Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego, i Władysław Kosiniak-Kamysz, szef resortu pracy, napisali w piątek list do rektorów , w którym wezwali ich do lepszej współpracy między biznesem, urzędami pracy a uczelniami. Chcą by powstały akademickie biura karier.

Bez pracy są dziś setki tysięcy młodych wykształconych ludzi. Niedługo co drugi Polak przed trzydziestką będzie miał dyplom magistra. Wyprzedzimy inne kraje europejskie. Ale to pokolenie może być stracone, bo dla tylu wykształconych nie ma pracy. W lipcu prawie 40 proc. nowo rejestrowanych bezrobotnych to byli właśnie absolwenci studiów wyższych.

Zapytaliśmy was, czy uważacie, że akcja ministrów nauki i pracy zmieni coś na rynku pracy dla absolwentów szkół wyższych?

***

Kolejny gniot wysmażony przez biurokratów (czyli tandem ministrów nauki i pracy), uniwersytety mają się zająć zatrudnianiem własnych absolwentów! Nigdy nikt nie słyszał jak powstaje "produkt"? Prawie na każdym gminnym uniwersytecie mamy marketing. Tak więc ta wiedza powinna być powszechna. Tradycyjnie produkuje się coś, co jest ludziom potrzebne.

W dyskusji studenci piszą, ze uniwersytety oferują bzdurne programy, na dodatek wykładowcy odwalają fuszerkę. Natomiast wykładowcy piszą, ze oni tak uczą jak im płacą, więc ganiają od jednego śmieciowego kontraktu do drugiego, a jakości nikt od nich nie wymaga. Śmieciowe studia, śmieciowe dyplomy, śmieciowe kontrakty - a niby jak miałoby być inaczej, jeżeli sekwencja postępowania jest też śmieciowa, i tolerowana?

Może jednak należy zacząć produkować absolwentów, którzy otrzymują rzetelne (a nie śmieciowe) wykształcenie, i są dobrze przygotowani do wejścia na rynek pracy. Uniwersyteckie biura pracy (przecież nie karier?), nie będą wówczas potrzebne, ponieważ firmy lub agencje zatrudnienia wyłowią tych absolwentów jeszcze przed zakończeniem studiów. bintell

***

Bezrobocie wśród młodych jest efektem zmian w gospodarce. To zjawisko powszechne dla całej północnej półkuli. Globalizacja, komputeryzacja, robotyzacje likwiduje więcej miejsc pracy niż tworzy. To przemiana cywilizacyjna Robert Suski

***

To żart? Urzędy Pracy mają udostępniać swoje bazy danych, w których albo nie ma nic dla ludzi po studiach, albo oferty są nieaktualne? W UP siedzą dumne z siebie absolwentki kiepskich uczelni, które drukują ludziom oferty z portalu pracuj.pl i są wielce z siebie dumne. Nie tędy droga. Weronika Książek

***

Przede wszystkim powinni przestać masowo produkować: dziennikarzy, socjologów, filozofów i innych niepotrzebnych specjalności. Ile może cały kraj potrzebować rocznie filozofów? Góra dziesięciu, a każdy uniwersytet wypuszcza rocznie wielokrotność tej liczby. Suma dostępnych miejsc powinna odzwierciedlać zapotrzebowanie na danych absolwentów, a nie myślenie statystyczno-budżetowe, że taniej jest kształcić filozofów niż lekarzy to kształćmy filozofów, będziemy przodować w rankingach wykształconych na metr kwadratowy! Adrian Kóska

***

Po pierwsze - taka sytuacja występuje nie tylko w Polsce. Po drugie: dziś dostęp do studiów jest tak banalnie łatwy dzięki powstaniu uczelni prywatnych, że nic dziwnego, iż absolwentów jest więcej niż miejsc pracy. I tu jest sedno problemu. Monika Dziki

***

Pracodawcy nie są zainteresowani szkoleniem osób, które mają duże możliwości i są w stanie szybko pochłonąć wiedzę. Liczy się zatrudnienie osoby, choćby kiepskiej, która zna oprogramowanie, wie jak korzystać z niektórych narzędzi, albo przepracowała rok, lub dwa na jakimś stanowisku (choćby bez specjalnych efektów), która zgodzi się na pracę za minimalne wynagrodzenie, dlatego głównie, że praca jest odtwórcza - polega na wklepywaniu - dzień po dniu, miesiąc po miesiącu tych samych danych do tych samych systemów informatycznych, które są w ten sam sposób przetwarzane, lub też dlatego, że rekruterom wydaje się, że osoba z doświadczeniem jest lepsza niż osoba bez doświadczenia, oraz, że szkoda czasu na szkolenie kogokolwiek, lub też z wielu innych powodów... Licząc to wszystko - młodzi, absolwenci mają przekichane i nie pomoże im chyba nawet dobry Pan Bóg. Poza tym nie godzę się na nagonkę na filozofów (absolwentów kierunków filozofia), która rozpętała się tylko dlatego, że to ludzie, którzy nie wynoszą umiejętności analizy rynku produktów szybko psujących się ze studiów, albo znajomości produktów faktoringowych, czy np. umiejętności programowania sterowników do układów sterujących toaletami, które automatycznie podmywają pupy, albo bezwzględnej lojalności i bezkrytycznego podejścia handlowego, ponieważ wynoszą mnóstwo innych, interesujących umiejętności społecznych, krytycznego i analitycznego myślenia, empatii, rzeczy, które są przydatne nie tylko "na rynku", a ww. umiejętności techniczne mogą nadrobić (chociaż akurat rynek ma ich, jako absolwentów bez tych umiejętności w d.). Nie zgodzę się dlatego, że nie ma specjalnych argumentów, które by mówiły, że jeżeli Państwo jako Fabryka zacznie produkować większą liczbę specjalistów od marketingu, to wszystkim będzie żyło się lepiej. Tomasz Audziewicz

***

Dzisiaj uczelnie wyższe, jutro coś innego, byleby tylko zasłonić nieprzyjemny fakt, że to polskie firmy są mało innowacyjne, kiepsko zarządzane i nie potrafią zagospodarować dostępnych zasobów. Wystarczy spojrzeć na wskaźnik dotyczący inwestycji w innowacje przez sektor prywatny w Polsce. Żenująco mało. Naszym firmom wydaje się, że zawsze będą mogły walczyć niską ceną i tanią siłą roboczą, ale te czasy się skończyły. Handelek już nie działa. Trzeba brać się do roboty, ale lepiej zwalać na uczelnie wyższe, pracowników i wszystkich dookoła. Zbyszek Kosmowski

***

Niestety programy studiów na polskich uczelniach już dawno zostały w tyle za zachodnią częścią Europy. Po prostu- nie są dostosowane do wymogów współczesnego rynku. Studentom przekazuje się mnóstwo wiedzy teoretycznej, a jednocześnie do absolutnego minimum ogranicza praktyczne aspekty wykorzystania tej wiedzy. W efekcie mamy świetnie wykształconych absolwentów, którzy swojej wiedzy nie potrafią wykorzystać i odnaleźć się na dynamicznie zmieniającym się rynku pracy. Funnela

***

Denerwuje mnie ciągłe mówienie, że studia to wylęgarnia bezrobotnych. Jeśli ktoś pokazał coś więcej podczas studiów niż imprezy i kucie na pamięć, pracował, interesował się, zdobywał mniejsze czy większe doświadczenia to znajdzie pracę bez problemu.

Może nie od razu za wielkie pieniądze, ale wszystko przychodzi przecież z czasem. Nieważne jest jaki kierunek, ważny żeby to było to co się rzeczywiście lubi, a później sukcesy powoli same przyjdą. Potrzeba tylko trochę cierpliwości i przede wszystkim pracy. Wirtschaftsdeutsch - język niemiecki w biznesie / Business German

***

Nasza bardzo wielka wina. Teraz wszyscy zostańmy inżynierami, bo nie ma pracy. Tylko u nas jest takie myślenie, że osoba o wykształceniu humanistycznym to "bezrobotny produkt". Za granicą każdego człowieka się szanuje i traktuje indywidualnie, praca jest płatna na tyle, by godnie spokojnie żyć. No ale trudno się dziwić - skoro by pracować na stoisku z bursztynem za 6zł masz znać trzy języki... Nie wiem po co w szkole mówili, że trzeba się uczyć, bo wykształcenie "coś ci da". Czas uciekać stąd! Ania Karwowska

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Ciekawy list: "Mam 31 lat, wyższe wykształcenie i jestem sprzątaczką"

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.