Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Czytaj: "Milion dolców Figurskiego" [treść płatna]

Czytaj też: Internauci się wyzłośliwiają, że Figurski nie chodzi już co tydzień na sushi

Odkąd urodziłam dziecko, nie pracuję. Mała nie dostała się do przedszkola. Nie jesteśmy rozbitą rodziną, córka jest jedynaczką. Nie ma punktów, nie ma miejsca. Rok, drugi, następny... Na szczęście Paweł zarabia. Polska przygotowuje się na Euro, trzeba wybudować stadiony, wiadukty - mąż jest po budownictwie. Koniunktura sprzyja. Złoszczę się, bo córka po kilka dni nie widuje ojca. On wraca do domu po 22, czasami o 4 nad ranem, bo trzeba było na następny dzień wysłać projekt.

Prowadzę dom. Nie jest źle. Mogę kupić cielęcinę dla córki i w piątki łososia dla męża. Wychodzimy czasem do ulubionej knajpy ze znajomymi. W poniedziałki dają tam litr piwa za 7 zł. I sznycla za 19. Zawsze bierzemy z mężem na pół. Jest olbrzymi, nie ma sensu płacić za dwie porcje.

Raz w tygodniu jeżdżę z córką na basen, w środy chodzimy do kina, bo w ten dzień drugi bilet jest gratis.

Myślę sobie - nie jest źle, udało się nam. Z czasem kupujemy mieszkanie. Olbrzymie - 58 metrów. 3 pokoje, kuchnia w aneksie. Na zamkniętym osiedlu ze szlabanem i dwoma ochroniarzami na zmianie. Wprawdzie 30 minut jazdy od centrum, ale w adresie wciąż figuruje WARSZAWA. Paweł żartuje, że nie musi kupować zimowych butów, zjeżdża windą do garażu, a parking jego firmy zawsze odśnieżony. Wykańczamy mieszkanie, kupujemy meble w IKEA - bierzemy droższe, bo z litego drewna. Będą na lata.

Teściowa przyjeżdża i robi ukradkiem zdjęcia komórką, ma łzy w oczach, taka jest dumna.

Już pod koniec maja wywieszamy na NASZYM balkonie flagę z napisem Polska. W internecie wprawdzie trwa spór, czy to wiocha czy nie. Ale my wywieszamy. Jesteśmy dumni z Polski! Mamy wreszcie autostrady i piękne stadiony. Ten Narodowy szczególnie bliski, Paweł sporo pracy w niego włożył. No i jest U NAS, w Warszawie.

8 czerwca przyjeżdża siostra z mężem. Będziemy kibicować naszym, może nawet pójdziemy do strefy kibica.

Ostatecznie idą tylko panowie, my ze szwagierką wstawiamy się w domu dżinem z tonikiem. Po golu Lewandowskiego śpiewamy na balkonie hymn Polski, kierowca autobusu wysiada na przystanku i śpiewa z nami. Taka jestem szczęśliwa!

Pierwszy niepokój przyszedł w lipcu, gdy Paweł zaczął wracać z pracy przed 18. Mówił że pracy mniej, że wreszcie odpocznie. W sierpniu było jeszcze gorzej. Projektów było coraz mniej, wszyscy w firmie mówili o kryzysie, a konkurencja zwolniła 8 osób.

Na szczęście na osiedlu mamy dwa dyskonty. Jak jest promocja, kurczaka da się kupić poniżej 10 zł. Najpierw gotuję z niego zupę, potem obieram mięso i jest potrawka. Trzeba tylko dogotować ryż albo ziemniaki. Te drugie mamy za darmo. Już nie chodzimy w poniedziałki na sznycla, czasami jedziemy na pulpety do IKEA. Porcja za 9 zł starcza na nas dwoje. Córka i tak chce tylko hot-doga.

Mała od września poszła do przedszkola. 5-latkę musieli już przyjąć. Szukam pracy. Jestem dobrym sprzedawcą, byłam kierownikiem drogiego butiku. Kochałam swoją pracę. Miałam świetne wyniki, klientki dawały mi w prezencie perfumy i czekoladki za to, że pomagałam im się ubrać, a nie przebrać. Codziennie wysyłam około trzydziestu CV.

Paweł mówi że wszystko będzie dobrze. Jakoś mi trudniej o optymizm.

W tym sezonie nie byliśmy na wakacjach w Rucianem. Nie pojedziemy też na narty do Murzasichla. Na szczęście blisko mamy Górkę Szczęśliwicką. Czasami zimą można kupić na Gruponie tanie wejściówki na stok.

Jakoś to będzie. Jakoś to będzie...

Jak radzić sobie, gdy przychodzą "gorsze czasy"? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.