Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jaką formę wyższej edukacji wybrałbyś? Teoretyczne zajmowanie się Nauką, czy po prostu Studiowanie na kierunkach, które mogłyby być współtworzone z potencjalnymi pracodawcami? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Piszę jako nauczyciel akademicki pracujący z młodymi "przyszłymi bezrobotnymi" i z niesmakiem, z perspektywy oddolnej obserwujący to, co się dzieje w systemie nauki i szkolnictwa wyższego. Piszę także jako wykształcony na koszt podatnika badacz z aspiracjami.

Mój tekst to reakcja Trybiku na zachowanie Machiny

Po lekturze listu Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego współsygnowanego przez Ministra Pracy , w świetle obowiązującego prawa, muszę zadać Pani Minister Kudryckiej pytanie: "Co Pani naprawdę zrobiła, aby uczelnie nie musiały kształcić prawdopodobnych bezrobotnych i zachować finansowanie, tak aby utrzymać jednostki badawcze i nie zwalniać pracowników?"

Reforma nauki i szkolnictwa wyższego już właściwie została wprowadzona, ale nie spowodowała zmiany chorych zasad finansowania systemu. Poza kosmetycznymi zmianami (np. uśmieciowieniem umów niemianowanych pracowników naukowo-dydaktycznych i "utransparentnieniem" procedury awansu naukowego, na skutek czego wielu młodych naukowców już w ogóle się nie orientuje jakie muszą spełnić wymagania, oraz poza wzmocnieniem roli szefów jednostek) nie wniosła w zasadzie nic oprócz ugruntowania reguł ilościowego nie zaś jakościowego rozpatrywania osiągnięć naukowych (parametryzacja wg arbitralnie ustalanych w Warszawie reguł) oraz stricte ilościowego finansowania studiów.

Co się nie zmieniło:

Naukowiec jest w zasadzie nieważny. Pieniądze idą za studentem

Liczba naukowców jest uzależniona od możliwości prowadzenia zajęć, a nie od oceny wartości ich aktualnych i potencjalnych badań. Parametryzacja jak dotąd tego nie zmieniła.

Bez odpowiedniej liczby studentów nie można uruchomić/kontynuować kierunku. Kiedy nie można kształcić na danym kierunku to brakuje pieniędzy i trzeba zwolnić pracowników jednostki. A żeby otrzymać dofinansowanie z Ministerstwa na wystarczającym poziomie trzeba też wykazać odpowiednią liczbę studentów.

Tu koło się zamyka. W ten sposób nie można oceniać studentów sprawiedliwie, gdyż eliminacja tych niedostatecznie przykładających się do pracy oznaczałaby utratę części dofinansowania, a w niektórych sytuacjach wręcz konieczność zamknięcia kierunku i zwolnienia pracowników.

Ta genialna reguła została w mej opinii spreparowana celowo przez "macherów" od nauki na szczeblu rządowym: gdyby działała jakakolwiek racjonalna selekcja to studia kończyłaby o wiele mniejsza liczba studentów, niż je zaczynała. Co prawda poziom jakościowy absolwentów byłby o wiele lepszy, ale niższy byłby słynny ilościowy "współczynnik skolaryzacji" - statystyczno-wizerunkowe siano, którym zapycha się usta krytykom systemu.

Kult "tanich kierunków" ma systemowe przyczyny

W konsekwencji nie ma znaczenia jak specjalistyczna jest dyscyplina i ilu absolwentów potrzebuje "rynek pracy". Najlepsze z punktu widzenia uczelni są "tanie kierunki", gdzie aby kształcić studentów potrzebna jest jedynie kadra i pomieszczenia. Są to np. nauki historyczne, społeczne i prawne.

Zapomina się przy tym, że aby wykształcić wartościowych badaczy społeczno-kulturowych, czy archeologów potrzebna jest organizacja praktyk. Często ministerstwo przesyła na ten cel zwiększone dofinansowanie (tak było w przypadku archeologów i etnologów), ale funkcjonuje zasada, że o przeznaczeniu tych środków decydują władze wydziału.

Praktyka pokazuje, że bardzo często dla władz wydziałów i uniwersytetów od studentów ważniejsze są budynki i rury, tudzież organizacja przyjęć. Dlatego "pompuje się" nabór studentów na kierunki tanie w prowadzeniu, a najchętniej na takie, gdzie można "zachachmęcić" dodatkowe środki z ministerstwa.

Wszyscy wiemy, że nie potrzebujemy 10 tys. socjologów, pedagogów, historyków, prawników, 5 tys. filozofów czy 2 tys. etnologów, czy archeologów rocznie w skali kraju.

Ale jednostki i naukowcy walczą o byt - jeśli nie będzie tych studentów, to przy obecnych priorytetach i zasadach finansowania - nie będzie nas.

Nie będziemy mieli pracy, nie będziemy mieli afiliacji do prowadzenia badań naukowych, całe rzesze zdolnych, ale działających tylko dzięki "pompowaniu liczby studentów" ludzi pójdą na bruk. I proszę nie mówić, że "reforma nauki" ma to zmienić. Bo:

Ocena dorobku naukowego i ewaluacja prowadzonych zajęć to farsa

Niewielu w Ministerstwie, rządzie, parlamencie interesuje się jakością naszych badań i warunkami, w których są prowadzone.

Świadczy o tym skład osobowy sejmowej podkomisji ds. Nauki i jej tradycyjna niemoc, niemrawe zwiększanie środków na badania naukowe, przy olbrzymich nakładach na budynki, administrację i wprowadzaniu w durny sposób procedur (np. Krajowe Ramy Kształcenia w kilka miesięcy).

Rektorzy zazwyczaj bez głębszej refleksji akceptują te uwarunkowania, a jeśli z głębszą, to z fatalizmem.

Pracownicy "naukowo-dydaktyczni" mają przede wszystkim wykładać i prowadzić zajęcia - w umowach nie mamy sprecyzowanego zakresu obowiązków na rzecz pracodawców, jest tam tylko wymiar pensum (nieważne jakich zajęć). A pozbawia się nas pracy na podstawie arbitralnej oceny dorobku (np. pracownicy uniwersytetu w jednym z miast wojewódzkich byli zmuszeni prowadzić po ok. 600 h zajęć przy pensum 240 h, więc nie prowadzili badań, choć mimo to niejeden był w stanie publikować książki i artykuły "naukowe") a konkursy są nadal "ustawiane".

Ostatnio obserwowałem sytuację kolegi, któremu nie przedłużono kontraktu, pomimo iż jego jednostka utraciła minimum kadrowe. W nieoficjalnym uzasadnieniu z ust swojego szefa (pisemnego nie otrzymał) usłyszał, że jest "starym doktorem" i pomimo pozytywnych ocen dorobku przez wydziałową komisję oraz zaawansowanych prac nad habilitacją, rok przed terminem na jej złożenie, pozbawiono człowieka jedynego źródła dochodów i afiliacji. Następnie rozpisano konkurs, który wygrała osoba posiadająca tzw. pierwszy etat na uczelni w innym mieście.

"Reforma nauki" w odniesieniu do ludzi nauki to pudrowanie trupa

Dodatkowym potwierdzeniem tego faktu jest list Minister Nauki i Ministra Pracy, który można streścić słowami "niech uniwersytety coś zrobią z tymi bezrobotnymi absolwentami, bo nam się wyczerpały pomysły, a przecież prawdziwej, porządnej reformy nauki i szkolnictwa wyższego nigdy nie zamierzaliśmy zrobić, bo przecież zawsze są ważniejsze rzeczy z perspektywy "prawdziwej polityki państwa".

Poza tym, co tu dużo mówić - na nauce się nie znamy, bo to zajęcie dla wariatów i nieudaczników, a nas interesuje, żeby w statystykach było lepiej. Więc lepiej zagnać tych "uczonych" do prawdziwej roboty przy dydaktyce i systemowym "czarowaniu rzeczywistości".

To podejście rzutuje też na głośno ostatnio komentowane "niepowodzenia" polskich badaczy. Jeśli ktoś się spodziewał, że będą oni w opisanej powyżej sytuacji częściej w stanie poświęcić czas na przygotowanie odpowiednich aplikacji, to był w błędzie.

Nie dajemy rady (z chwalebnymi, nielicznymi wyjątkami) organizacyjnie, finansowo, czasowo i infrastrukturalnie - jesteśmy źle zarządzani, bezsensownie zabiegani, niedofinansowani i niedoopłaceni, przemęczeni i brakuje pieniędzy nawet na porządne zaopatrywanie bibliotek akademickich (jeździmy do Wielkiej Brytanii lub Niemiec albo ściągamy nielegalne kopie z interntu - vide ACTA).

Nasi rektorzy wydają krocie na nowe budynki i remonty, ale zapominają o duszy uniwersytetu, jaką jest środowisko i pomoc w prowadzeniu badań. Zwyczajowo nasze uniwersytety i instytuty badawcze zabierają z naszych grantów od 20-40 proc. tzw. kosztów pośrednich, w zamian za "obsługę administracyjną i dostęp do infrastruktury badawczej". W praktyce większość z nas musi wszystko robić sama, a rektorzy wykorzystują te środki w celach nie związanych z naszymi badaniami (np. remonty pałacyków).

Należy oddzielić Naukę od szkolnictwa wyższego

Co można zrobić by coś zmienić, gdyby ktoś miał energię i wolę? Moim zdaniem należałoby oddzielić Naukę od Szkolnictwa Wyższego. W nauce zostaliby badacze a w dydaktyce pracowaliby nauczyciele akademiccy.

"Okręty flagowe" Pani Minister to półśrodek - imitacja rozwiązań "zachodnich". Instytucja powołana do prowadzenia "czystych" badań - PAN - pomimo zazwyczaj lepszej jakości i ilości prowadzonych badań niż jednostki uniwersyteckie i szkoły wyższe, jest na krawędzi zapaści. Adiunkt Wydziału I zarabia ok. 2000 brutto i nie wolno mu dorabiać w zawodzie.

Pani Minister nie zrobiła nic, by pomóc takim ludziom skupić się bardziej na ich zadaniach. Według moich szacunków podniesienie średnich wynagrodzeń w PAN do poziomu gwarantowanego ustawowo uniwersytetom i szkołom wyższym wyniosłoby mniej niż dziura w budżecie oświatowym jednego z miast wojewódzkich, mniej więcej tyle ile kosztuje utrzymanie roczne kilku dużych szkół, albo mniej więcej tyle ile nie wydała Platforma Obywatelska na ekspertyzy w poprzedniej kadencji.

W mojej opinii połączenie Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie zdaje egzaminu i to zarówno na poziomie administracyjnym - bo MNiSW zajmuje się głównie współczynnikiem skolaryzacji i niewydawaniem środków na badania, jak i na poziomie oddolnym - pracownik naukowo-dydaktyczny nie ma czasu ani na naukę ani na dydaktykę.

Czas marnują i zdolni i "niezdolni" studenci

Tracą na tym młodzi ludzie marnując bezproduktywnie czas na studiach, które zarówno przez wielu z nich, jak przez wielu wykładowców są traktowane jako "bezsens" i "zło konieczne". Czas marnują i zdolni i "niezdolni". Pierwsi nie mogą rozwinąć skrzydeł i uzyskać odpowiedniej opieki oraz warunków studiowania. Drudzy w tym czasie mogliby pracować i zyskiwać bezcenne doświadczenie zawodowe.

Oczywiście przydałaby się zmiana "mentalności" pracodawców, którzy zupełnie niepotrzebnie do wielu zajęć oczekują dyplomu studiów magisterskich (np. po co mgr do pracy biurowej?).

Po wyzwoleniu Nauki od Szkolnictwa Wyższego tą pierwszą zajmować mogłyby się jednostki badawcze prowadzące nabór młodych adeptów w zależności od ich talentów i wiedzy oraz potrzeb naukowych jednostek. Po stworzeniu odpowiednich warunków młodzi ludzie zyskaliby możliwość doskonalenia się w teorii i praktyce pod okiem starszych kolegów i mistrzów. Młody socjolog, czy historyk, fizyk, czy biolog mógłby brać udział w prawdziwych badaniach.

W takiej sytuacji Szkoły Wyższe przejęłyby zadanie "masowej" edukacji wyższej, o której marzą urzędnicy p. Kudryckiej (litościwie zapomniałem nazwiska konkretnego wysokiego urzędnika, który nam referował te wizje). Mogłyby położyć nacisk na realizację programów studiów współtworzonych z potencjalnymi pracodawcami i nie musiałyby prowadzić badań naukowych, aby parametrycznie uzasadnić sens swojego istnienia. Ich pracownicy mogliby występować o granty badawcze, ale nie musieliby tego robić. Ich absolwenci mogliby startować na studia drugiego typu, ale nie musieliby.

Konstytucyjny przywilej "darmowej" edukacji nie jest za darmo

Państwo ma prawo wymagać od osób z niego korzystających zaangażowania, poświęcenia i przede wszystkim pracy.

I Państwo nie ma prawa w pogoni za statystycznymi wskaźnikami, zwłaszcza "skolaryzacji", zwalniać studentów z obowiązku uczenia się, a nauczycieli obowiązku wymagania oraz rzetelnego oceniania.

Jeżeli Pani Minister i Pan Minister faktycznie chcą coś zmienić, to czas wziąć się za poprawę jakości, a nie wyłącznie ilości. To nie brak uniwersytetów i szkół wyższych oraz wykwalifikowanej kadry w Polsce sprawia, że tylu mamy bezrobotnych absolwentów. Problemem jest jakość funkcjonowania systemu, który zachęca do bylejakiej pracy samych młodych ludzi oraz dla nich. Ten system uczy, że "czy się stoi, czy się leży - to promocja się należy", ale to w III RP już nie dotyczy zatrudnienia.

Pora zatem odpuścić - powiedzieć młodym ludziom i kreatorom systemu edukacyjnego na poziomie szkół powszechnych, że uniwersytet to nie jest miejsce dla kogoś, kto nie chce iść do pracy. Tam człowiek ma obowiązek zapracować na otrzymywanie przywileju kontynuowania nauki. Trzeba zakończyć kult "złotego cielca" jakim stał się "współczynnik skolaryzacji". Ta wymówka polityków przestała mieć moc sprawczą, co pokazuje inny współczynnik, czyli "stopa bezrobocia".

dr Łukasz Kaczmarek, Katedra Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Szczecińskiego oraz Instytut Archeologii i Etnologii PAN

Jaką formę wyższej edukacji wybrałbyś? Teoretyczne zajmowanie się Nauką, czy po prostu Studiowanie na kierunkach, które mogłyby być współtworzone z potencjalnymi pracodawcami? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.