Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Po przeczytaniu może zobaczycie Państwo jeszcze jeden aspekt problemu braku sukcesów w grantach ERC - myślę, że co najmniej częścią problemu jest to, że dla realizującego taki grant jest to tak samo wielki sukces, jak i ogromne nieszczęście, o czym byłem pośrednio ostrzegany przez innych pracowników mojej uczelni.

Jestem adiunktem na dużym uniwersytecie w Polsce. Niedawno wróciłem do po wieloletnim pobycie w za granicą, gdzie zrobiłem doktorat i postdoki, oraz realizowałem jako kierownik dwa granty w Prestiżowej Zagranicznej Fundacji naukowej (w skrócie PZF).

Jako powracający dostałem grant od znanej i szanowanej polskiej fundacji. Realizacja tego grantu jest czystym koszmarem. Problemy zaczynają się na poziomie przygotowania wniosku. Zarówno mój wydział, jak i uniwersytet mają swoje osobne biura obsługi badań, jednak ich rola w żadnym wypadku nie polega na ułatwieniu przygotowania wniosku. Jedyna kontrola polegała na tym czy w tabelkach w budżecie wyliczone przeze mnie kwoty się sumują.

Wniosek w całości muszę przygotować sam, wpisać budżet w tabelki rozpisane na okresy rozliczeniowe, pozbierać mnóstwo załączników, np. o kwalifikowalności VAT mojej uczelni i tym podobne, zeskanować i wgrać do systemu. Dla porównania przy przygotowaniu wniosku do PSF pisałem jedynie część merytoryczną, życiorys i budżet opisowo. Potem biuro obsługujące granty przygotowywało wniosek z mnóstwem tabel, zaświadczeń itp., który później był składany do PSF.

Radość z przyznania grantu szybko minęła, gdyż nastąpiło zderzenie z maszyną uniwersytecką. Z powodu opieszałości uniwersyteckich biur pieniądze na konto wpłynęły z półtora-miesięcznym opóźnieniem (tj. półtora miesiąca po rozpoczęciu projektu), i tylko dlatego nie z dłuższym, że interweniowałem u dyrekcji instytutu, która z kolei interweniowała w kwesturze.

To opóźnienie skomplikowało zaplanowane letnie wyjazdy, które miałem sfinansować z grantu - bo pieniędzy nie można wydać dopóki faktycznie nie wpłyną na konto, a przecież przeloty międzykontynentalne trzeba zaplanować z pewnym wyprzedzeniem. Kosztowało to parę tygodni chodzenia i "załatwiania" u kolejnych pań, w kolejnych biurach, z których każde załatwia inną małą część sprawy, i które mają tragiczną komunikację.

Swoją drogą procedura wyjazdowa też jest warta opisania. Uniwersytet nie dopuszcza innej możliwości zakupu biletu niż przelewem z UW - absolutnie nie wolno kupić biletu samemu i oczekiwać zwrotu pieniędzy. Po wypełnieniu wszystkich wniosków, rezerwacji biletu lotniczego (tak, przed zaakceptowaniem wniosku), zaproszenia, wydruków ze strony konferencji ("wie pan, żeby było grubo") wszystko idzie do podpisu przez trzy różne osoby: dyrekcje instytutu, kwestora i wreszcie dziekana. i zanim całość wróci po kilku dniach, rezerwacja zazwyczaj przepada i trzeba robić kolejną - tzn. ja muszę zrobić kolejną, nikt z administracji przecież.

Na nieszczęście miałem też w grancie pieniądze na komputer. Kto mądry wymyślił, że jeśli naukowiec dostaje grant i ma do kupienia jeden komputer, to podpada o ustawę o zamówieniach publicznych?

Gdy trzeba wyposażyć laboratorium komputerowe na uczelni, rozumiem - ale jeden komputer z grantu? Pominę mnóstwo pseudo-zabawnych historii, które usłyszałem, o tym jak ktoś chciał pracować na konkretnym sprzęcie a dostawał jakiś szmelc, który formalnie spełniał kryteria a był tańszy (kryterium przetargów= 100 proc. ceny). "Dla ułatwienia" (cytat z maila Dziekana), zamówienie można złożyć tylko trzy razy w roku. Okres oczekiwania na sprzęt - 3 miesiące. Doliczmy w to spóźnienie pieniędzy o półtora miesiąca, o którym wspomniałem wcześniej i przegapiony z tego powodu termin przetargu (nie wolno złożyć zamówienia dopóki pieniędzy nie ma na koncie ORAZ grant nie jest wpisany w system - w moim przypadku dwa tygodnie od pierwszego do drugiego wydarzenia), i mamy siedem miesięcy oczekiwania na komputer. SIEDEM MIESIĘCY!

Dla porównania, w PSF planuje i kupuje się podróż samemu, podobnie komputer, później prosto rozlicza. A spóźnienie pieniędzy nie ma żadnego znaczenia, bo wydatki do 3 miesięcy wstecz od daty rozpoczęcia grantu są kwalifikowalne.

Opisane powyżej sytuacje to wybrane, zaznaczam, wybrane, przykłady pierwszych trzech (!) miesięcy realizowania grantu. Wszystkie powyższe utrudnienia koniec końców udaje się ominąć, ale koszt tego jest ogromny: spędza się dnie lub ich spore części na bieganiu pomiędzy kolejnymi biurami i sekretariatami, z których każdy załatwia małą część naszej sprawy, a przecież uczelnia teoretycznie płaci nam za pracę naukową i dydaktyczną.

Moja główna obserwacja jest taka, że na Zachodzie część administracyjna uczelni zajmuje się obsługiwaniem pracowników naukowych i zdejmowaniem z nich biurokratycznej odpowiedzialności, aby zajmowali się tym czym powinni, podczas gdy w Polsce ta grupa administracyjna wchodzi raczej w rolę kontrolującą pracowników naukowych i role są odwrócone: my obsługujemy panie z administracji donosząc kolejne papiery i wnioski, i udowadniając, że nie jesteśmy wielbłądami, nie defraudujemy naszych grantów itp.

Mając porównanie z PSF, realizacja grantu na polskiej uczelni sprawia wrażenie organizowanej przez bandę amatorów, którzy nie za bardzo wiedzą na czym polega projekt naukowy i jakie są z niego zyski dla uczelni.

Podsumowując, biorąc pod uwagę te doświadczenia, obawiam się ogromnie wnioskowania poprzez uczelnie polską o grant ERC, bo istnieje ryzyko, że bym go dostał i nie wygrzebałbym się na powierzchnię spod tego 1,5 miliona euro.

A jedyna rzecz, do jakiej w mojej opinii skłania doświadczenie z realizacji grantu w Polsce to wyjechać za granicę.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.