Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Odpowiedź na list: "Studia to rodzaj szwedzkiego stołu. Niektórzy nie biorą nic, a potem narzekają, że są głodni"

Wiele osób stara mi się wmówić, że na studia trafiłam przypadkowo, jednak ja wiem, że to nieprawda. Kulturoznawstwo to mój świadomy wybór. Rozważałam albo ASP albo kulturoznawstwo. Jako że w moim mieście nie ma ASP, wybór był prosty.

Już w liceum udzielałam się w organizacjach kulturalnych. Pracowałam jako wolontariusz, organizując festiwale filmowe, muzyczne. Pomagałam organizować warsztaty artystyczne, parzyłam kawę panu prezesowi, roznosiłam ulotki czy obsługiwałam szatnie podczas eventów. Robiłam to z pasją i zaangażowaniem, chociaż po kilku latach ciągłego bycia "dziewczynką na posyłki", zrezygnowałam. Stwierdziłam: podoba mi się to, zacznę więc działać na własną rękę.

Potrzebowałam jednak pewnej teorii, wsparcia ekspertów, wiedzy niezbędnej do rozpoczęcia własnej przygody z kulturą. I traf chciał, że akurat wtedy zdałam maturę i musiałam zdecydować co dalej robić ze swoim życiem.

Gdy dostałam się na studia, cieszyłam się, bo liczyłam, że studia pomogą mi zdobyć wiedzę, jak realizować swoje pomysły. Skąd wziąć pieniądze na działanie, jak zarządzać projektami, jak badać potrzeby odbiorców kultury, jak zdobyć audytorium do swoich działań. Liczyłam też na dużo innych rzeczy. Miałam nadzieję, że dzięki studiom poznam wiele osób decyzyjnych w kulturalnym światku mojego miasta, że spotkam się z artystami, ludźmi z pasją. Niestety bardzo się pomyliłam.

Kto ignorant, a kto zgorzkniały

O ile studiując informatykę, należy znać konkretne schematy, o tyle w kulturoznawstwie nie chodzi o posiadaną wiedzę, a o pasję.

Pasję, którą mają studenci podczas pierwszego semestru. Później, szanowne grono akademickie regularnie i z pełną premedytacją zabija ową "pasję". Jak do tego dochodzi? W bardzo prosty sposób. Jeżeli wykładowca sam nie jest zainteresowany wykładanym tematem, jak ma zainteresować nim innych?

W zeszłym roku miałam zajęcia z pewną młodą doktorantką. Na pierwszych zajęciach powiedziała: - Ja się tam teatrem specjalnie nie interesuję, więc nie będę was męczyć na zajęciach, pooglądamy sobie filmy, a na zaliczenie napiszemy jakiś referacik.

Na zajęciach dowiaduję się masy niepotrzebnych rzeczy. Potrafię powiedzieć czym jest krzesło (w semiotyce), a nie potrafię powiedzieć jaka jest procedura ubiegania się o dofinansowanie z UE.

Uczą mnie niespełnieni literaci, zgorzkniali profesorowie, którzy mają dość znudzonych studentów zerkających co chwilę na zegarek. Wszyscy zgodnie twierdzą, że studenci są po prostu ignorantami.

Nikomu przez myśl nie przejdzie, że zajęcia są po prostu nudne. Na moim roku nie ma miejsca na dyskusje na wykładach czy ćwiczeniach. A nawet jeżeli jest miejsce na dyskusje, nie ma odpowiedniego moderatora w postaci wykładowcy. Nie uczymy się rzeczy praktycznych. Nie realizujemy projektów, zbyt często nie wychodzimy z uczelnianych sal. Nie piszemy referatów, nie musimy wygłaszać swoich poglądów. Uczelni wystarczy sama nasza obecność. Kolejne 80 osób, za które dostanie jakieś dofinansowanie.

Zapomniałam jak to fajnie jest

Student na mojej uczelni musi działać na własną rękę. Uczelnia nie promuje samodzielności, przedsiębiorczości. Kiedy ktoś zaangażuje się w jakiś projekt kulturalny, wykładowców interesuje tylko to, czy nie będzie to kolidować z jego obecnością na zajęciach.

Jakim cudem mamy później odnaleźć się na rynku pracy, w realnym świecie, w biznesie? Czy na rozmowach kwalifikacyjnych pracodawcy będą pytać o definicję teatru antropologicznego? Czy prędzej padnie pytanie "czy ma pani wiedzę na temat zarządzania projektem"?

Niestety, mój kierunek to fikcja. Ćwoki wychowują ćwoków. Zagnieżdżeni w swoich ciepłych fotelikach w przytulnych gabinetach instytutów, nie wiedzą co się dzieje za oknem, a co dopiero w firmach, organizacjach, korporacjach.

Po czterech semestrach nauki, nie mam już ani grama pasji. Jestem znudzoną i sfrustrowaną studentką, która już dawno zapomniała, jak ciekawa może być praca przy projektach kulturalnych.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.