Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Jestem studentem bardzo modnego i podobno elitarnego kierunku polityczno-prawnego oraz mało znanego kierunku związanego poniekąd z filologią. Nieprzypadkowo wybrałem swoje studia. Dobierając kierunki miałem w głowie szkic swojej drogi zawodowej, przejrzałem oferty pracy, możliwości dokształcania, specjalizowania się, praktyk...

Kiedy wyjąłem ze skrzynki pismo potwierdzające status studenta na najstarszym i jednym z najbardziej poważanych uniwersytetów w tym kraju, byłem najszczęśliwszy na świecie.

Skłonność do rozwiązłości

W gimnazjum chodziłem do wyselekcjonowanej klasy "tych najzdolniejszych". Stanowiliśmy idealny materiał dla wytrawnego pedagoga. Byliśmy dzieciakami z pasjami i możliwościami ich realizowania, szkoda, że żaden nauczyciel nas uczący tego nie wykorzystał.

Liceum to wspominam jako pole śmierci talentów, ambicji i wolnego myślenia. Mam wpisaną w naturę niezależność i dociekliwość, lubię się uczyć i wiedzieć, lubię mieć swoje zdanie i z tego powodu byłem wykorzystywany, poniżany i poddawany próbom ujarzmienia.

Na zajęciach religii szanowna pani katechetka wyrzuciła mnie z klasy, zagroziła niedopuszczeniem do bierzmowania oraz zagrożeniem semestralnym, ponieważ wyraziłem swoje zdanie na temat tego, iż w szkołach i ośrodkach zdrowia powinny znajdować się punkty z bezpłatnymi prezerwatywami, a dostęp do środków antykoncepcyjnych dla nastolatków powinien być ułatwiony.

Albo wtedy, gdy na zajęciach z biologii sprowokowałem dyskusję na temat manipulowania genowego nad zarodkami, a innym razem nad brakiem podstawowej wiedzy dotyczącej seksualności wśród Polaków, przez co pani biolożka przez następne pół roku rzucała kąśliwe uwagi na temat mojego rzekomo "złego prowadzenia się i skłonności do rozwiązłości".

Dyrektorka do dziś chwali się jaką to napisała ZE MNĄ pracę!

Kolejny przykład? Bardzo proszę. Zainteresowany sztuką użytkową przygotowałem bardzo ambitną pracę olimpijską z zakresu historii sztuki. Zdobywanie potrzebnych materiałów było bardzo trudne. Gdyby nie wsparcie i zaangażowanie rodziców, nie byłbym w stanie tak dogłębnie zanalizować tematu.

Dzień przed odesłaniem pracy, która miała być opatrzona opiniami dwóch nauczycieli, okazało się, że jedna z nich napisała o niej bardzo złą opinię. Dlaczego? Dlatego, że praca była za dobra i pani polonistka, niby specjalizująca się na studiach w historii sztuki, nie mogła pogodzić się z tym, że głupi licealista napisał coś takiego.

Pracę mimo wszystko wysłałem. Mało tego, wygrałem. Szanowna pani polonistka i dyrektorka w jednym, do tej pory chwali się "jaką to napisała ZE MNĄ pracę". Chwali się również moją maturą z rzadkiego języka obcego, którego uczyłem się na własną rękę i zdawałam na poziomie rozszerzonym.

Szkoła nie pomogła mi nawet załatwić możliwości podchodzenia do takiej matury, a kilka tygodni przed złożeniem ostatecznej deklaracji, dyrektorka wezwała mnie do siebie i nakłaniała, żebym zrezygnował ze zdawania tego języka, bo pewnie zdam słabo i zaniżę wynik ogólny egzaminów całej szkoły!!! A teraz śmie pisać w informatorach szkolnych o uczniach ZDAJĄCYCH (skąd ta liczba mnoga?!) nawet taki język na maturze i to z wynikiem ponad 90 proc.! Nic więc dziwnego jak bardzo czekałem na studia...

Rzucali mi kłody pod nogi

Pełen pasji i werwy wszedłem w akademicki świat. Równolegle zacząłem dwa zupełnie różne kierunki. Miałam zajęcia od rana do wieczora, ledwie żywy stawałam w niedzielę na progu domu rodziców. Na każdym kroku spotykałem wykładowców, którzy (dowiedziawszy się, że od pierwszego roku ciągnę dwa kierunki, znam bardzo dobrze dwa języki i wygrałem indeks na jeszcze inny kierunek) rzucali mi kłody pod nogi.

W przeciwieństwie od masy tzw. "dwukierunkowców", nigdy nie wykręcałem się i nie usprawiedliwiałem braków, czy nieobecności na jednym kierunku obowiązkami na drugim! Dlaczego więc tak mnie szykanowano? Dlaczego stawiano mnie w równym rzędzie z tymi, którzy studiują dwa kierunki "bo to takie modne i lanserskie" i nie wierzono, że połączenie obu fakultetów to przemyślana decyzja i droga do przyszłości, a nie kaprys, który minie po kilku semestrach?

Dlaczego nie znalazł się nikt, kto pomógłby 18-latkowi, któremu się chciało, chciało się studiować?! Doprowadzono do tego, że musiałem zmienić jeden z kierunków na inny. Wkroczyłam w nowe studia trochę wyblakły i zniechęcony. Czułam się, jakbym wrócił do gimnazjum, liceum i znowu odbierano mi wszelkie ambicje.

Dopiero tu zobaczyłem co to konwersatoria

Miałem szczęście. Trafiłem do niewielkiej katedry prowadzonej przez pasjonatów. Spotkałem wykładowców z ogromną wiedzą, otwartych na studentów nawet, jeśli przed nazwiskiem noszą tytuł profesorski. Spotkałem wykładowców, którzy zmuszają studentów do zadawania pytań, budują z nami dialog, podpowiadają, jak się uczyć, pożyczają materiały (ze względu na specyfikę kierunku materiały są trudno dostępne).

Na wykładach nie prezentuje się jedynie określonego zagadnienia od A do Z w ciągu półtorej godziny, ale przepytuje z treści wcześniejszych wykładów, wprowadza ćwiczenia i zadania aktywizujące. Pierwszy raz zobaczyłem tu, czym są konwersatoria. Nawet ci najbardziej wymagający i, zdawałoby się, wyniośli ćwiczeniowcy chcą przede wszystkim słuchać naszych własnych wniosków.

Formy zaliczeń są zróżnicowane. Piszemy eseje, prace zaliczeniowe, testy, ale główna ocena opiera się na wyniku egzaminów ustnych. Egzaminy ustne w tej katedrze to cudowne doświadczenie - tak, tak!, pisze to student i to całkiem normalny student, nie taki, który w indeksie ma z góry na dół piątki. Egzamin nie trwa 15 minut, każda osoba odpowiada godzinę (albo i dłużej).

Nie wymaga się od nas tylko tego co w podręcznikach, ale sprawdza się też umiejętność łączenia faktów, myślenia i formułowania tych myśli na bieżąco. To nie ma nic wspólnego z odpytywaniem.

Ocena jest sprawiedliwa i zgodna z tym, co sobą zaprezentowaliśmy. Prace pisemne mają wyznaczone tematy (pula iluś tematów do wyboru), ale jeśli wykładowca widzi, że student zainteresowany jest szczególnie jakimś zagadnieniem, pozwala mu pisać właśnie o tym. Nie ma możliwości kopiowania treści żywcem z internetu. Pomaga się nam dobrać bibliografię, pożycza egzemplarze z własnych zbiorów, jeśli danej pozycji nie ma w bibliotece. Tu nikt nikogo nie trzyma na siłę. Nikt nie stoi z batem nad studentami, pilnując limitu nieobecności. Takowe można odrabiać na dyżurach w ustalonej formie. Wykładowcy rozumieją, że student też człowiek, który pracuje, uczy się wieczorowo aktorstwa, studiuje drugi kierunek, robi staże, czy praktyki. Jeśli się uczy, rzetelnie odrabia materiał i widać, że zależy mu na studiowaniu - nie ma żadnego problemu.

Oczywiście, też są tu tacy, którzy studiują przypadkowo, nie mają podstawowej wiedzy z geografii, historii, nie czytują gazet, nie czytują książek, posługiwanie się podstawami języka uważają za jego znajomość i na każdym pisemnym zaliczeniu kręcą się z komórką, byleby ściągnąć. Na szczęście tacy przeważnie szybko rezygnują, bo na korytarzach naszej katedry za dużo jest pasji, której oni nie czują i nie rozumieją!

Koledzy i tak będą zasuwać w Macu

Niestety jest jeszcze drugi kierunek. Ten modny i prestiżowy. Polityczno-prawny. Z prawie 100 osób na roku może 20 orientuje się w polityce, czytuje prasę publicystyczną. W planie studiów są obowiązkowe dwa języki obce, a większość osób nie chce uczyć się słownictwa polityczno-prawnego, przekupuje lektorów, żeby cały semestr robić prezentacje bazujące na słownictwie z podstawówki i przetłumaczone na internetowym translatorze...!

Katedrą rządzi stara, silna ekipa, powiązana z konkretnymi ugrupowaniami politycznymi. Egzaminy (pisemne i bylejakie) zdają ci, którzy mają nowoczesne, dotykowe telefony i ściągają. Wcale nie wymaga to sprytu, tylko butności. Oceny to coś tak przypadkowego, że trudno przywiązywać do nich wagę. Masowo dopuszcza się do płatnych egzaminów warunkowych. Często "warunki" mają ci, którzy są dobrzy, którzy byli do egzaminu przygotowani i którzy się starali. Ot, łut szczęścia!

Podczas czterech lat uczenia się w tej katedrze, spotkałem tylko dwóch młodych doktorantów, którzy prowokowali na zajęciach dyskusje. Bezskutecznie, albo z niewielkim odzewem. Dlaczego? Bo w sali mają znudzonych studentów, wysłanych na tak modny i prestiżowy kierunek (powtarzać to będę do znudzenia) przez wysoko postawionych, zamożnych rodziców, przeważnie z szerokimi kontaktami, mają też takich studentów, którzy są tu przez przypadek, bo skończyli klasy humanistyczne i na coś trzeba było iść, a przecież i tak "będą zasuwać w Macu".

Przez cały czas studiów na tym modnym i prestiżowym kierunku sam znajduję sobie miejsca praktyk i staży. Całe lato praktykuję za darmo, wydając oszczędności z całego roku. Moi koledzy i koleżanki pukają się głowę i jadą do Niemiec na truskawki, czy borówki, do Holandii i Belgii na kwiaty, do Włoch na winogrona itd., żeby za zarobione pieniądze cały rok imprezować i hulać, a resztę wydać na ksero skryptów i notatek, których nawet dokładnie nie czytają. Ta katedra mi nie pomaga. Za to chwali się potem, że jej studenci odbywają zagraniczne, prestiżowe staże. Mało tego, że nie pomaga. Wykładowcy robią problemy z indywidualnym ustaleniem terminów egzaminów itd. Z zazdrości? Nie wiem. Tylko ten powód, choć pewnie człowiek na poziomie nie powinien tak myśleć, przychodzi mi do głowy.

Będę mieć wykształcenie humanistyczne i znajdę pracę

Znam biegle 6 języków obcych. Robię dwa fakultety. Mam teczkę wypchaną rekomendacjami z miejsc praktyk. Chcę mieć pracę. Będę mieć pracę. Nie liczę na 2,5 tys. na wstępie, chociaż mam do spłacenia kredyt studencki i chcę wreszcie odciążyć rodziców. Mam też dziewczynę, której chcę wsadzić na palec pierścionek i przenieść przez próg. Wierzę, że swoją pasją i ambicją przekonam pracodawcę i będę wspinać się do góry.

Życzę powodzenia moim kolegom i koleżankom z małej katedry mało znanego kierunku. Uczyli nas twórczego myślenia, rozbudzali, zmuszali do wysiłku - damy sobie radę.

Życzę powodzenia moim kolegom i koleżankom z dużej katedry modnego i prestiżowego kierunku. Mam nadzieję, że miejsce w Macu was usatysfakcjonuje, tego przecież chcieliście, trąbiliście o tym całe studia, a drugą połowę usatysfakcjonuje cieplutka posadka w firmie tatusia, którą miał zaklepaną od kiedy skończył pięć lat, więc po co miał się przejmować studiami.

Pozdrowienia dla tych, którzy już do końca życia będą jeździć na truskawki, borówki, kwiaty, winogrona... Zapracowaliście sobie na to, co macie, robiąc praktyki w byle jakich instytucjach po 2 godziny dziennie, byleby mieć pieczątkę. Zaliczone - do przodu.

Ja chciałem czegoś więcej. Ja chcę czegoś więcej. Będę mieć wykształcenie humanistyczne i znajdę pracę. Jestem tego pewien. A dlaczego? Bo w siebie inwestuję, bo myślę i mimo widoku was wszystkich z komórkami pełnymi e-skryptów tuż przed egzaminem z prawoznawstwa, dalej mi się chce.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.