Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nie jestem ani nauczycielem akademickim (aczkolwiek byłam nim przez pewien czas), ani pracodawcą zatrudniającym dużą liczbę osób. Zapewne niektóre kwestie są mi w związku z tym słabiej znane. Piszę ten list jako osoba, która może o sobie powiedzieć, że spełniła się - i cały czas spełnia - w życiu zawodowym, zarówno pod względem finansowym, jak i pod względem satysfakcji z pracy.

Piszę ten list również jako osoba, która miała to szczęście, że zdawała egzamin dojrzałości w 1999 r., a więc w czasach przed tzw. "nową maturą". Wreszcie, piszę ten list jako absolwentka jednolitych, pięcioletnich, dziennych studiów magisterskich, ukończonych na renomowanej uczelni; studiów, o które musiałam walczyć, dowodząc swojej kompetencji podczas trudnego egzaminu wstępnego - i podczas których nikt nie stosował wobec mnie taryfy ulgowej.

Jestem absolwentką jednego z nielicznych kierunków humanistycznych, który daje tzw. pieniądze, pod warunkiem, że skończy się rzeczywiście ten właśnie kierunek, a nie jego substytut oferowany przez jedną z tzw. wyższych szkół zlokalizowanych w miastach nie będących uznanymi ośrodkami akademickimi.

W dużym skrócie - jestem filologiem, tłumaczem przysięgłym języka angielskiego, współpracującym stale z dużymi i znanymi podmiotami gospodarczymi, wiodącymi placówkami naukowymi, a także z mediami. Wykonuję więc zawód, do którego przygotowały mnie studia, co dziś coraz rzadziej się zdarza.

Więcej - wykonując go, osiągam dochody na naprawdę zadowalającym poziomie. To samo dotyczy znakomitej większości osób, z którymi kończyłam studia. My, którzy jeszcze niecałych dziesięć lat temu byliśmy studentami, dziś prowadzimy świetnie prosperujące biura tłumaczeń, zapewniające kompleksową obsługę konferencji i spotkań na najwyższym szczeblu. Zajmujemy się tłumaczeniami konsekutywnymi i symultanicznymi, wymagającymi najwyższych kompetencji językowych.

Pracujemy dla renomowanych wydawnictw. Szkolimy specjalistów z różnych dziedzin, podczas kursów poruszając się swobodnie w różnych obszarach językowych, od chemii związków węgla po meandry prawa międzynarodowego - w zależności od tego, jaką dziedziną swego czasu postanowiliśmy się zająć. Dlaczego dzisiaj osobom, które kończą ten sam kierunek, a więc poniekąd naszym następcom, tak trudno jest znaleźć satysfakcjonującą i dobrze płatną pracę?

Widzę trzy przyczyny tego stanu rzeczy, które można ująć w punktach:

1. Zastąpienie egzaminów wstępnych na studia tzw. "nową maturą";

2. Drastyczne obniżenie wymagań wobec studentów;

3. Dewaluacja wymiernej jakości wykształcenia.

Pokrótce odniosę się do każdego z tych punktów.

Pamiętam do dziś, jak intensywnie przygotowywałam się do egzaminów wstępnych na wybrany kierunek, godzinami rozwiązując skomplikowane testy gramatyczne i szlifując wymowę (obowiązywał mnie również egzamin ustny). Wiedziałam, że muszę pokonać w bezpośredniej rywalizacji kilkuset kandydatów, żeby zdobyć indeks.

Zdawanie na filologię angielską jeszcze trzynaście lat temu oznaczało, że kandydat aplikował na studia już z biegłą znajomością języka i jego niuansów, tak, aby w październiku nie przeraziły go prowadzone w całości po angielsku zajęcia z takich przedmiotów, jak syntaks, gramatyka historyczna czy literatura staroangielska, podczas których żaden z wykładowców nie zastanawiał się nawet, czy jesteśmy w stanie nadążyć za nim i go zrozumieć. My musieliśmy wiedzieć; my musieliśmy rozumieć.

Nie mogła nas przerażać ani leksyka i składnia średniowiecznych poematów, ani analizowanie cząstek słowotwórczych. Osobom, które w komentarzach zapytają: po co to komu?, odpowiem: proszę mi wierzyć, właśnie po to, by być w przyszłości specjalistą, który poradzi sobie z każdym tekstem, z każdym rejestrem językowym, z każdym translatorskim wyzwaniem.

Dziś mój kolega, który prowadzi zajęcia w zamiejscowej filii naszej uczelni (niestety, takie filie posiadają już chyba wszystkie renomowane ośrodki akademickie w Polsce), opowiada mi o uczestnikach zajęć - bo studentami ich nazwać nie można - którzy po wykładzie proszą go, żeby nie mówił do nich po angielsku (sic!); o "studentach", którzy mają problemy z płynnym wypowiedzeniem paru zdań w języku, który ponoć studiują. Ten sam kolega prowadzi również zajęcia na naszym macierzystym wydziale, na który dzisiaj przyjmowane są osoby, które po prostu zdały maturę na poziomie rozszerzonym - a zaręczam, że jest ona tylko nieco trudniejsza, niż egzamin na First Certificate in English. Nic dziwnego, że osoby te zaskoczone są tym, czego się później od nich wymaga.

Tu przechodzimy do punktu drugiego, czyli wymagań właśnie. W czasach, kiedy studiowałam (i znów podkreślę, zaczynałam zaledwie 13 lat temu!), było niejako rzeczą naturalną, że do końca studiów nie dotrwają wszyscy. Dotyczyło to także innych kierunków. Był to tzw. odsiew, którego widmo mobilizowało nas do wytężonej pracy. Wiedzieliśmy, że czekają nas bardzo trudne egzaminy na koniec każdego roku; wiedzieliśmy, że w przypadku trzykrotnej porażki nikt nie będzie nas ciągnął za uszy. Wiedzieliśmy też, że w tzw. trzecim terminie nie będziemy przez egzaminatorów traktowani ulgowo, żebyśmy, broń Boże, nie odpadli, a uczelnia nie straciła przez to studentów.

I teraz proszę porównać to z obecną sytuacją, kiedy wykładowcy nierzadko słyszą, że mają postępować dokładnie odwrotnie: oni mają ciągnąć za uszy, oni mają ułatwiać zaliczanie zajęć/zdawanie egzaminów. Bo student to pieniądz, zwłaszcza student wieczorowy, zaoczny czy student na prywatnej uczelni. I ten student opuszcza potem mury tejże uczelni, przekonany o swojej wartości i wyjątkowości, po przecież zdał, zaliczył, dostał dyplom. Jest magistrem.

I tutaj kłania się wspomniana przeze mnie dewaluacja wykształcenia. Boli mnie, jako specjalistę, że dzisiaj tym samym tytułem magistra, którego zdobycie napawało mnie kiedyś taką dumą, posługują się absolwenci takich właśnie "filologii", którzy na studiach uczą się podstaw gramatyki i słuchają wykładów prowadzonych po polsku.

Bolą mnie roszczeniowe postawy osób młodszych ode mnie o tych kilkanaście lat, które mówią: mi się należy, ja skończyłem studia, ja mam dyplom. O jakim dyplomie mówimy? Wypracowanym w pocie czoła - czy po prostu odebranym w sekretariacie na koniec tej fikcji, jaką dzisiaj staje się studiowanie w Polsce?

Wykładowcom odebrano narzędzia pozwalające na weryfikację kompetencji studiujących i na ostrą selekcję. W swoim życiu zawodowym sama miałam taki epizod, kiedy na jednej z lepszych uczelni - jako lektor w zespole językowym - usłyszałam, że muszę ostatecznie dać zaliczenie studentowi, który na trzech kolejnych testach nie był w stanie rozwiązać poprawnie ani jednego zadania. "Przecież się stara" - usłyszałam od kierowniczki zespołu. Owszem, starał się w ten sposób, że stawiał się na kolejne terminy - i śmiał mi się w twarz, bo wiedział, że, koniec końców, muszę go "przepuścić". Dziś zapewne, aplikując na kolejne stanowiska, wpisuje sobie w CV dobrą znajomość języka angielskiego.

Szukając przyczyn obecnej zapaści w szkolnictwie czy deficytu dobrze wykształconych absolwentów na rynku pracy, pamiętajmy o odpowiedziach najprostszych i najbardziej oczywistych, do udzielenia których nie potrzeba wielostronicowych analiz. Obniżenie wymagań nieuchronnie prowadzi do obniżenia poziomu. Tylko tyle - i aż tyle.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.