Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Dyskusja o umowach śmieciowych zaczęła się od komentarza Grażyny Borkowskiej "Słowo śmieciowe obraża", która zastanawiała się, co rząd powinien zrobić, gdy bezrobocie wzrasta. Napisała, że "przy zmieniających się warunkach gospodarczych pracodawca musi mieć możliwość szybkiego zwalniania i zatrudniania pracowników. Dlatego dla pracodawców korzystne są tzw. umowy śmieciowe, choć rację przyznaję przedsiębiorcy i prof. Andrzejowi Blikle, który mówi: "nie ma umów śmieciowych, są śmieciowi pracodawcy''.

W odpowiedzi pojawiło się wiele listów i opinii wyjaśniających i opisujących dlaczego nie da się zaakceptować umów śmieciowych. Jeden z czytelników, pan Adam Wilmann, napisał: "Nie czuję się obrażony stwierdzeniem, że pracuję na umowie śmieciowej. Mam 32 lata, skończyłem studia. Jeśli czuję się czymś obrażony, to tym, że nigdy nie miałem płatnych wakacji. Tym, że po kilkudniowym przeziębieniu drżę, czy mam jeszcze pracę. Tym, że nie mam opłaconych składek emerytalnych, więc po kilkudziesięciu latach kiepsko opłacanej pracy na śmieciówkach czeka mnie na starość ubóstwo". W liście "Słowo umowa śmieciowa nikogo nie obraża, praca na niej - już tak" zarzucił redaktorce, że swoim tekstem tworzy atmosferę przyzwolenia "dla traktowania mnie, pracownika, jak przedmiotu, który można dowolnie wykorzystać, a potem wyrzucić."

Jego list spotkał się z polemiką czytelniczki, Weroniki Froty, która napisała, że odniosła wrażenie, iż nie zrozumiał on komentowanego przez siebie artykułu: "Zarabiam 7,5 tys. zł miesięcznie. Pracodawca nie ma prawa narzucić mi ani kiedy, ani ile, ani gdzie pracuję. Nie może zmusić mnie do zostania po godzinach. Mam umową zagwarantowane 25 płatnych dni wolnych w roku. W razie choroby - nie przychodzę. Umowa przewiduje 3-miesięczny okres wypowiedzenia. Nie rozumiem, jak można nazywać moją umowę śmieciową..." - podkreśliła.

Listy te wywołały burzliwą dyskusję na forum i naszym Facebooku. Przyszły też kolejne opinie. Oto kilka najciekawszych:

Przeczytałem list Adama ze smutkiem i z przerażeniem

Smutek - bo autentycznie mu współczuję. Przerażenie - bo Adam jest w sytuacji niemalże bez wyjścia. Tylko jedna osoba może rozwiązać ten problem. Tylko jedna osoba może uchronić Adama przed strachem o zwolnienie z powodu byle przeziębienia. Tylko jedna osoba może sprawić, że w wieku 33 lat pojedzie na płatny urlop, będzie miał opłacone składki emerytalne i nikt nie będzie go obrażał.

Osobą, która może to sprawić, jest sam Adam. Tyle tylko, Adamie, że najprawdopodobniej Ty sam tego nie chcesz.

Nie chcesz przede wszystkim wziąć na siebie żadnej odpowiedzialności. Przyjmujesz narzucone przez kogoś warunki, by móc potem narzekać, że są nieodpowiednie. Trudno, widocznie ktoś to sobie zorganizował tak, jak jemu było wygodnie. Nie akceptujesz tego - zorganizuj to samodzielnie.

Czy kiedykolwiek próbowałeś porozmawiać ze swoim szefem i zaproponować inny sposób pracy? Czy zaoferowałeś np. lepszą wydajność za cenę większego spokoju i komfortu? Mogę się założyć, że nie, bo gdyby tak było, już dawno cieszyłbyś się tym spokojem - nie znam przypadku pracodawcy, który odrzuciłby ofertę większej wydajności.

To Ty masz narzędzia do poprawy swojej sytuacji, ale jeśli ich nie użyjesz, pracodawca najprawdopodobniej nie pozna Twoich oczekiwań.

To nieprawda, że jesteś od niego zależny. Stanowicie jeden organizm, bo on bez Twojej pracy również nie osiągnie swoich celów. Jeśli traktuje Cię źle i praca jest dla Ciebie męczarnią - odejdź, bo obydwoje będziecie niezadowoleni.

Obawiasz się, że nie znajdziesz innej pracy? A zadałeś sobie pytanie co tak naprawdę potrafisz i - co znacznie ważniejsze - lubisz robić? Może po prostu nie jesteś pewien swojej wartości?

I tu chyba jest pies pogrzebany: tak naprawdę to chyba nie jesteś pewien co chciałbyś robić, ale za to dokładnie wiesz jak chciałbyś żyć: bezstresowo, wygodnie, we własnym mieszkaniu. I żeby regularnie móc jeździć na urlop.

Potrzebujesz do tego umowy o pracę, bo z nią łatwiej Ci będzie o kredyt na to wszystko. Rozumiem Cię. Też tak myślałem.

Tyle tylko, że to Ty pracujesz, a nie Twoja umowa. To Ty budujesz i codziennie udowadniasz swoją wartość na rynku. Jeśli ona będzie niska, to umowa pozwoli Ci "zyskać" najwyżej trzy miesiące. I o to jest ta cała walka? O papier do banku i kwartał ułudy?

Nic podobnego. Weź się w garść i odkryj, co tak naprawdę kochasz robić, a potem rób to. Nie będzie łatwo, zaręczam. I nieraz upadniesz, to też niemal pewne. Udowodnij, że robisz coś najlepiej, a wówczas nie będą Cię interesowały żadne umowy. Wtedy wartością będziesz wyłącznie Ty i Twoja praca.

Albo pozostań przeciętny i nadal zazdrość szefowi mercedesa. Tylko pamiętaj: to on ustanowił reguły tej gry, w którą grasz. Jeśli chcesz to zmienić - ustal swoje i spraw, by zagrali inni.

Trzymam kciuki! Mariusz C.

Weronika nie rozumie istoty oburzenia na umowy śmieciowe

Problemem jest zastępowanie umowy o pracę dziełami/zleceniami i wymaganie pracy, jak na etacie, ale bez płatnego urlopu, opłaconego ubezpieczenia zdrowotnego czy składek emerytalnych. To nie jest wybór między 7,5 tys. na umowę o dzieło a 7,5 tys. na umowę o pracę, ale między 1500-2000 na dzieło albo nic. I wymaganie od pracownika pracy po 8h dziennie, ale gdy chce on iść na urlop czy do lekarza, to robi to za darmo. Jeśliby pracodawcy uczciwie traktowaliby swoich pracowników na dziele/zleceniu, to problem byłby mniejszy. Grzegorz K.

Weronika trolluje

Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Albo czytelniczka jest najszczęśliwszą osobą na świecie, albo po prostu trolluje, czyli wypisuje bzdury, by inni się ze sobą żarli. To może ja napiszę, jak wygląda rzeczywistość, żeby co niektórzy ludzie z Księżyca mieli jakiś pogląd: w tej chwili najpopularniejsze umowy, jakie się zawiera, to umowy-zlecenia - na miesiąc, bez składek, bez L4, bez urlopów. Za pensję w okolicy 1500 brutto. I to nie dotyczy jednej branży, tylko dosyć szerokiego przekroju zawodów. Zachęcam do wejścia na strony takie jak infopraca.pl czy pracuj.pl. Ponoć prawdziwy "fachowiec" nie będzie miał nigdy problemu ze znalezieniem pracy. A ja się pytam - jak mam zostać fachowcem, skoro taki pracodawca wymienia pracowników według potrzeb co miesiąc, dwa? Marcin G.

Pewnie zdarzają się umowy takie jak Weroniki

Jest sporo ludzi, którzy pracują na fenomenalnych kontraktach cywilnoprawnych nie będących umowami o pracę i mają się świetnie - po to zresztą takie kontrakty są. Jeżeli jesteś freelancerem czy menedżerką czy kimś kto ma mocną pozycję i potrafi sobie - kluczowe słowo - WYNEGOCJOWAĆ dobre warunki takiej umowy, to chwała mu/jej za to, świat jest dla niego/niej ostrygą. Ale przecież nie o tym mówimy i nie w tym problem.

Te umowy nie są umowami śmieciowymi i nie rozumiem jakim cudem mają się o nagonkę na śmieciowe umowy "obrażać". Jeżeli mają warunki umowne mocniejsze, niż gwarantuje kodeks pracy, to super, ale śmieciowe umowy polegają na czymś zupełnie odwrotnym - na omijaniu ochrony kodeksowej, które pracodawca narzuca osobie, która pozycji negocjacyjnej nie ma żadnej.

I wtedy zaczyna się poważny problem. I owszem, śmieciowy pracodawca będzie śmieciowy niezależnie od rodzaju kontraktu, ale po to właśnie są przepisy chroniące pracowników, żeby tą jego śmieciowość ograniczyć.

Śmieszy mnie argument Weroniki, że "nie chce być niewolnikiem pracodawcy, który mówi jej gdzie i kiedy ma pracować". Super, nikt nie chce. Kłopot się zaczyna wtedy, kiedy pracownik nie jest tak doskonale przygotowany do życia we współczesnym świecie jak autorka i musi się zdecydować na pracę, w której to nie on będzie dyktował warunki. Jeżeli Autorka myśli że w takim wypadku osoba pracująca na zlecenie jako "działalność gospodarcza" znajduje się w sytuacji, w której "pracodawca nie ma prawa narzucić godzin ani miejsca wykonywania pracy. Nie może zmusić do zostania po godzinach, umową zagwarantowane jest 25 płatnych dni wolnych w roku, a w razie choroby wystarczy, że pracodawcę się poinformuje, a nie robi żadnych problemów" to autorka żyje w trochę innym świecie.

Nawiasem mówiąc autorka w kontekście banku padła właśnie ofiarą... śmieciowości swojej umowy :) W tym sensie, że nie potrafiła sobie wynegocjować dobrych warunków z bankiem, pomimo świetnych zarobków. No ale wtedy to jest "niesprawiedliwe", że banki nie widzą jaka jest zaradna. Bartek J.

Etat? Tylko dla idiotów na taśmie

Popatrzmy na przeciętnego Kowalskiego: zarabia ok. 2 tys. na etacie, boi się samozatrudnienia, bo siedzi w długach, ale siedzi w długach, bo mało zarabia. Błędne koło owczego pędu do luksusowego życia. Kredyt powinien służyć tylko do zrobienia nim następnych pieniędzy, a nie na komórkę dla żony, najnowszy komputerek dla dziecka i weekend na Mazurach.

Tak się składa, że znam autorkę tego listu. Nie mieszka w Warszawie. Pracuje od 16 roku życia i to nie tylko w wakacje, jak większość dzieci teraz. Próbowała różnych prac, poszła na studia, już na drugim roku studiów znalazła pracę w firmie, w której teraz pracuje, wciąż żyjąc po studencku. Skończyła studia i ma 5 lat doświadczenia zawodowego. Oczywiście zdarzały jej się okresy gdy gotowała na 5 dni za 5 zł, bo po opłatach nic nie zostawało, ale na obecną sytuację zwyczajnie zapracowała.

A wy co robiliście na studiach? Piło się, balowało codziennie, udawało się przed samym sobą, że się uczy, a teraz roszczenia do pracodawcy, żeby was utrzymał, dał umowę na lata, zapewnienie, że nawet jeśli będziesz debilem, to cię nie zwolni?

Też jestem na samozatrudnieniu, mam zbliżoną sytuację jak autorka listu. Znam swoją wartość, i wiem, że pracodawca ją także widzi. Zwolni mnie? No życie, ++do doświadczenia i lecimy dalej. Nie istnieje firma na świecie, która nie potrzebowała by moich usług, wystarczyło wybrać odpowiednią profesję. Kredytów nie biorę, zbieram na to co chcę kupić. Nie boję się o jutro: wiem, że nawet jeśli stanie się najgorsze, to pójdę kopać rowy, żeby mieć za co żyć.

Bycie przedsiębiorczym (tak, tak, od tego się wzięło "przedsiębiorca") to bycie zaradnym i elastycznym. Kryzys to podkreślił - nigdy nie możesz być pewnym swojej pracy i zawsze musisz być gotowym na zmiany. ZAWSZE. Sytuacja gospodarcza za szybko się zmienia, pojutrze nasz kraj może okazać się bankrutem - i co wtedy? Lepiej wyjść na ulicę czy znaleźć sposób na wyżywienie siebie i rodziny?

Śmieciową umową jest tak na prawdę etat. Zabija ambicję, przywiązuje do jednego miejsca na lata nawet, gdy jedyne o czym marzysz, to wyrwanie się, ma wysoki ZUS i podatki, a zarabiasz tyle, by przeżyć do następnego pierwszego i zapłacić ze dwie raty kredytu. Pasuje Ci taka egzystencja? Fajnie. Tylko nie narzucaj jej innym. long_in_warzone

Najgorzej to ma przedsiębiorca!

Po pierwsze określanie wszystkich umów mianem śmieciowych to patologia. Od umów zleceń (większości) opłacane są wszystkie składki ZUS. Ludzi zatrudnionych na etacie też można traktować jak śmieci, np. przerwy dla kasjerek co 5 godzin. Nie ma przymusu pracy na takiej umowie. Pracownik, jeśli tylko znajdzie lepszą pracę, może błyskawicznie rozstać się z dotychczasowym pracodawcą. W umowie zleceniu mogą zostać zawarte liczne bonusy, np. płatny urlop itp. Problemem nie są umowy tylko brak pracy.

Alternatywą dla umowy zlecenia nie jest etat tylko brak pracy.

Sytuacja drobnych przedsiębiorców jest często nawet gorsza niż pracowników zatrudnionych na umowach. Drobny przedsiębiorca:

- nie ma płatnego urlopu,

- dostanie głodową emeryturę, chociaż nie płaci głodowych składek,

- nie ma wypowiedzenia - wystarczy brak zamówień = szybka utrata pracy

- chorobowe to fikcja - jeśli nie pracuję, to nie zarabiam

- nadgodziny, wolne żarty, ilu z nas pracuje od świtu do nocy również w święta! SPZUSDP

No i poszli na bruk

Solidarność na Facebooku oburzała się na umowy wolnościowe (nazywane przez specjalistów od PR Solidarności śmieciowymi) stosowane w sądach.

Niedawno zwolniono 1600 osób pracujących w sądach na takich umowach. O to wam chodziło? Szkoda tych biednych ludzi. Dla wielu z nich to było jedyne źródło utrzymania. Wielu studentów opłacało studia, a teraz będą musieli je przerwać. Ktoś miał potwornie niską emeryturę i ta praca pozwalała mu godnie przeżyć bez potrzeby zbierania puszek na śmietnikach.

Politycy i presja związkowców sprawiła, że potraktowano tych ludzi jak śmieci i brutalnie wywalono na bruk pozostawiając bez środków do życia. Taki sposób na rozwiązanie problemu bezrobocia i biedy mają politycy i związkowcy. Ludzie zatrudnieni na takich umowach to najczęściej słabo wykształceni oraz mało konkurencyjni z różnych względów pracownicy dla których jedyną alternatywą jest bezrobocie.

Najgorsze jest to, że politycy i związkowcy takim postępowaniem krzywdzą bardzo wielu ludzi, ale nie przeszkadza im to fałszywie twierdzić że robią to dla ich dobra. Lech Donovan

A co wy sądzicie, czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.