Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W odpowiedzi na list: "Studia to rodzaj szwedzkiego stołu. Niektórzy nie biorą nic, a potem narzekają, że są głodni"

Chciałem nie pisać, nie czytuję Państwa (chyba okołorządowej?) gazety i jestem szczerze i autentycznie przerażony wieloma poglądami, z którymi polemizować nie mam siły, nie wspominając całej reszty tez, o której pojęcia mogę nie mieć, więc - odrzucając źródła niepewne, w całości odrzucam Państwa gazetę, i proszę nie mieć tego za złe. Znam jednak dziennikarzy z Państwa redakcji. Prowadzę też rozliczne media i ktoś ten Państwa tekst podlinkował, ku mojemu ogromnemu przerażeniu.

Studia to szwedzki stół?

Dziwne - bo nie wiedziałem, choć możliwe, że tak jest w Polsce. Studiowałem w Niemczech. Owszem, szwedzki stół był na etapie wybierania i przedmiotów jakie się chciało zaliczać, ale obłożony mnóstwem rygorów - tyle i tyle bloków mikroekonomii, tyle i tyle makroekonomii, to i tamto - obowiązkowe, choć dowolnie dobierałem chyba z połowę, a może i więcej zajęć, choć był to dobór ograniczony np. blokami tematycznymi.

Szwedzki stół, nawet jeśli, to darmozjadów przy nim nie tolerowano, i uczciwie pokazywano już na początku, ile z siebie trzeba dać za kolejne porcje jadła. Rugowano niefrasobliwych, aby miejsca przy bufecie się nie marnowały. W Polsce studia uczą także coś innego - ktoś sprytny i w garniaku, ot, dobry aktor - się przeciśnie, ktoś oryginalny i uczciwy - chyba nie. Na polskich studiach ludzie się uczą sprytu, lizusostwa, szaraczkowości, oszukiwania, ba, najlepiej oszukiwania grupowego. Polskie uczelnie uczą na przykład polityków, którzy fałszują dane statystyczne. Nauczono ich oszukiwać- taki jest system, tak to po prostu działa.

Ktoś trzymał wilczura pod stołem

Pracowałem na Leeds University, jednym z najlepszych na wyspach. Polskie uczelnie to domy pogrzebowe, w porównaniu do tego skateparku pełnego luzackich młodych ludzi, których jakoś nie widzę w gronie polskich studentów, ale znam z osiedli.

90 proc. tych studentów w Polsce oblałoby egzaminy ustne zapewne z powodu nieobyczajnego wyglądu. Japońscy studenci na moje ćwiczenia przychodzili w dresach - piżamach (ichniej kultowej marki Bape) i np. peruce blondwłosej Bawarki. Ot, taki styl.

W moim instytucie ktoś trzymał wilczura pod stołem, jakaś osoba żywiła się freegańsko. Gazetka uniwersytecka wojnę kulturową o bardziej wolne jutro przesunęła o świetlne dekady wojen obyczajowych dalej, jej ofiarami byli szowinistyczni wykładowcy z Europy środkowo-wschodniej i ich (u nas chyba codzienne) uwagi w stronę kobiet.

Jak było w Niemczech? Egzaminy tylko pisemne, ustnie wypowiadałem się tylko podczas prezentacji prac grupowych, na seminariach i podczas obrony pracy dyplomowej - i w czasie studiów tylko wtedy, tylko raz i na zakończenie, był potrzebny garnitur.

Egzaminy pisemne - klauzury - ich przebieg był skrupulatnie sprawdzany. Jako pracownik uczelni sam potem kontrolowałem pisemne egzaminy innych studentów - już w innym kraju UE. Tak samo cudzoziemskim studentom kartkowałem słowniki kartka po kartce i potrząsałem nimi trzymając grzbiet ku górze. Resetowałem kalkulatory etc.

Uczelnie politporawne wobec rządu

Studia w PL? Dziś pracuję też wolontariacko w dziale edukacyjnym organizacji wyznaniowej, przychodzi student np. z Collegium Civitas i opowiada, jak wykładowcy kręcą i ściemniają niczym w telewizji, do tego stopnia, że nie ma sensu tam studiować. Nie chcę oficjalnie krytykować tej uczelni, nie znam jej, a nie uważam, aby publiczna krytyka czegoś pierwszego z brzegu miała jakiś sens.

W Collegium Civitas polityka pomieszała się z nauką. Może zresztą i jest to generalna przypadłość polskich uczelni - bo zdaje się naukowcy prawdziwi byli zbyt niebezpieczni. Przecież na badania naukowe prowadzone niezależnie, poza rządowymi placówkami, nie ma środków, nikt ich nie prowadzi, chyba że dostanie kasę z zagranicy, do czego nierzadko trzeba być nieco wyzutym z zasad zdaje się.

Niezależne badania, niezależna nauka - dlaczego to takie groźne? Nawet w historii wychodzą zupełnie inne rzeczy np. na temat innych, wcześniejszych państwowości na ziemiach polskich. W polskich bibliotekach zresztą brakuje minimalnych choćby księgozbiorów używanych w Europie podstawowych podręczników z różnych dziedzin. Znaczna część kadry nie zna angielskiego albo nie ma dostępu do płatnych baz artykułów akademickich, skąd więc ci ludzie mogliby coś wiedzieć?

Polskie uczelnie to coś wciąż z innej kultury. Ta politpoprawność wobec rządu, ale w stylu chyba wyniesionym z dawnego ustroju, jakieś uwikłanie części kadry, jakieś kody ubraniowe studentów ulegających ustnym egzaminom. Tak może i było, ale 60 lat temu.

Brakuje całej zmiany obyczajowej jaką wniosło pokolenie 1968 roku w kulturze Europy Zachodniej. Chciałem ongiś zabrać głos podczas wyborów rektora miejscowego uniwersytetu (w Zielonej Górze) - najpierw podkręcono mi mikrofon tak aby sala nic nie usłyszała, a później stwierdzono, że osoby z innych inst. badawczych nie mają prawa wypowiedzi, mimo że debatę reklamowano jako otwartą.

Podczas debaty profesorowie próbowali się dowiedzieć ile zarabiają ich koledzy, bo zdaje się, że nie będąc w układzie nie można się dowiedzieć, ile można zarobić pieniędzy i jakie są kryteria wynagradzania. Nawet tego nie słuchałem, wpadłem na kilka minut ledwie by przekonać się o operetkowości całej imprezy.

Uniwersytet np. wyciął część zniszczonego przedwojennego parku (Park Poetów wokół stawu Glinianki) w którym bawiłem się jako dziecko. Dotacje unijne na szkolnictwo wyższe pójdą na budowę wielopiętrowych parkingów dla studentów dojeżdżających samochodami (zresztą komunikacja zbiorowa się już w tym regionie w większości zwinęła).

Raz się nie nauczyłem na egzamin, było mi tak przykro, że ściąłem dready

Porównuję sobie jakość pracy moich kolegów ekonomistów w Polsce i np. w Niemczech. W Polsce: sam wydaję gazety z tekstami ekonomicznymi, w RFN moi koledzy mieli do dyspozycji cały wybór szpalt lokalnych dzienników, do których mogli nadsyłać swoje prace tyczące lokalnych spraw.

W Polsce upadek jest zdaje się taki, że już niemal gazet nie ma, poza tabloidowymi. W Polsce swoje prace wydajemy i publikujemy po prostu sami, i tym zajmuję się od kilku miesięcy, nie myśląc nawet o prowadzeniu badań, tudzież badając skalę upadku (są bowiem znaczne problemy z wiarygodnością danych GUS).

Mamy własne media, przez "media oficjalne" nie miało to sensu, wszystko utykało, a jak wyszło, to było niedostępne on-line. W Polsce nauką zajmują się hobbyści, o czym dowiedziałem się podczas kilku lat uczenia się w PAN. Kto zniesie takie pensje, płace? Aż nie ma sensu się zatrudniać, chyba że ktoś z próżności potrzebuje oficjalne tytuły.

Studia w PL? Kadra, poza światłym gronem, często nie zna angielskiego więc jej wiedza jest nieaktualna, konkursów na stanowiska niemal nie ma, więc jakość kadry jest chyba niespecjalna - eufemistycznie mówiąc, egzaminy są głównie ustne, pytań na nich często jest niewiele, więc prawdopodobieństwo dziurawego sita rośnie.

Z autopsji znam przypadki gdzie wykładowca rzucił pytania i wyszedł, pozwalając ściągać od innych. To zdaje się reguła, że na ściąganie podczas egzaminów pisemnych przymyka się oko, zresztą są one krótkie, niekodowane, nie istnieje cała inżynieria ich przeprowadzania.

W Niemczech, gdy raz się nie nauczyłem na egzamin, było mi tak przykro, że ściąłem dready - jakoś ten inny system tak na mnie zadziałał. Można było powtarzać pisemne egzaminy do bólu, o ile limit 14 czy 15 prób w ciągu 2 lat jest dla kogoś bólem. Dla mnie ciężkim chlebem była rachunkowość - powtarzałem to coś razy kilka, aż zdałem, i jestem do dziś wdzięczny, że potrafię wykrywać oszustwa w rachunkowości.

Wcale nie byłem dobrym studentem, podobało mi się ledwie ileśtam przedmiotów. Co mi dało impuls? To, że na półkach biblioteki znalazłem fascynujące książki z dziedzin, którymi się interesuję, to że część wykładowców była na tyle uprzejma, że pozwoliła zanieść za nimi książki do domu, wyjaśniając przy okazji na czym świat stoi, jak też i to, że w tamtych czasach część ministrów i część mediów była dużo przychylniejsza, i z tematu gospodarczego który wałkowałem jako student (tematy prac można było bardzo często dobierać samodzielnie, więc wałkowałem jeden) dostałem także jakiś raport polskiego odchodzącego ministra przesłany przez niego samego. Jako student korespondowałem z ówczesnym ministrem interesującej mnie branży. Mogłem to robić, bo wiedzę tak zdobytą wykorzystywałem w czasie studiów.

Dziś - wolę obecnych polityków unikać. Dobre czasy na reformy jakoś jakby przeszły, minęły. Gdy czytam o branży którą się zajmowałem na studiach w Niemczech, gdy czytam u blogerów, jak taka branża działa dziś w Polsce, i widzę jak działa reszta gospodarki, to jestem pewien, że rynek nie znosi próżni.

Za jakiś czas możliwe, że Polski nie będzie - wyemigrują z niej jej sprawni i zdolni mieszkańcy, pozostawiając tych kosztownych w utrzymaniu. Mieszkam przy granicy zachodniej, nie mogę znaleźć kompetentnych pracowników, zresztą nadchodzi kryzys i jeśli spadną marże, to zamykamy np. część zakładów przetwórstwa tworzyw sztucznych.

Prowadzę lokalny kanał telewizyjny, do którego trudno jest znaleźć pracowników, a niektórzy są tak nieogarnięci, że nie potrafią się zorganizować, aby wypełnić w terminie dokumenty, a niektórzy zdaje się, że woleliby część pensji otrzymać np. w marihuanie, bo tak się między sobą rozliczają. O pieniądzach i pracy owi "niektórzy" przypominają sobie, gdy nie mają co jeść lub za co imprezować, zresztą pracują tylko na tyle ile akuratnie potrzebują wydać. Żyją w Polsce, bo jest nieco tylko taniej, ale imprezują i wydają np. w pobliskim Berlinie.

Polskie miasta przeszły slumsyfikację

Proszę Państwa, rynek nie znosi próżni, a gdy przejeżdża się granicę polsko-czeską czy polsko-niemiecką to... obojętnie jak bardzo byśmy nie ściemniali statystykami, to wrażenie jest piorunujące - np. slumsowisko bazarów naprzeciw ruin Starego Miasta w Kostrzynie, tudzież podparte kołami balkony kamienic w nadgranicznych Słubicach.

Nie ukryje się ilości i jakości towarów w sklepach, wyglądu miast - generalnie polskie miasta przeszły slumsyfikację zabudowy socjalnej, i tego się nie ukryje, i to widać już w takim Zgorzelcu. Nie ukryje się odpływu ludności - to aż widać na ulicach, że w Polsce "coś ktoś nadmuchał na potęgę" - ruch uliczny czy pieszy w centrach jest kilkukrotnie zbyt niski w porównaniu np. z miastami czeskimi mającymi tę samą liczbę ludności.

Potoki w sieciach komunikacji zbiorowej - kilkukrotnie niższe, sprzedaż książek - również bodaj ze 3 razy niższa. Nie ukryje się niebywałego w UE rozpadu infrastruktury. Jakby to powiedzieć - zbyt wiele danych statystycznych się nie zgadza wizualnie. Różnice do Czech to już 3-5 dekad.

Polska - kraj ludzi mających problemy psychiczne?

Mam wrażenie że za jakiś czas, i to możliwe że dużo, dużo szybciej niż myślimy, nie będzie Państwa gazety, a i Polska nie będzie niepodległa, zresztą nie wiem czy jest - ci z jakichśtam wnętrz polskiego organizmu twierdzą, że jest niepodległa, inni - ci przegrani, którzy już zresztą nie mieszkają w PL, mówią, że był to zbyt duży kraj, by po 1989 r. miał iść na niezależność. Mnie boli, że inwestując i pracując w PL wciąż musiałem się przemieszczać, zmieniać miejsca zamieszkania. Miasto w którym robiłem interesy, wyludniło się i zmieniło nie do poznania. Dawni znajomi z niego w większości wyemigrowali i pozdrawiają z reszty Europy.

Polska to kraj gdzie ludzie tragicznie boją się do czegoś przyznać, zwłaszcza do porażek. Spora część ludzi ma problemy psychiczne - ktoś pisał w "Polityce" o tym że 60 proc. reprezentuje postawy autorytarne, więc pomagając komuś z dobrej woli, możemy nieopatrznie szykować na siebie bat. Proszę sobie teraz wyobrazić, że można np. pracować w Instytucie Ekonomicznym i nieopatrznie pomóc jednemu czy drugiemu nie do końca normalnemu politykowi dojść do pełni władzy.

Co jak co, ale psychiatrii i psychologii na studiach ekonomicznych nie uczą. Ustrój kraju jest błędny, trudno więc o jakiekolwiek mechanizmy samonaprawcze. Chcąc coś zmienić, można sobie niekiedy napytać problemów. To zdaje się rodzaj kraju z gatunku "work in progress"... A szanse na wielkie przemiany w rodzaju 1989 r. nie istnieją raczej. Zresztą takie wielkie te przemiany to one nie były...

Obecny ustrój i jego szefowie już się nie przejmują, nawet gdy w miastach trwają kilkudniowe zamieszki wybuchające z okazji meczów piłkarskich. Palone sklepy i samochody jakoś nie trafiają na nagłówki, dowiaduję się o takich ekscesach np. od znajomych z Bolesławca, tudzież sam filmuję komisariat na deptaku w Zielonej Górze z wybebeszoną większością okien, wyręczając w tym tych, którzy zapewne tego puścić czy opisać nie chcą lub nie mogą.

Zburzyć i zbudować na nowo

Mój plan i recepta to raczej założenie uczelni na nowo, od podstaw. Nie ma w mojej opinii w ogóle sensu reformować starego systemu, to okazało się ślepą uliczką. Tak samo jak nie ma sensu remontować tak zniszczonych budynków, można je natomiast wyburzyć, wysadzić wręcz, by na ich gruzach zbudować nowe budowle.

Nie wiem czy zostanę dobrze zrozumiany: znając niektóre uczelnie, takie jak np. lokalne polskie uniwersytety, nie widzę innej drogi jak tylko całościowa likwidacja większości, jeśli nie wszystkich z nich i zorganizowanie ich całkowicie od nowa, bez pozostawiania niczego z poprzednich organizacji.

Lepiej przeznaczyć publiczne środki na uczelnie zorganizowane całkowicie na nowo, z kadrą wybraną w drodze konkursów, mającą szansę na normalny zarobek rzędu 100-200 tys. PLN rocznie. Uczelnie jako fundacje, stowarzyszenia (hola, mój dawny uniwersytet jest już dziś fundacją!), zarządzane wzorem najlepszych uczelni świata np. przez rady powiernicze niezwiązane z kadrą danej uczelni, tak aby uwolnić wreszcie uczelnie od polityki. Niech to osiągnięcia naukowe będą drogą do pieniędzy. Ale do tego trzeba całościowej zmiany systemu organizacji polskiej nauki.

Wszyscy mamy różne biznesy, i nauka, jako niedofinansowana, jest jak sądzę dla większości pracujących w tej branży tylko pobocznym hobby.

Jeśli czytacie ten list mając autora za kogoś wiedzącego nieco więcej, to wiedzcie, że jest to tylko moje hobby, bo pieniądze na utrzymanie zarabiam w biznesie. A najbliższa Polsce biblioteka z raczej dobrym i aktualnym księgozbiorem znajduje się 200 metrów za granicą niemiecką na Odrze.

Z tego co wiem, polscy studenci nie dostają nie tylko aktualnych książek, ale i kodów dostępu do baz z płatnymi, profesjonalnymi artykułami naukowymi.

Politycy sądzą, z tego do czego doszedłem telefonując tu i ówdzie, że "profesjonalnym" naukowcom wystarczą publikacje internetowe. Uczelniami rządzą "związki", układy tamże pracujących. Doszło do uwikłania naukowców w wewnętrzną politykę ich placówek, i to w stopniu niebotycznym. Tego się nie naprawia. To się kończy, i przerzuca finansowanie na nowe - tworzone obok.

Ludzie dziś żyją na walizkach, coś przeczuwają

Gdy patrzę po sobie i mieszkających w Polsce znajomych, widzę klimat tymczasowości. Ludzie z mojego otoczenia raczej przestali wiązać się długofalowo z miejscami, a w wielu polskich miastach część populacji, zwłaszcza z różnych mniejszości, boi się zapuścić korzenie. Żyją na walizkach, coś jakby przeczuwając. Zresztą - to dziwne, że jeszcze tu siedzą.

Może my, młode pokolenie, nie zrobimy drugiego 1989 roku, ale za to moi rówieśnicy mogą zagłosować nogami, zostawiając starsze pokolenia z ich problemem tykających bomb demograficznych i ekonomicznych. Młodzi wyemigrują, po tym, jak zostali oszukani "studiami wyższymi" przez tych, którzy zdaje się winni byli utrzymać minimalną jakość produktu.

W całej masowości moich rówieśników - na wiele więcej chyba liczyć nie można. Młodzi dziś nie muszą o nic walczyć - mogą bowiem wybierać między jurysdykcjami, w których będą funkcjonować. Wściekli będą ci, którzy poczynili w kraju pustoszejącym z mieszkańców inwestycje. Jeśli te przestały generować zyski, a system gospodarczo-kulturowy w jakim żyli oni czy ich pracownicy, nagle podupadł, jeśli klienci przenieśli się gdzie indziej, to być może dopiero głęboki kryzys wywoła presję zmian.

Adam Fularz, ekonomista miast i regionów, Instytut Ekonomiczny

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.