Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Od kilku lat świat akademicki poddawany jest zmianom bardziej intensywnym i głębszym niż kiedykolwiek. Jednym z aspektów "nowego" jest dążenie do tego, żeby trudniej było tylko "być naukowcem" - teraz "mamy również coś robić".

"Cośrobienie" zwykle wymaga pieniędzy, które nie trafiają już na uczelnię z rozdzielnika. Mamy rynek - również rynek pomysłów, idei i pytań, odpowiedzi na które chcemy szukać. Teoretycznie wystarczy wiedzieć, co chce się zrobić, i aplikując do właściwego konkursu zainteresować tym NCN lub kogokolwiek innego, kto jest skłonny dać nam na to pieniądze. Staramy się zatem... a czasami ktoś "stara się" za nas...

Sytuacja sprzed dwóch lat chyba: wielka, ogólnouczelniana akcja pisania projektów. Jak wieść gminna niesie, gdzieś tam w ministerstwie są "gorące" pieniądze, wystarczy się tylko schylić. Informacja o tym we właściwym biurze rektoratu leży jakiś czas, później schodzi na wydziały, tam też swoje musi odczekać. Do instytutów i katedr trafia chyba dwa tygodnie przed deadlinem - wraz z ogólną dyspozycją "wszystkie ręce na pokład, piszemy projekty".

Bo zabrakło internetu w komputerze

Cokolwiek ktokolwiek robił, rzucał w kąt, bo "piszemy projekty". Zero wsparcia administracyjno-księgowego; wszyscy - od "ścisłowca" i przyrodnika po humanistę - heroicznie i samodzielnie walczą z narzutami, przelicznikami itd.

Nadchodzi "D-day minus jeden", wszystkie projekty spływają do właściwej komórki rektoratu, następnego dnia hurtem mają być wysłane do Warszawy. NIE ZOSTAJĄ. Tak, żaden nasz projekt zostaje wysłany.

Panu, który miał to zrobić, zabrakło internetu w komputerze. To nie żart. Takie otrzymaliśmy oficjalne wyjaśnienie porażki. Patrząc z zewnątrz, okazaliśmy się my - naukowcy - bandą nieudaczników, leniami markującymi pracę naukową, niezdolnymi do złożenia nawet jednej aplikacji w skali całej uczelni. Tak naprawdę, jakość naszych pomysłów nie miała nic do rzeczy, przegraliśmy jeszcze przed startem (a raczej - zostaliśmy przegrani) przez niekompetencję własnej administracji.

Nieprawdą jest, że nam się nie chce. Doceniając rolę dydaktyki i szanując studentów - nasze ambicje nie ograniczają się do bycia wykładowcami (a nie daj Boże - belframi). Nieprawdą jest, że nie próbujemy. Czasami nam się udaje. Coraz częściej zastanawiamy się jednak, czy jest sens w tych staraniach, czy gra warta jest świeczki.

Grant doktoranta, czyli nikogo

Trzeba mieć ogromną determinację, żeby pisać grant. Bardziej jednak się liczy wola pokonywania rodzimej biurokracji niż kreatywność w opisywaniu idei, która ma przekonać kogoś do jej sfinansowania. Na początek - wniosek na grant wymaga mnóstwa podpisów: kierownik zakładu (to akurat oczywiste), dyrektor instytutu (trochę mniej), a dalej dziekan, kwestor, kanclerz, dział nauki, dział projektów, księgowość, prorektor, rektor. W dobrym tonie są wzajemne konsultacje decydentów przed złożeniem takiego podpisu. Zazwyczaj kogoś akurat nie ma na miejscu, wobec czego wniosek leży i nie dzieje się nic. Często uczelnia rozrzucona jest po mieście, więc pielgrzymki od drzwi do drzwi mają postać rzeczywistych podróży; nic to, że pozbawionych sensu i nieprzynoszących efektów. A deadline nie czeka.

Najciężej jednak jest wówczas, kiedy jakimś cudem grant się dostanie.

A już grant doktoranta to zupełne curiosum. Doktorant na uczelni jest mniej więcej nikim, wobec czego np. nie ma znaczenia, że w swoim projekcie przewidział wyjazdy studialne czy kwerendy zagraniczne. Doktorant nie może wziąć zaliczki na taki wyjazd. Doktorant w ogóle nie może wziąć jakiejkolwiek zaliczki - po prostu księgowość mu nie wypłaci, bo jest nikim.

Dostałeś grant, to się martw

Nikogo nie interesuje, czy ma pieniądze na bilet lotniczy czy hotel - dostałeś grant, to się martw sam. Jedyne, na co możesz liczyć, to tylko to, że uczelnia skrupulatnie ściągnie narzuty. Zresztą, ktokolwiek prowadzi projekt, nie ma prawa wypisać sobie zaliczki (na wyjazd, chemikalia do labu itd.) - świstek zaliczki jest ważny tylko wtedy, jeśli podpisze go ktokolwiek inny.

Nie ma znaczenia, że jest to osoba bez związku z projektem czy z tematem. Dalej - wiele zakupów w skali uczelni jest centralizowanych. Bywa, że procedury wyboru kolejnego dostawcy przeciągają się, i wtedy wszystko czeka. Nic to, ze grant jest krótki - np. 1,5 roku - i że sprzęt, jaki ma być w nim zakupiony jest naprawdę potrzebny do prowadzonych badań.

Czekamy na procedury. Pół roku... osiem miesięcy... Tylko kogo to będzie obchodzić, kiedy przyjdzie czas na napisanie raportu z grantu? Chyba tylko ciebie, bo ty odpowiadasz za grant... Dostałeś, to się martw...

Konkludując - to smutne, że nie mamy sukcesów w staraniach o granty europejskie. Szukając jednak odpowiedzi na pytanie o przyczyny tego stanu rzeczy, chciałbym zapytać, ile polskich wniosków odrzucono z przyczyn formalnych (czytaj - nie miały kompetentnego wsparcia na etapie pisania)? A ilu nie złożono w ogóle, bo zabrakło jakiegoś podpisu na czas, albo ktoś nie zrozumiał, o co chodzi w deklaracji rozliczenia pomocy publicznej czy innego księgowego bohomazu...

Na koniec - ile pomysłów zostało wrzuconych do szuflady, bo skala szarpaniny z realizacją projektu rośnie proporcjonalnie (a może i wykładniczo) do wartości i rangi projektu - kto się namordował z grantem na 15 tys. zł, tym bardziej będzie się bał, że dostanie grant na 150 tys. euro...

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.