Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Mieszkam na głębokiej prowincji (na własne życzenie). Do lekarza chodzę rzadko. Jedynie po wypisanie recept (na nadciśnienie). Badań profilaktycznych nie wykonuję, bo w okolicy brak specjalistów. Ale przez przypadek na przystanku autobusowym zauważyłam ogłoszenie o badaniach mammograficznych. Zgłosiłam się i wykonałam badanie piersi w maju br. W połowie sierpnia otrzymałam wynik: w jednej piersi mikrozwapnienia, wskazane dalsze badanie, powiększone zdjęcie mikrozwapnień.

Telefonicznie w centrum onkologii uzgodniłam termin za 9 dni. W wyznaczonym terminie okazało się, że zarejestrowano mnie na zwykłą mammografię. Powiedziano, że nie zostanę przyjęta, bo prawdopodobnie nie określiłam dokładnie jakie ma być badanie. Ale jedna z Pań zauważyła termin badania (maj) i zaczęła czynić starania o przyjęcie mnie. Telefony, rozmowy, udało się.

Byłam pod pozytywnym wrażeniem bezinteresowności. Miałam wykonane powiększone zdjęcie mammograficzne, usg piersi. Wynik BIRADS 4 i skierowanie do rejestracji do chirurga z prośbą o pilny termin. Tutaj też panie miłe, za 10 dni wizyta u chirurga. Pan doktor już nie był miły, ale nie musi, on ma leczyć, a nie być miłym. Otrzymuję prawie bez słów skierowanie do szpitala na biopsję mammotomiczną. Uzgadniam termin za 7 dni.

Telefon z onkologii, mam zgłosić się dzień wcześniej. Co też uczyniłam, byłam zadowolona, że czas oczekiwania się skraca. Zgłosiłam się w wyznaczonym terminie (80 km).

Czekam na świetlicy oddziału chirurgicznego. Jestem druga w kolejce. W międzyczasie przychodzi kolejna pacjentka. Nie ma uzgodnionego terminu ani godziny. Kiedy przychodzi moja kolej okazuje się, że nie będę miała wykonanej biopsji, bo nie ma technika. Byłam w szoku. Nie pomogły prośby, pani doktor poszła uzgodnić ze mną kolejny termin biopsji. Za dwa tygodnie.

Tutaj zdałam sobie sprawę z mojej sytuacji. Jestem pacjentką z tłumu, znikąd. Nie mam zaplecza lekarskiego. W tym dniu na biopsję przyjęte zostały pacjentki prywatnych gabinetów, lekarzy pracujących na onkologii. Za ten brak edukacji zostałam ukarana nowym terminem na koniec kolejki. Cóż z tego, że jechałam 80 km, że mam pod opieką chorą Mamę i muszę szukać dla niej opieki, że minęło 4 miesiące jak wykonałam badanie mammograficzne, że wynik nie najlepszy....

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem celebrytką, znaną osobą z pierwszych stron gazet i bez wizyty w prywatnym gabinecie lekarza pracującego na onkologii, moje badanie, czy leczenie nie będzie możliwe. Czas płynie na moją niekorzyść. Kiedy rozmawiałam o tym z panią doktor, żachnęła i powiedziała, że ten rak nie musi być złośliwy. Nie liczył się mój czas, dojazd 80 km, koszty. Pani doktor miała dobre samopoczucie, gorzej z moim.

Takich osób jak ja jest dużo, bardzo dużo. Oczywiście głównie ze wsi, małych miasteczek, gdzie dostęp do specjalistów jest utrudniony przez odległość, nieznajomość (tak jak w moim przypadku) lekarzy, bezsilność. Często są odsyłani do kolejnych lekarzy, ustalane nowe odległe terminy, a potem jest już za późno. Stwierdzenie lekarzy: już nic nie da się zrobić słyszą często, za często. O tych pacjentach czasem powstanie program w Ekspresie Reporterów (jak się ktoś przebije). Ale większość umiera i nawet statystyki o tym nie wspominają.

Rzeczywistość jest taka, że pierwszeństwo w leczeniu w publicznych placówkach zdrowia mają pacjenci prywatnych gabinetów lekarskich. Dotyczy to wszystkich szpitali i oddziałów. Ale o tym lepiej nie mówić, nie pisać.

Bardzo boli takie traktowanie. Gdzie etyka, prawość, sprawiedliwość społeczna. Nie jest to wygodny temat. A dotyczy naprawdę dużej liczby osób, szczególnie na prowincji. Na wsi lekarze w sumie nie chcą kierować na badania. Boją się konsekwencji NFZ. Więc odmawiają. Nic też z profilaktyki nie wyniknie, jeżeli nie będzie leczenia. Liczą się fundusze, kontakty, czas. Tańsze jest poinformowanie chorego, czy rodziny: za późno. Nie było profilaktyki, nie było leczenia. Nie ma pacjenta, nie ma problemu.

Dlatego moją przyjaciółkę z dużego miasta, tak bardzo denerwuje moja bezczynność w szukaniu lekarza z prywatnym gabinetem lekarskim, a pracującego na onkologii.

Liczy się czas, owszem. Mam tego świadomość, ale jestem bezsilna. Czekam. Łatwiej jest żyć bez świadomości, że ma się raka, bo jak już się wie, to trzeba robić coś, żeby go pokonać. Bezsilność jest ciężka, bardzo ciężka.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.