Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W pierwszym przypadku mądrzy, otwarci lekarze, którzy potrafili rozmawiać o śmierci. Podpowiedzieli moment, w którym powiedziałam mężowi, że umiera, i że pozostaje jedynie uśmierzanie bólu. Było to bezcenne dla późniejszego przeżywania żałoby, dla poradzenia sobie z samotnością.

Ale też, co najważniejsze, do minimum ograniczyło obdzieranie z godności, jakim jest dla mnie stosowanie za wszelką cenę wszystkich dostępnych procedur medycznych. Przygotowanie i rodziny i samego chorego, na to, że dotarł do kresu. Wytłumaczenie czym jest dalsze leczenie, kolejne operacje, terapie, leki.

Co się będzie działo z ciałem, ale też, co się będzie działo z psychiką, umysłem. Tego ostatniego zabrakło w przypadku mamy.

Nie ma we mnie zgody na to, że w większości przypadków lekarze nie tłumaczą tego wszystkiego, że nie pokazują alternatyw. Że używają medycznej, niezrozumiałej nomenklatury, zamiast zwykłego języka. A na końcu nie dają pacjentowi PRAWDZIWEGO wyboru. Wyboru pomiędzy cierpieniem, walką, poniżeniem a spokojną śmiercią.

Obojętnie, czy jest się osobą religijną, czy ateistą - mamy prawo do godnego umierania. Do takiego uporządkowania swojego życia, jakie wybraliśmy my, a nie medycyna. Chciałabym mieć możliwość podjęcia podobnej decyzji, jaką mamy przy decyzji o zgodzie na transplantację. Chciałabym mieć możliwość zapisu o wyborze zaprzestaniu uporczywych procedur medycznych i ratowania ciała za wszelką cenę. Chciałabym móc podjąć taką decyzje, zanim mój mózg straci kontakt z realnym światem. 

Przeczytaj też: Zamawiam śmierć na siedemnastą. Miałem szczęśliwe życie, ale już je przeżyłem



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.