisowe ukazywanie ciemnych kart własnej historii. Jest to oparte na przekonaniu i na wiedzy o tym, że jest to niezbędne, konieczne dla kształtowania kultury społecznej, postaw tolerancji - i sprzeciwu wobec zła. Listy młodych Niemców, o których wspomniałem, są pięknym dowodem owocności takiej edukacji.

Natomiast zamazywanie tych ciemnych kart, skrywanie, udawanie, że ich nie było, w ogóle zaniedbywanie szeroko pojętej, wytrwałej pracy edukacyjnej, nie wykształci społeczeństwa tolerancyjnego, światłego, świadomego swych wad i swych wartości. Może tylko sprzyjać plenieniu się ciemnoty i zdziczenia.

P.S. Bardzo chciałbym, aby wspomniany na wstępie polityk zadał sobie takie oto zadanie: niech wyobrazi sobie, jeśli go na to stać - że jest kimś, kto cudem ocalał na przykład w Jedwabnem. I dzisiaj spotyka się na otwartych spotkaniach z mieszkańcami - niekoniecznie miasta, w którym zakazano wyświetlania "Pokłosia", aby opowiedzieć im o zbrodniach ich ojców. Tak jak ja ostatnio spotkałem się z mieszkańcami Maerane w Saksonii - i mówiłem im o zbrodniach ich ojców... Czy wysłuchaliby go w ciszy i uwadze tak jak w Maerane wysłuchano mnie? Czy może raczej zatłukliby go transparentami z hasłami "Śmierć garbatym nosom"?

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.