Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Jestem po lekturze listu: Studia to rodzaj szwedzkiego stołu. Niektórzy nie biorą nic, a potem narzekają, że są głodni. Postanowiłam dodać swoje trzy grosze do tego, jak bardzo trafnego, podsumowania współczesnej młodzieży.

Studia skończyłam cztery lata temu. Oczywiście humanistyczne, na jednym z najbardziej obleganych swego czasu kierunku - politologii. Poszłam na nie, bo nie wiedziałam czego chcę i zdecydowałabym się na wszystko, na co by mnie przyjęli. Ale na państwowe uczelnie się nie dostałam (składałam papiery na resocjalizację, nauki polityczne, oraz politologię).

Gdy przypomnę sobie moje przygotowanie do egzaminów, w czasie gdy panował wyż demograficzny, nie dziwię się, że nie przekroczyłam progu. Ale byłam załamana. Rodzice powtarzali mi, że mogę wszystko, ale ja nie wiedziałam czego chcę. Wspominałam coś o aktorstwie... Skończyłam na prywatnej uczelni, na kierunku całkowicie mi nie znanym. I mogłam skończyć jak wielu, ale na szczęście stał się cud.

W społeczności studentów "nic mi się nie chce", zdziałałam wiele

Moja uczelnia była dość prestiżowa, chodziły do niej zamożne dzieciaki, które studiowały dla papierka, bo i tak miały pracować u swoich rodziców. Ja tego komfortu nie miałam. Spotkałam kilka osób, które jak ja, trafiły na studia przypadkiem, bo po liceum coś robić trzeba. I podobnie jak ja, nie miały zagwarantowanego niczego. Wykazaliśmy się niemałym sprytem. Odkryliśmy, że w społeczności studentów "nic mi się nie chce" możemy zdziałać wiele.

Władze uczelni szły nam na rękę, bo były bardzo zadowolone, że ktoś ma chęć działania. W ciągu trzech lat garstka studentów sprawiła, że na uczelni założono radio, zaczęto wydawać gazetę, organizowano spotkania kulturalne, imprezy w najlepszym klubach w mieście, warsztaty rozwojowe.

Promowaliśmy uczelnię, udzielaliśmy się na targach i imprezach miejskich. Uczelnia zyskała sporo, ale my jeszcze więcej. Wykorzystaliśmy swój czas ucząc się wielu rzeczy - zarządzania, prawa, komunikacji, negocjacji, pracy zespołowej, pisania, redagowania... i wszystko to za darmo, z wentylem bezpieczeństwa, bo przecież nie musieliśmy ponosić finansowych kosztów niepowodzeń. W tym czasie poznałam świat, który dla politologa ma ogromne znaczenie. Zobaczyłam czym jest polityka od kuchni, poznałam masę znakomitych ludzi. Dziennikarstwa uczyłam się od tych, którzy od lat tworzą największe tytuły w tym kraju.

Co poszło nie tak?

Zmierzam jednak do tego, że w pewnym momencie to wszystko się skończyło. Tytuł magistra został zdobyty, pierwszy etat już na mnie czekał, zaczęło się życie po studiach. I dopiero teraz okazało się, jak ta rzeczywistość wygląda. W ciągu czterech lat pięć razy zmieniałam pracę. Mieszkałam za granicą, oraz w kilku miejscach w Polsce. Ostatecznie wróciłam do swojego rodzinnego miasta, z którego wcześniej uciekałam na studia. Teraz to moja oaza spokoju.

Co poszło nie tak? W zasadzie nic, wszystko jest w porządku. Od ukończenia studiów pracuję w zawodzie. Każda moja praca, którą często zmieniam, bo szybko się nudzę, jest związana z moim wykształceniem i umiejętnościami, jakie nabyłam podczas studiowania. Jednak zabrakło tego czegoś, co pomogłoby mi przejść tę drogę, kiedy z żaka stawałam się dorosłym człowiekiem. Dziś zastanawiam się co jeszcze mogłam zrobić, ilu szans nie wykorzystałam?

Zabrakło mi odwagi, by iść za ciosem. Z własnej woli zrezygnowałam z przeprowadzki do stolicy, gdzie udają się wszyscy żądni krwi młodzi ludzie. Stwierdziłam, że nie mam siły na karierę, pracę w korporacji, ale jednocześnie nie mogę pogodzić się z tym, że inne życie oznacza nędzne życie.

Moja znajoma została wróżką

Los chciał, że teraz pracuję na wyższej uczelni i m.in. prowadzę biuro karier. Widzę jak młodzież się zmieniła, a minęło zaledwie kilka lat. Jestem przerażona ich roszczeniami i poglądami na życie. Po trzech latach studiów chcą zarabiać 2000 na rękę! Ja mam za sobą 5 lat nauki, 5 lat pracy zawodowej, masę doświadczeń, pełne CV, a jeszcze nie dobiłam do poziomu 2000 zł na rękę. Gdyby nie fuchy, to chyba bym musiała mieszkać z rodzicami. Nie stać mnie na samochód. Ani na wakacje. Wciąż zastanawiam się co zmienić, co zrobić, by się wybić, bo przecież mam potencjał, wykształcenie i niezbędną wiedzę.

Ostatnio doszłam do wniosku, że udaje się tylko tym, którzy są życiowo niemądrzy i w pewien sposób ograniczeni przez los. Nie mają wielkich możliwości wyboru, nie myślą o konsekwencjach, a działają. I odnoszą sukces. Także finansowy. Moja znajoma została wróżką. Nie wiem jak dała radę zarejestrować działalność gospodarczą, ale zrobiła to, i nieźle jej idzie. A ja?

Chciałam iść do technikum hodowli koni, lecz rodzice mnie wyśmiali i wysłali do liceum. Dziś piszę ten tekst, a mogłabym prowadzić własną stadninę, zajęcia rehabilitacyjne dla dzieci i mieszkać pod miastem w pięknym domu z ogrodem. Miałabym wszystko, a mam chore oczy i kręgosłup od nieustannego gapienia się w komputer.

Zabrakło kogoś, kto by mną pokierował, pokazał możliwości, uchylił rąbka tajemnicy. Ale czy słuchałabym wtedy? Przecież młodzi wiedzą lepiej...

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.