Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
"Zanim umrę, chiałabym..." [TREŚĆ PŁATNA]

Lipiec. Niezbyt gorący, trochę deszczowy, zanadto refleksyjny. Dokładniej: to był 12 lipca 2012 r. - Slot Art Festival. Wpadliśmy tam ze znajomym na chwilę. Nigdy w swoim życiu nie zatrzymywaliśmy się na dłużej. Do koncertów jeszcze kilka chwil. Obejrzeliśmy już wszystko. Rozłożyliśmy koc, gdzieś pod drzewem. Miejsce przypadkowe.

,,Zanim umrę, chcę..." - patrzymy. Czarna tablica krzyczy do nas dziesiątkami podobnych zdań. Patrzymy po sobie. Zaczynamy czytać. Nikt z nas nie dodaje niczego od siebie. Przecież tak jest łatwiej.

Chcę... chcę... chcę... - ja chcę mieć doktorat, a ty? On czyta dalej. Chcę... chcę... chcę. Powiesz mi dwie rzeczy? Pytam. On czyta dalej.

W tamtym momencie wyraziłam swoją potrzebę, chciałam poznać też jego. Niczego się jednak nie dowiedziałam. Było mi trochę przykro. Nie skomentował mojej chęci posiadania doktoratu, nie powiedział niczego odnośnie swoich pragnień przed śmiercią. Trudno.

Jedziemy do domu. Znajdowaliśmy się jakieś czterdzieści kilometrów od miejsca, w którym leżał nasz koc, w którym wczytywaliśmy się w marzenia innych. Wsłuchując się w beznadziejną audycję czeskiego radia, nagle słyszę pytanie. Co chciałaś ode mnie usłyszeć? Jakie dwie rzeczy? Nie wiedziałam, czego dotyczy to pytanie. Kolejno słyszę - Zanim umrzesz, chciałabyś usłyszeć ode mnie dwie rzeczy? Nie, to nie tak. Nie miałam już jednak siły zaprzeczać.

Jak myślisz, jakie?- zapytałam, wdając się w ten intrygujący, nieprowadzący do niczego dialog. Po chwili milczenia, usłyszałam zwrot: - I że cię nie opuszczę? Zwrot bardziej w formie pytania, niż stwierdzenia. Po uprzednim odwróceniu głowy w stronę mokrej szyby, uśmiechnęłam się delikatnie. Nigdy nie myślałam w ten sposób o łączącej nas relacji. Zapadła cisza. Wypełniała ona kolejne kilometry, aż dotarliśmy do domu. Do dwóch różnych domów, przepraszam.

Dziś, w ten listopadowy poranek, czy każdy inny poranek, a nawet wieczór - widząc zwrot ,,Zanim umrę, chcę...? serce zaczyna mocniej bić, a dokończenie zdania brzmi zupełnie inaczej, niż to lipcowe.

Marzyłam o doktoracie. O studiach polonistycznych, o pracy w szkole. Chciałam tylko tyle, choć i tak nie wierzyłam. Marzenia miałam tylko dla idei, bo przecież wszyscy je mają. W lipcu skończyłam dopiero osiemnaście lat, myślałam, że tak mogę. Jakie marzenia są dziś?

Przeżywać. Każdy blady świt. Każde słowo. Każde tchnienie. Razem? Niekoniecznie. Ważne, by towarzyszyła świadomość, że ta druga osoba też przeżywa. Chora ja, chory on... a takie piękne życie. Moment uświadomienia. W lipcu - kochałam życie raz bardziej raz mniej, potem w ogóle nie darzyłam go żadnymi uczuciami. Było mi obojętne. Teraz? Cenię życie bardziej niż kiedykolwiek.

Dopiero jak mogę je stracić, widzę jak bardzo jest cenne. Docierając powoli do końca (listu?), zrobię to, co chyba powinnam była zrobić na początku. Jasno, klarownie, uzupełniam zdanie. Zanim umrę chciałabym zdążyć podziękować wszystkim tym, którzy zmienili moje podejście do mojej kruchej egzystencji. Podziękować ludziom, którzy pokazują, że warto, że można, że należy, a nawet, że trzeba wierzyć we wszystko, czego się pragnie. Zanim umrę, chcę móc szczerze mówić, że jestem szczęśliwa. Mimo wszystko.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.