Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Są dwie opcje - albo uznamy rodzicielstwo za sprawę prywatną, albo publiczną. Jeśli jest sprawą prywatną, inni nie mogą się wtrącać w proces wychowawczy. Równocześnie rodzice powinni trzymać swoją prywatność z dala od mojej, czyli m.in. dbać o to, czy dziecko jest grzeczne. Nie należy im się żadne wsparcie. To sprawa prywatna, mi nikt nie kupuje prezerwatyw.

Jeśli jest sprawą publiczną, rodzicom należy się pełne wsparcie i życzliwość. Trzeba wspomóc ich finansowo, zaakceptować pewne uciążliwości, bo chodzi o dobro publiczne. Równocześnie dziecko przestaje być "własnością" rodziców. Inni mają prawo się wtrącać w jego wychowanie i zwracać mu uwagę na jego zachowanie z pominięciem rodziców. To sprawa publiczna - nie ma mowy o wyborze, czy chce się szczepić dziecko, czy nie. Bo to nie jest prywatna sprawa rodziców. Dzieci to sprawa publiczna.

Kim są wózkowe? To matki, które chcą korzystać z przywilejów uznania rodzicielstwa za sprawę publiczną, równocześnie domagając się uznania go za sprawę prywatną. Daj pieniądze i się nie wtrącaj. Znoś moje dziecko i się nie wtrącaj. Interes wózkowych staje się interesem publicznym a mój - prywatnym. Nie mam równocześnie żadnej gwarancji, że dziecko wózkowej zapracuje na moją emeryturę, przecież jak w jednym z listów, mamusia "uczy je myśleć krytycznie".

Nic nie mam do wsparcia dzietnych. Oburza mnie traktowanie kobiet jak inkubatory, jest to powszechne! Widać to już w samej argumentacji, jakoby rodzicom trzeba pomóc ze względu na przyszłe emerytury. To głupota, jakby bycie rodzicem przyszłego płatnika podatków nadawało człowiekowi wartość. Im trzeba pomóc nie dlatego, że ich dziecko zarobi na emerytury, tylko dlatego, że są ludźmi. Kobietom trzeba ulżyć nie dlatego, że rodzą podatnika, ale dlatego, że są ludźmi. Co jeśli kobieta urodzi dziecko z zespołem Downa? Trzeba odmówić jej wsparcia, bo nie urodziła pewnego płatnika podatków? No właśnie.

A taka jest argumentacja wózkowych: "Rodzę podatnika, należy mi się". Te kobiety nie mają godności, gdyby miały, wiedziałyby, że mają prawo domagać się ulżenia ich losowi nie tylko ze względu na dziecko, ale także dlatego, że same są wartością samą w sobie. Ludźmi.

Dlaczego nie powiemy w końcu "Pomóżmy rodzicom, bo mają ciężko", a cały czas mówimy o przyszłych emeryturach? Przecież nie mam żadnej gwarancji, że dziecko wózkowej zarobi na czyjekolwiek emerytury. Na starość też mnie nie wesprze, bo ma swoich rodziców, którzy będą tego potrzebować. Czyli jednak to sprawa prywatna? Czemu zatem domagają się wsparcia?

Zakończę list deklarację poparcia do uznania rodzicielstwa za sprawę publiczną. I nie tylko w kwestiach finansowych. Rodzice zasługują na to, obojętnie czy ich dzieci są zdrowe czy chore. Bo są ludźmi. Sami wesprą tych, którzy dzieci mieć nie mogą, lub nie chcą. Na tym polega solidarność. Jestem świadom tego jak wyświechtane to słowo. Mam nadzieję, że nie damy się zakrzyczeć prostym chamom, którzy chcą solidarności jednostronnej. Dla siebie.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.