Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Do napisania tego listu skłoniło mnie przeczytanie kilku innych listów, zwłaszcza tych napisanych przez narzekających na brak zatrudnienia świeżo upieczonych magistrów.

Jestem studentem kierunku ścisłego. Już na jednym z pierwszych wykładów studenci mogli usłyszeć, że po jego ukończeniu nie będą mieli problemu ze znalezieniem pracy. Pewnie ta perspektywa skłoniła wielu do rozpoczęcia studiowania takiego fakultetu, a nie innego, mniej popularnego.

Wiele osób z mojego roku znalazło się na tym kierunku, bo nie dostało się na te wymarzone, są też tacy, którzy trafili tu zupełnie przypadkiem, z niezrozumiałych przeze mnie powodów.

Czy jestem naiwny?

Będąc jeszcze w liceum, nie mogłem doczekać się studiowania. Wydawało mi się, że trafię w otoczenie osób, które będą dzieliły ze mną pasję do nauki, poznawania świata, pogłębiania wiedzy. Myślałem, że będę przebywał z osobami inteligentnymi, oczytanymi i kulturalnymi. Łudziłem się również, że na studiach nie ma osób, które prześlizgują się z roku na rok, jak ma to miejsce w gimnazjum czy liceum, oraz że będzie się od nas wymagało wiele i studia ukończą najlepsi. Jakże byłem naiwny.

Niewielu jest takich, którzy chcą się czegoś nauczyć i pogłębić swoją wiedzę. Większość stara się wymigać od wszystkich możliwych zajęć i wykładów - jeśli jakieś są nieobowiązkowe mało kto się pojawia, ba, jeśli nawet są obowiązkowe (np. na obecność) również przychodzi mało studentów, reszta jest wpisywana przez inne osoby na listę.

Zapominają, że nauka do egzaminu czy zaliczenia semestralnego, nie powinna się kończyć na 2-3 nieprzespanych nocach przed samym testem, ale powinna trwać przez cały semestr. Duża część osób, kiedy zbliża się sesja, kseruje wszystko co popadnie od innych (tych sumiennych) czasem nawet nie wiedząc co - po prostu widzi, że ktoś coś kseruje, więc prosi o kopię dla siebie.

Nauka do egzaminów skupia się jedynie na nauce z notatek. Kiedy szedłem z wypożyczonymi książkami z biblioteki, aby móc się przygotować do egzaminów, spotkało mnie zdziwienie ze strony znajomych - "po co uczysz się z książek, przecież wystarczą same notatki z wykładu". Tak, ludzie studiujący dziwią się, że na studiach ktoś uczy się z innych źródeł niż z bezmyślnie spisanych ze slajdów treści. Czy nie na tym powinno polegać studiowanie? Samodzielnej, ukierunkowanej nauce?

Lekarz, który zdał na 30 proc.? Nie chcę, by mnie leczył

Na studiach, od czasu do czasu, należy przygotować prezentację, bądź napisać coś, zazwyczaj na dowolnie wybrany temat z danego zagadnienia czy dziedziny wiedzy. Większość osób idzie na łatwiznę, nie wkładając żadnego trudu w przygotowanie materiału. Jedynym bądź głównym materiałem źródłowym jest Wikipedia. Treści z niej są po prostu kopiowane do prezentacji, następnie odczytane przed innymi. Mało kto się wysili, żeby zajrzeć do książki, czy do innych źródeł w internecie. Mało kto wysili się, żeby treść zaprezentować, nie po prostu mechanicznie odczytać. Przyczyna? Brak zainteresowań, pasji, hobby. Przecież lepiej każdy wieczór spędzić przed komputerem, gapiąc się bezmyślnie w ekran, bądź upijając się w klubie, niż zrobić coś pożytecznego, przygotować coś dobrze, a wtedy dopiero się rozerwać.

Jeśli chodzi o wiedzę, którą posiadają osoby na starszych latach, też jest różnie, często tragicznie. Nie rozumiem jak na 2 czy 3 rok studiów może trafić osoba, która nie potrafi wykonać prostych przekształceń matematycznych, obliczyć stężenia czy napisać prostego równania chemicznego (mam na myśli oczywiście swój kierunek). Dlaczego takie osoby trafiają na dalsze lata studiów i je kończą? Często poprawiają egzaminy czy kolokwia po kilka razy, prześlizgując się od zaliczenia do zaliczenia, "jadąc" na trójach. Zdarza się, że próg zaliczenia wykładowcy obniżają do 30 proc., byle żeby nie męczyć się z poprawkami!

Nie chciałbym trafić np. do lekarza, który posiada 30 proc. obowiązującej go wiedzy. Zdarza się również, że zaliczenie otrzymują osoby, które dostały ocenę niedostateczną, ale prowadzący daje zaliczenie dla świętego spokoju. Czy nie powinno być tak, że studia kończą najlepsi, a tytuł zawodowy otrzymują Ci, którzy faktycznie na niego zasługują i posiadają wiedzę oraz umiejętności? Teraz studiować może KAŻDY. Są kierunki, również te trudniejsze, na które wystarczy 40 proc. z matury podstawowej, aby się na nie dostać. Potem utrzymanie się na studiach też jest proste, a napisanie pracy licencjackiej czy magisterskiej to bardziej formalność, przykry obowiązek, niż przyjemność opłacona niedużym wysiłkiem.

Dlaczego jest tak źle?

W wielu listach na portalu Wyborcza.pl można przeczytać, że ludzie kończący studia są wielce niezadowoleni, nie mogą znaleźć pracy i uważają, że im się ona należy, bowiem opłacili to dużym wysiłkiem. Jakim wysiłkiem? Takim, który tutaj opisuję? Co druga osoba chwali się znajomością co najmniej dwóch języków obcych. W jakim stopniu? Czy potrafią się w nim swobodnie komunikować? Czy korzystają z obcojęzycznej literatury specjalistycznej? Dlaczego na lektoratach tylko garstka osób odpowiada na pytania zadawane przez osobą prowadzącą, a reszta milczy, bo albo się boi odezwać , albo po prostu nie potrafi skleić prostego zdania? Gdzie jest ta znajomość języków obcych, którą chwali się prawie każdy absolwent studiów?

Wszystkie powyższe rzeczy mnie martwią. Staram się ze swoich studiów wyciągnąć jak najwięcej. Czytam literaturę fachową, uczę się jak najlepiej potrafię, zaliczam wszystko z czystym sumieniem, nie ściągam, nie oszukuję. Wszystkie oceny, które otrzymałem, dostałem za włożony przez siebie wysiłek, nie dlatego, że miałem notatki na kolanach, czy wybłagałem zaliczenie od wykładowcy. Staram się być kulturalny, swoim językiem i zachowaniem pokazać, że jestem osobą studiującą i inteligentną, szczególnie wśród obcych mi ludzi.

Czy Ci, którzy najbardziej narzekają na brak pracy, to nie te osoby, które w trakcie studiów były obibokami? Chwalą się wysokimi kwalifikacjami, a tak naprawdę ich wiedza jest niska? Czy ukończyli studia z wysiłkiem, uczciwie, nie wymigując się od jakiejkolwiek pracy umysłowej? Nie martwię się o swoich kolegów i koleżanki, które tak jak ja, starają się - oni sobie poradzą i znajdą pracę, prędzej czy później. Mam przynajmniej taką nadzieję, choć możliwe, że to czysta ułuda.

Chciałbym po prostu wiedzieć, dlaczego młodych osób starających się na studiach jest tak mało, a zwrot "ukończyłem studia wyższe" już nic nie znaczy.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.