Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Ja wcale nie zaczęłam swojej kariery w korporacji. Moja pierwsza praca była bez żadnej umowy - byłam ankieterką. Zarobki zupełnie nieregularne, bo ankiety czasem były, a czasem nie. Te lepsze (lepiej płatne) koordynatorka zostawiała dla siebie, te gorsze spychała do tych kilku osób, które pracowały dla niej. Wszyscy byliśmy bez umów, z byle jak zrobionymi identyfikatorami ankietera (chyba były przez nią podrobione). Jaka jest praca ankietera? Straszna. Dosłownie. Po kilku miesiącach po prostu bałam się zadzwonić do kolejnych drzwi, nie wiedząc, co mogę za nimi zastać. Zdarzało się przecież, że ludzie byli agresywni, krzyczeli, grozili wzywaniem policji, szczuli psami... 

Zarobki niestety zupełnie nieadekwatne, do włożonego wysiłku, ale nie ich wysokość była najgorsza, a fakt, że pieniądze mogłeś otrzymać najwcześniej 3 miesiące od zdania ankiet. Chodziło o to, że firma zlecająca badanie, musi mieć czas, by obdzwonić respondentów celem potwierdzenia, że badanie faktycznie się odbyło. Jeżeli ktoś by nie potwierdził - mogłam nie otrzymać wypłaty wcale (na szczęście nie zdarzyło mi się to). Należy jednak pamiętać jeszcze o tym, że pieniądze wcale nie były kierowane do mnie, tylko do mojej koordynatorki, ponieważ oficjalnie tylko ona pracowała... W efekcie ja pieniądze dostawałam dopiero wtedy, gdy dostatecznie długo i natrętnie o nie prosiłam...

Kiedy dostałam pracę w call-center, myślałam, że Pana Boga za nogi chwyciłam!

Koniec z łażeniem po mrozie po domach obcych ludzi! No... prawie koniec. Niestety, na słuchawkach też dużo się nie zarabia (ja dostawałam 6,50 brutto, miesięcznie mi wychodziło tego 400-600zł), więc w praktyce zdarzało mi się jeszcze wykonywać różne badania, żeby po prostu dorobić. W call-center zatrudniono mnie w oparciu o umowę zlecenie, odnawianą co miesiąc. Jako że byłam studentem, nie płacono za mnie żadnych składek. Czegoś takiego jak "urlop" oczywiście nie było wcale. Gdy byłam chora, poszłam do lekarza i poprosiłam o zwolnienie (eh, młoda, głupia). Gdy zaniosłam je pracodawcy, ten kazał mi je wyrzucić. Za te dni oczywiście nie otrzymałam żadnej zapłaty.

Pracowałam w dziale, który dzwonił do klientów operatora sieci komórkowej i proponował atrakcyjne warunki przedłużenia umowy. To była dużo lepsza praca, niż tych w dziale obok - którzy musieli dzwonić do ludzi, którzy klientami operatora nie byli i mieli ich namówić, by tymi klientami zostali. Ci z pewnością mieli do czynienia z agresją po drugiej stronie słuchawki, ja na szczęście dzwoniłam do ludzi, którzy tego telefonu i tak się spodziewali (w związku z nadciągającym terminem końca umowy) i oferowałam im fajne rzeczy, jak nowy telefon czy tańszy abonament.

Mimo to, wypalenie przychodzi w tym zawodzie szybko. Codzienne powtarzanie tych samych zdań po sto, po tysiąc razy dziennie... Wyuczone zwroty śniły mi się po nocach. Czułam się jak małpa. Wytrzymałam 4 miesiące. Pewnego dnia coś we mnie pękło. W przerwie między jednym telefonem a drugim, rozejrzałam się dookoła - na sali było ok. 80 pracowników, każdy w swoim boxie 1,5m x 1,5m. Każdy powtarzał do słuchawki te same zwroty. Każdy miał ten sam, zrezygnowany wyraz twarzy, minę osoby, która się poddała. Gdy zadzwonił kolejny telefon, nie odebrałam go. Wstałam, podeszłam do liderów i oznajmiłam im, że odchodzę.

Ah, dobra, duma dumą, jakieś tam ambicje ambicjami, ale jeść trzeba. Wymyśliłam sobie, że pójdę w gastronomię.

Akurat McDonald's zatrudniał, więc złożyłam aplikację i już kilka dni później składałam cheesburgery. Była to moja pierwsza praca w oparciu o umowę o pracę. Po okresie próbnym dostałam nawet taką na czas nieokreślony! Pensja jednak nie była odgórnie ustalona na miesiąc, tylko była zależna od wypracowanej liczby godzin (8,50 brutto za godzinę). Urlopu nie było, w te 8,50 był za to wliczony ekwiwalent. W sumie to jakby był urlop, to i tak nie wiem jakby mieli to rozwiązać, bo pracowałam tylko 3 dni w tygodniu - miałam w tym czasie dużo zajęć na uczelni, więc do pracy chodziłam w środy popołudniami i w weekendy. Ilość przepracowanych godzin potrafiła się mocno różnić w danym miesiącu, zależnie od tego jak został ułożony grafik, także miesięcznie dawało mi to od 500 do 800zł. To był też czas gdy wyprowadziłam się z domu rodzinnego i 500zł z tego szło na rachunki, także na życie czasem nie zostawało.

To wtedy nauczyłam się wartości pieniądza. Przekładałam jego wartość bezpośredni na jedzenie. Do dziś doskonale pamiętam, gdy po północy, po zamknięciu restauracji, wracałam do domu godzinnym spacerem. Za sobą miałam 12-sto godzinną zmianę, nogi bolały adekwatnie (kto przepracował 12 godzin stojąc, biegając, podając, ten zna ten ból - reszta i tak nie zrozumie). Spod samego McDonald's odjeżdżał nocny autobus, który zatrzymywał się dokładnie przy moim bloku. Patrzyłam na jego odjazd utęsknionym wzrokiem, ściskając w kieszeni 2 złote. Te 2 złote to był bilet do domu albo chleb jutro. Nigdy nie zapomnę.

Mimo to bardzo lubiłam tą pracę, głównie ze względu na wspaniałą ekipę. Wiem, że nie we wszystkich McDonald'sach tak jest, a już na pewno nie przez cały czas, ze względu na dużą rotację, ale trafiło mi się pracować z samymi pozytywnymi ludźmi. Wszyscy byli bardzo pracowici, starali się, by restauracja miała jak najlepsze wyniki, ponieważ odczuwali to jako pracę zespołową. Atmosferę psuły czasem jedynie nadgorliwe menedżerki, które uważały, że pracownicy nie powinni ze sobą rozmawiać...

W okolicy Bożego Narodzenia menedżerka układająca grafik spytała mnie, czy mogę przyjść do pracy w drugi dzień świąt (mimo iż moja dyspozycyjność nie obejmowała tego dnia). Odpowiedziałam, że nie mogę, ponieważ wyjeżdżam poza miasto. Bardzo się zdziwiłam, gdy następnego dnia mimo to zobaczyłam w grafiku swoje nazwisko przypisane do tego dnia... Złożyłam wypowiedzenie w trybie natychmiastowym. Nie przyszłam do pracy w święta.

W styczniu ukończyłam 3ci semestr informatyki, pomyślałam więc, że warto by było znaleźć pracę w zawodzie.

Dostałam się do małej firmy webdeveloperskiej

Dostałam umowę o pracę i 1000zł na rękę - kasa dla mnie niewyobrażalna! Co do urlopów, to sprawa była rozwiązana tak samo jak w McDonald's, tzn. w praktyce ich nie było. Chorowanie również było niedopuszczalne, ponieważ pracodawca po prostu wprost wymagał byśmy przychodzili do pracy w każdym stanie - nie przyjście mogło skończyć się wypowiedzeniem umowy. Jako powód wypowiedzenia oczywiście podane by było nie wywiązywanie się z obowiązków. Na szczęście w tym czasie nie chorowałam.

Muszę przyznać, że bardzo dużo się nauczyłam w tej pracy. Kapitalny zespół programistów. Projekty były zawsze duże, zawsze na wczoraj, co z jednej strony wymuszało bardzo szybką naukę nowych rzeczy, a z drugiej strony... pracodawca wymagał od nas spędzania w pracy minimum 9 godzin. Tak naprawdę, to minimum 10 godzin. A najmilej by widział, gdybyśmy w ogóle z pracy nie wychodzili... Zdarzało się, że zaczynałam o 8, a kończyłam o 24.

Powiecie - jak to, jak to? Przecież umowa o pracę oznacza, że obowiązuje kodeks pracy, czyli maksymalnie 12 godzin dziennie! Sugerujecie, że powinnam iść do sądu? To zastanówcie się, jak po takiej rozprawie wyglądałaby współpraca z szefem, który bez takich konfliktów codziennie powtarzał nam, że jest 100 innych na nasze miejsce? Człowiek ten posuwał się do tego, że krytykował pracowników za częstotliwość chodzenia do toalety i ilość wypitej kawy. Codziennymi przytykami, krytyką pracy, niepłaceniem za nadgodziny, systematycznie doprowadzał cały zespół do stanu załamania psychicznego. W takim środowisku czujesz się jak śmieć, tracisz wiarę w siebie, w swoją wartość. To był prawdziwie śmieciowy pracodawca, dał mi umowę o pracę, ale poza tym był śmieciem. Odeszłam po 3 miesiącach.

Ostatecznie trafiłam do firmy, w której pracuję teraz, ale i tam nie dostałam z marszu wymarzonych warunków.

Moja początkowa stawka to było 18zł brutto za godzinę, umowa zlecenie, rozliczane godzinowe, w razie choroby - nie otrzymuję wypłaty. Ja i tak byłam niesamowicie zadowolona, bo to były najlepsze warunki pracy jakie dotąd widziałam. Wreszcie mogłam chodzić do toalety tak często, jak potrzebowałam, bez proszenia, bez tłumaczenia, czemu tak często. To głupie, ale to było właśnie to, co dało mi poczucie godności.

Pracodawca ten jest bardzo przyjazny dla studentów, tzn. sami ustalają swój grafik i przedstawiają przełożonemu. Mój przełożony nigdy nie robił mi problemów, gdy mówiłam, że się spóźnię, że muszę wyjść wcześniej. Zawsze mogłam odrobić godziny w inny dzień. Nie przeszkadzało też nikomu, jeżeli wyrabiałam więcej niż te umówione 40 godzin tygodniowo, w efekcie więc zarabiałam ok. 2000 zł netto na miesiąc.

Co roku, systematycznie moja stawka była podnoszona o 2 zł. Nigdy nie prosiłam o podwyżkę, zawsze to pracodawca wychodził z propozycją. Przepracowałam tak do końca studiów, w czerwcu obroniłam tytuł magistra. Pracodawca zaproponował mi w związku z tym nowe warunki współpracy. Powiedział mi wprost - mogę przeznaczyć na ciebie 7500 zł brutto, sama zdecyduj, jaka forma współpraca jest dla ciebie najodpowiedniejsza. Założyłam działalność gospodarczą.

Jaka więc jest podstawowa różnica pomiędzy umową o pracę a umową zlecenie?

Nie mówcie mi, że w urlopach, bo nigdy jeszcze nie miałam urlopu na etacie, a na zleceniu już tak. Nie mówcie, że stabilność zatrudnienia, bo to ściema - gdy pracodawca będzie chciał cię zwolnić, zrobi to, choćby dyscyplinarnie. Że niby na umowie o pracę jesteś traktowany jak człowiek? Chroni przed złym pracodawcą...? Moje doświadczenie tego nie potwierdza. Z mojego punktu widzenia, na umowie o pracę płacisz większe składki do ZUS i tyle.

To jest nasza polska rzeczywistość.

To jest mój świat, i wasz świat też

Ja to znam od podszewki, ja też byłam zmęczona i byłam głodna.

I ja dobrze rozumiem ludzi, którzy chcieliby mieć przyjemną pracę, płatny urlop, chorobowe. Ja też tych rzeczy chcę. Co więcej, jeżeli ktoś chce płacić większe składki ZUS - to też rozumiem! Jak dla mnie, to niech każdy pracuje na takiej umowie, jaka mu osobiście odpowiada. Niektórzy wolą etat, bo po prostu nie lubią przekazywać osobiście składek i podatku do odpowiednich instytucji, lubią dostać tylko te pieniądze, które mogą wydać i nie przejmować się niczym więcej.

Ja wybrałam świadomość. Całą księgowością zajmuję się sama osobiście. Jest to z pewnością ciekawe doświadczenie, gdy 1/3 wypłaty okazuje się być nie twoja - ale wiem dokładnie gdzie idzie każdy grosz.

To czego nie rozumiem... to dlaczego niektórzy bardzo chcą, by inni pracowali na etacie. A jeżeli nie na etacie, to niech ich umowa w efekcie będzie identyczna jak na etacie (tylko niekoniecznie chroniona przez KP). Chyba się nie łudzą, że od wymuszenia takiej a nie innej formy umowy, zły pracodawca stanie się dobrym człowiekiem...?



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.